Odszedł wielki niezrównany Ennio Morricone. Legenda za życia.
Kto zna Jego muzykę, temu wystarczy tylko wspomnieć nazwisko, by odczuł tę stratę i tę wdzięczność za Jego wybitne dzieła.
Kto nie zna, i nigdy jej nie chłonął z bijącym sercem, już nigdy nie zobaczy Go na scenie, ale są płyty, nagrania, a przede wszystkim filmy- ponad 400 - do których skomponował muzykę.
W 2017 r miałam ogromny zaszczyt być z koleżanką na Jego koncercie w Łodzi, gdzie osobiście dyrygował orkiestrą ponad 2 godziny.
Miał wtedy 89 lat.
Gdzieś w archiwach przechowuję bilet z tego koncertu.
Ale i tak najcenniejszy jest teraz zapis w pamięci tego niezwykłego wydarzenia i energicznej postaci Ennio Morricone.
R.I.P. Ennio
Dziękuję za Muzykę. Ona zawsze zostanie z nami.
Na każdego kiedyś spadła jak grom z jasnego nieba wiadomość, która przewróciła życie do góry nogami.
Nam zdarza się to już po raz trzeci, czwarty, nie zliczę.
Ciąg zdarzeń, lata całe wiecznych następstw dawnych zaszłości, cudzych decyzji, pomyłek losu. Kupa nieszczęść mniej lub bardziej poplątanych w niekończący się kłębek.
Ja wiem, ten kłębek, to życie.
Ale już brak mi sił, a muszę je mieć jeszcze długo. Jak długo, nie wiem.
Wszystko zawiesiłam na kiedyś, na potem. Odraczam własne życie, bo czyjeś wciąż wymaga
naprawy, wpada w wir. Dobiega kresu.
Czas się wyczerpuje, codziennie wycieka strumyczkiem, coraz cieńszym, słabnącym.
Zmęczenie, rezygnacja, otępienie, coraz płytsze oddechy.
Spać, spać, spać...
Tyle spraw do zakończenia, tyle rzeczy, którym brak codziennych rytuałów.
Ludzie, którzy tęsknią i się martwią.
A czas płynie wypłukując kruche szanse.
Zapal świecę, włącz sobie tę płytę i przysiądź na chwilę ze mną w półciszy, półmroku.
Zrobił mi się niespodziewanie luźny wieczór. Mąż w delegacji, dom czysty, uczeń odwołał lekcje minutę przed umówioną godziną. A ja taka nieprzygotowana na ten luz, spokój i brak zajęcia. Owszem, jest książka, ale coś twórczego bym wolała. Na ogród za późno, na drutach nie dziergam, to może coś napiszę...
Kilka postów temu była jesień. Człowiek się nawet nie obejrzy, a tu mu się pory roku przestawiają, jak dekoracja sklepu. Pstryk, zerkasz na witrynę, a tu znów coś innego, kolory i fasony podług ostatniego krzyku mody.
Nie nadążam.
W zasadzie nie chcę pisać o rzeczach przykrych, ale słowo "przemijanie" ciśnie mi się samo pod palce.
Otulam się w koc koloru pomarańczy i otwieram białe wino. Niech się snują dźwięki kojące, kojarzące ciepło z bliskimi osobami, niech mruga świeca.
Człowiek po przejściach, a któż dorosły nim nie jest, głębiej zanurza się w dobro strumykiem czasu niesione każdego dnia, dostrzega, co warta jest ta chwila, gdy zwyczajnie obiera ziemniaki, karmi psa, prasuje koszulę. Taki wieczór z myślami sam na sam zdarza się rzadko w codziennym porządku pędzących tygodni, i nie zawsze udaje się uchwycić tę czy inną refleksję. A przecież są, tylko przysiadają nam na chwilę na dłoni i odfruwają z okruchem czegoś niewysłowionego.
Czasem bywa, że uświadamiamy sobie tę myśl dopiero za jakiś czas. Ten moment, to skojarzenie z kimś, jakąś ważną dla nas tamtych, wtedy, tam - myśl, rzecz, nutę.
We mnie obudziła ją ta płyta kojarząca się z pewną osobą i czasem. I właśnie wreszcie mam sposobność jej się dokładniej przyjrzeć, jak ważce na zwolnionym filmie.
Opiszę Wam ją.
Dlaczego dopiero dziś, choć tęsknota ta i czułe myśli powracają do mnie raz po raz od paru lat?
Może właśnie przez ten jesienny zapach ulotnej chwili, cierpkość smaku obaw o kogoś bliskiego w ustach, z którym znów ostatnio zasypiam, znany mi już piekący ból powiek powstrzymujących bezradne łzy. A które i tak przebrną przez zasieki rzęs i popłyną.
Moje kajeciki pewnie już znacie. Jeden z nich ma 12 lat. Choć mogłabym przepisać notatki, spalić wraz z rozpadającą się okładką, porzucić wspomnienia już wyblakłe, to jednak otwieram go czasem z czułością, gładzę i chowam obok listów Dziadka, zdjęć i rysunków odręcznych.
Jeden z zapisków powstał akurat we wrześniu. Rok 2005 pełen wzruszeń i spotkań.
Wracałam z Niemiec, w autobusie pełnym śmiechu, choć noc, otoczona młodzieńczą wiarą w jutro dalsze i bliższe, ale optymistyczne i wypełnione skarbami od losu.
Moim domem gościnnym ( po niemiecku - Gastfamilie) był po raz kolejny dom Eriki. Spędzałam u niej i jej rodziny kolejny tydzień w ramach wymiany szkolnej. Jak zawsze przyjmowana z otwartymi ramionami, nie tylko u niej, jak bliska osoba, ciepło, z troską, z sercem. Każdy dom, w którym bywałam, był tak serdeczny, jak sobie nie wyobrażacie, myśląc "Niemcy". Może kiedyś napiszę o tym więcej.
Tymczasem wracałam smutna, bo choć nie od niej samej, dowiedziałam się o jej chorobie. Wtedy nie wiedziałam jeszcze jak podstępnej.
Pisałam więc:
"Już wracam. Za oknem morelowa połówka księżyca. Gwiazdy jak plwocinki na ciemnym płótnie nieba. Jak nieśmiałe iskierki nadziei. Na jutro, na zdrowie. Na zawsze.
Nie chcę jeszcze przekraczać granicy. Chcę móc patrzeć w oczy tych, których pokochałam. Których ręce ściskały mnie przed pożegnaniem. Pragnę siedzieć w ich ogrodzie na drewnianej ławce i mrużyć oczy patrząc przez liście drzew na słońce, w którym pobłyskuje babie lato. Słuchać śmiechu Eriki, mojej ukochanej, drogiej Eriki i cieszyć się każdym radosnym spojrzeniem, pełnym ciepła, szczerości i mądrości, takiej głębokiej i prostej.
Podążam czarną nitką do celu podróży, wpatrując się w pozłacane miedziane półkole....
Dnieje nad moją ojczyzną. Z różowomlecznej mgły wyłania się dukat słońca. Takie szczerozłote, ciepłe, stęsknione, jakby trochę zaspane, wyprzedza nasz autobus wskazując wschód - kierunek, w którym muszę podążać, żeby być znów tą sobą, co zwykle. A we mnie drugie ja, już wyciszone, niecierpliwie będzie odliczać czas do maja. Jeszcze nie wróciłam, a już układam sobie w myślach treść listu do Niej....
Erika... Niemka... Subtelna, czuła, troskliwa, ciepła. Człowiek-anioł.
Język nie gra roli. Ani pochodzenie. Ważny Człowiek. Dom, który stworzyła, miłość i rodzinna atmosfera.
Cisza, gdy jej potrzebujesz. Harmonia. Muzyka..."
To był niezwykły dom. Z ręcznie haftowanym obrusem, obrazami męża Eriki, szafą pełną płyt, skrzypiącymi schodami z kręconą poręczą. W szczegółach mogę odtworzyć kamionkowy czajnik na herbatę, wzór obicia sofy, ulubiony golf Eriki, widok z okna na piętrze na park.
Pamiętam wieczory z jazzem w tle, wspólne kucharzenie i niebieską ławkę pod sumakiem. Album z podróży do Toskanii. Opowieści o remoncie domu. Blond grzywkę nad niebieskimi oczami. Ręce zawiązujące apaszkę. Różowy żakiet. Jej piękne zmarszczki wokół ust.
Erika odeszła wiosną tego roku nieodwołalnie.
A ja o niej chciałam już dawno...
Dziś się nie zastanawiałam nad tym wcale. Samo przyszło.
Zdjęć poszukam jutro.
Ale nadal nie piszę o przemijaniu.
Piszę o ponadczasowej przyjaźni. O tym, że można mieć serce podzielone na wiele fragmentów, które zostają w dalekich zakątkach świata przy tych, których się kocha, a w zamian wypełniamy tę lukę tym, czym nas wzbogacono i co nam spakowano w podróż powrotną. Wiedzą o tych ludziach i uczuciem, którego nie doświadczymy w innych okolicznościach.
Różnice wieku, kultury, charakteru, ani odległość się nie liczą.
Czasem chcesz i możesz zrobić dla tej przyjaźni wszystko.
A czasem nie możesz nic zrobić.
I zostają Ci kartki świąteczne ze starannym pismem.
Zapis głosu w pamięci, recepta na quiche z porami, smak niemieckiego czarnego chleba, który codziennie pakowano Ci na lunch do szkoły.
Zbieram się do remanentu tych pamiątek. Do uwiecznienia swoich wspomnień na czymś trwałym i pięknym . Wciąż jest mi trudno napisać list do Helmuta i ich córek. Wciąż nie mogę pogodzić się z tym, że jej nie usłyszę, nie przytulę.
Może dlatego opowiedziałam Wam ostatnio o Agnieszce, by przypieczętować mój bunt przeciw faktom, odwrócić tę złą passę i skierować dobrą energię Waszych myśli tam, gdzie jest teraz bardzo potrzebna. Wierzę w takie zaklinanie rzeczywistości, bo tam, gdzie jest wielka szansa na zwalczenie choroby, dobre myśli są drogocennym suplementem leczenia. Jestem tego pewna.
Moja świeca pokazuje północ, ale wina jeszcze trochę zostało.
Zatem ja tu jeszcze troszkę posiedzę.
Z tą muzyką i myślami.
"Sztuka życia polega na tym, by tańczyć w deszczu nie czekając na słońce"
Ze zdwojoną mocą tych słów w głowie, z poczuciem wielkiego zwycięstwa nad strachem i niewiadomą, ale i ogromną pokorą, z mieszanką radości i ostrożnego optymizmu, z ogromnym apetytem na wszystko otwieram niniejszym nowy rozdział życia.
Ubyło mnie garstkę, tyle, co zamknąć w dwóch dłoniach. Ale duchem, duchem jestem jak góry wysokie, jak drzewo, co burzę ustało, jak ptak, co gniazdo uwije na wiosnę - nic mnie nie powstrzyma, by życiem się cieszyć od nowa, pełniej, roztropnie :)))
Dziś pierwszy spacer pod słońcem, po własnym podwórku, śnieg zjeżdża z dachów, niebo- lazur, a wróble nad głową, jak jaskółki :)
Czuję się cudownie, jakbym dostała cały świat w prezencie, a w duszy śpiewam sobie tak:
Wrocław, sobota, Gilmour tam, ja tu, jak to pogodzić? Och, naprawdę? Nagrać sobie z tvp1.?
Ok.
Świetnie, cudownie!
Dzięki za namiary. Super. Już pędzę. Jak tylko będę w domu...Och, jakie to szcżzęście...
No i nie nagrałam... Weź, idź z taką sklerozą, już brałam pilota do ręki, już szukałam tego kanału, gdy tu coś raptem się zadziało, rąbnęło, stęknęło, i rzuciłam wszystko, bo dom drżał jakby tornado przeszło.
W każdym razie takie dźwięki przetaczały się nad moją głową.
To tylko mąż.
Więc zapomniałam.
A potem jeszcze poprawiłam sobie kredensem.
Nie żebym nie spała, czy coś, bo trzymać trzeba, ale coś w tym stylu.
Mąż na strychu spokojnie robił swój rumor, ja robiłam swoje porządki w kredensie z rodową porcelaną i srebrami, jak mnie nagle zawołał ( na gwałt) żeby coś tam łapać, bo mu spadało z drabinki.
No to się podniosłam.
Więcej nie pamiętam z tamtego wieczora.
Jak się ocknęłam wirował świat.
Pomyśłałam, wiosna (ok, lato, ale dobra, wiosna pasuje bardziej do koncepcji), lub miłość nagła to, albo się strułam.
A to tylko kredens. Drzwiczki konkretnie te górne.
Dopiero potem poczułam siekierę w głowie. Tak jakby.
Poryczałam się z bólu tak na wszelki wypadek, jakbym miała umierać, bo jak tak po prostu bez ostatnich słów?
No to pokrzyczałam trochę, mąż spadł w końcu z tej drabinki osobiście wraz z tym, co miałam złapać, padł przy mnie na kolana, a ja ulżyłam sobie besztając go w niewybrednym słownictwie, które mi tu nie przejdzie, po czym kazałam mu się oddalić, w jeszcze gorszym narzeczu.
Guza mam jak nie wiem co, ale dobrze, że sobie nie odgryzłam języka, z czego mój mąż i paru uczniów niechybnie miałoby radochę.
I tak.
Nie nagrałam.:(
Ale nasz syn, z którym ostatnio, ku memu rosnącemu zdumieniu, wymieniam czasem messengerem takie tam matczyno-synowskie uwagi - (ja) ucz się,(on) nie truj mamuś, (ja) zdałeś?(on) są trzy terminy mamcia, (ja) masz kasę?(on) pożycz kasę,(on) posłuchaj sobie tego,(ja) znam to synu, a nie, tego nie znam...
- no więc okazuje się, że C. ma tak wykwintny i nieznany mi tak dobrze dotąd gust muzyczny, że jestem pod wrażeniem. Ogromnym. No i sporo wie, zna całe dyskografie i śmie mnie pouczać, co do zespołów niby moich ulubionych (bo starych). Wręcz mnie egzaminuje i wystawia cenzurkę. W aucie zawsze coś nam gra, jak akurat jest w domu, i wozi mnie po okolicy bajerując muzą ( bo ja nawet całkiem całkiem, z daleka mogę uchodzić). Normalnie sobie na mnie wypróbowuje chwyty:))) ( no nie, to naprawdę świetny gust, żadne tam Donatan, czy Cleo). Dobrze, że mamy klimę w aucie, bo zimnego łokcia przy tym już bym nie zdzierżyła. On to nazywa też: ciężki sygnet :)))
No więc syn mój podrzucił mi stronkę, gdzie sobie można pooglądać ten koncert i choć odrobinę mniej odczuwać żal, choć i tak on jest i zostanie, że znowu mnie tam nie było:( po grób.
Twierdzę nieugięcie, iż to dzięki nam, że z mlekiem matki, że tatuś się genami przyłożył, że pradziad muzykalny, ale oczywiście C. absolutnie się nie przyznaje i wręcz uważa, że całkiem nam się pomieszało, bo to ON pierwszy tegoczytamtego słuchał, i nie od nas się dowiadywał, co dobre, absolutnie. Łgarstwo to i niewdzięczność ludzka i synowska ...
Dobrze, że chociaż łaskawie mnie poucza i nawraca, podrzucając świetne kawałki, jak np ten
Mnie to się podoba:) Kto by pomyślał?
I tym na razie skończę, bo mam mnóstwo zaległości, to rozłożę na kilka odcinków.
Tymczasem wakacyjnie życzę DOBRANOC|:))) Albo i nie, jak kto jutro do roboty nie musi.
I uważajcie na wszystkie wystające rzeczy ponad waszymi głowami.
Dla jednych będzie to żyrandol, dla innych szuflada (na czworgu), a innym może zaszkodzić niewinnnie wygladająca szafka. Ale nie ufajcie pozorom, bo może okazać się czarnym (wierzgającym ) koniem.
Islandia też nie wyglądała na taką, co przybije Brexit :)))
No, tak że nigdy nic wiadomo.
Trzymajmy więc kciuki za naszych!
lewkonia
Dziś w Dniu Ziemi chciałam coś o przyrodzie, o naszej ogrodowej przychylności pszczołom, o mej codziennej krzątaninie i trosce o jak najmniejsze zaśmiecanie Matki Ziemi. Ale...
Ale o tym innym razem.
Bo kolejny raz prawdziwie wstrząsnęło mną i przygnębiło odejście wielkiego muzyka, którego nie można było zbyt często u nas usłyszeć w radio, nie cieszył się takim uznaniem, na jakie moim zdaniem zasługiwał, nie był powszechnie i głośno uwielbiany za całokształt (jak np Freddie Mercury czy Joe Coker śpiewający głównie covery), a jedynie za pojedyncze utwory, i nie próbowano go w Polsce tak masowo i gruntownie poznać, jak innych popularnych muzyków . Nie był u nas ani tak lubiany, jako osoba, ani szczególnie szanowany jako muzyk, wręcz dla wielu głównie znany, jako że wielce kontrowersyjny. Założę się, że gdyby zapytać ot tak na ulicy, za jego życia jeszcze, kogo uznajesz za POSTAĆ muzyczną wpółczesną i znaczącą, mało kto wymieniłby go obok Hendrixa, Beatlesów, czy muzyków Pink Floyd. Tym czasem był on artystą TOTALNYM, ciekawym i o wielu obliczach.
Prince.
Kompozytor, aranżer, WYBITNY gitarzysta, multiinstrumentalista, wokalista o nieprzeciętnym (DLA MNIE PIĘKNYM!) głosie, wzbudzający i zachwyty i obrazę moralności. Prowokujący, superseksowny, wręcz czasem dirty, jako człowiek w swym otoczeniu niezbyt lubiany za charakter, ale też perfekcjonista wzbudzający podziw pracowitością i płodnością - potrafił sam skomponować, zaśpiewać, zagrać na kilku instrumentach, nagrać i zmontować w jedną noc dwa single, by dochód z nich przeznaczyć na szczytny cel, w jeden rok wydać dwa albumy, tworzyć intensywnie pod rząd kilka lat bez przerwy, reżyserować własne teledyski, współpracował też z masą muzycznych osobistości nagrywając z nimi bądź komponując dla nich utwory. Wydał ponad 100 mln płyt, zdobył wiele nagród liczących się w muzycznym świecie. Był podziwiany za mistrzostwo gitarowe przez samego Claptona. Słowem, śmiem twierdzić, przerastał talentami nawet Michela Jacksona. A jednak...
Ile płyt i tytułów jego piosenek jesteście w stanie wymienić, zanucić?
Dlaczego tak mało?
Bo był inny? Ocierał się o kicz? Nosił buty na obcasie i lubował się w falbankach? Bo zawierał w swych tekstach tyle wulgaryzmów i malował oczy jak kobieta? Bo potrafił śpiewać falsetem, jak nikt, aż przechodziły ciarki? Bo to był raczej pop niż rock?
Mój Prince kołysał mnie i utulał w emocjonalnej pustce, w smutku i gdy czułam się stara i nieładna. Podniecał i zachwycał do łez. Zapełniał pewne braki w życiu, jak np. taniec, bo mogłam przy jego muzyce odlecieć i pozwolić wyobraźni widzieć siebie tak gibką i wąską w talii jak dawniej.
Nie umiałam i nie będę umiała słuchać go bez bujania się w biodrach, bez tego RYTMU, któremu me ciało poddaje się bezwolnie i pozwala się porwać i wprowadzić rozluźniający trans. Bez bicia serca, zwłaszcza przy albumie 3121, w którym chyba osiagnął szczyt zmysłowości, a który to chodzi za mną, odkąd go dostałam - taki inny, niż wszystko, co słyszałam dotąd.
Cieszę się, że taka muzyka jest nam też dana, obok czystego jazzu, rocka progresywnego, soulu, czy bluesa jest to ten gatunek, który nadaje rumieńców dniom ponurym i zbyt powolnym, w rutynie i chorobie potrafi dodać wigoru, a przy tym jest bardzo wartościowa, bo przebogata w odcienie, głosy, dźwięki instrumentów, ma bardzo dynamiczną budowę w samej warstwie melodycznej. Jest tam i rythm and blues, i funky, i disco, ale i jazz ( i to sporo, choćby te saksofony!) i rock (te gitarowe riffy, których nie powstydziłby się żaden rockmann)
Wszystko to, co kocham w muzyce - złożoność, niesztampowość, harmonia i zamierzony dysonans, i solo gitarowe, i zawijasy, i chórki. I rytm, rytm, piękne melodie i ... jeszcze raz RYTM.
Po prostu nie da się nie zadurzyć w muzyce Prince'a. Ja nie odkocham się do końca mych dni.
I kolejny raz nie doczekam się koncertu, tak, jak nie zdołałam usłyszeć (nomen omen) na żywo Joe Cockera, Davida Bowie, i paru innych.
Jeśli nie wiecie, o czym mówię i skąd ten zachwyt, posłuchajcie jednej z moich ulubionych płyt, choć nie oddaje ona w pełni wszechstronności muzyki Prince'a, i taka wręcz się wyda miejscami taneczna - ale choćby 3. utwór - ten fortepian, ta trąbka - mistrzostwo, klasyka ! - i taki kontrast z kolejnym numerem .
No i tak by pogodzić te dwie okazje - coś z Ziemią w tytule:
Moje pokolenie ma to szczęście, że wychowało się na postaciach, które bez przesady będzie nazwać elitarnymi. Których wychowanie nosiło znamiona przedwojennej kindersztuby, a którym wpajano savoire-vivre tak skrupulatnie i bezkompromisowo, jak dziś się tego ani w procencie nie czyni. Niektóre z nich przemawiały do nas z radia, inne z ekranu, czy desek teatru, te współczesne nam i te żyjące w archiwaliach, bardzo często przypominane w cyklach wspomnieniowych - przedwojennych filmach, dokumentach, nagraniach, teatrze telewizji, gościły w domach stale, jak stara ulubiona ciocia z czekoladkami, pachnąca z lekka naftaliną. Lubiłam siadać przy niej i zasłuchiwałam, zagapiałam się, jak w rodzinną pamiątkę. Nietrudno było nasiąknąć sztuką, tą lżejszą, prezentowaną w niedoścignionej grze aktorskiej takich postaci, jak Mieczysława Ćwiklińska, Michał Znicz, czy inni, nieuniknionym było również choćby otrzeć się o muzy z wyższej półki, jak opera, symfonia, czy balet. Przynajmniej w moim domu niepodobna było NIE ZNAĆ tych czy innych nazwisk, nie mieć nikłego choćby pojęcia o muzyce klasycznej, nie czuć dreszczyku na dźwięk orkiestry symfonicznej, gdy "Batutą i z humorem" bez jakiegokolwiek nachalnego dydaktyzmu infekowano mnie miłością do kolejnego utworu. Telewizja, a wtedy nietrudno było o to, służyła wychowywaniu w kulturze, oświecaniu i budzeniu podziwu dla sztuki, kształtowaniu umiejętności świadomego wyboru rzeczy najwyższej jakości i najszlachetniejszego przekazu. Te audycje, które nielimitowane i dostępne mi o każdej porze, otwierały przede mną świat, jakiego nie poznałabym na żywo, o którym nie nadążyłaby uczyć najmądrzejsza szkoła, nie mają dziś sobie równych. To była prawdziwie wielka Kultura. Dla szerokich mas, ale nie schodząca do ich "szarego"wówczas poziomu. To była kultura elit! I kto chciał, tą elitą się stawał, choćby nigdy nie przekroczył progu opery, a zamiast fraka miał na sobie przydeptane papucie i szlafrok. Dziś żałuję, że nie dane było moim synom tak szeroko i często obcować z postaciami takiego formatu. Choć zdarzały się niedzielne śniadania z muzyką klasyczną, południa z niemym kinem, podwieczorki z "batutą", a ostatnimi laty wieczory z Malickim, zaś na półkach pełno płyt klasyków, z których jakaś przyciągnie czasem wzrok i wspominamy: " pamiętasz, jak tego ostatnio słuchaliśmy...". Po prostu jest to odpływający świat, którego młodzi nie chłonęli tak pełnią siebie, tak zachłannie i w zachwycie, jak mi było dane, bo też ich odkrycia szły w innym kierunku. Cóż, z pewnością mogę sobie przypisać tę "zasługę" - świat komputerów wciągnął naszych synów bardziej, niż tego byśmy sobie życzyli, a my zbyt słabo temu stawialiśmy opór. Ale muszę stwierdzić, że mimo wszystko udało się ukształtować synowe gusty muzyczne ponad przeciętną - zwłaszcza starszy zadziwia mnie nieraz swoją playlistą. To samo dotyczy filmów, tych współczesnych, i często niszowych. Więc jednak...??? Niedaleko padło jabłko...??? Niemniej odchodzą już ci, których sposób mówienia, niezwykła pamięć, wiedza, pasja, dar oratorski i osobista aura są niedoścignione i niezastąpione. Tych braków nie zapełni się łatwo, a jeśli pojawią się podobne talenta, to już nigdy nie będzie to samo. Zresztą ewentualni odbiorcy też mają dziś bardzo odmienny profil. Kultura zeszła z piedestału, potaniała, a nierzadko ich piewcy zwyczajnie ... schamieli. Dziś dziękuję zatem panu Bogusławowi Kaczyńskiemu za to, że nauczył mnie słuchać arii, odsłaniał kulisy wielkich scen i uchylał rąbka tajemnicy prywatnego życia wielkich gwiazd. Że gościł w moim domu tak często, że się przywiązałam, jak do wspomnianej ciotki, takiej w woalce i atłasowych rękawiczkach. Że byłam dumna, że rozumiem, co do mnie mówi, choć nie do końca rozumiałam balet. Że dowiedziałam się o takich miejscach, jak Metropolitan Opera, że to u niego usłyszałam pierwszy raz Toskę, ża zakochałam się w Dziadku do orzechówi poznałam ludzką, nieuszminkowaną twarz Callas. Że opowiadał, opowiadał, opowiadał, aż mnie samej zasychało w gardle. A robił to z taką swadą, znawstwem rzeczy i tak elegancko, że nie mogę tego nazwać inaczej, jak PERŁĄ polskiej dykcji i erudycji, jakich dziś nadaremno szukać. Widzę go wciąż z muchą pod śnieżnobiałym kołnierzykiem, z nienaganną manierą, z ciepłym głosem i odrobiną narcyzmu - bo on się rozkochiwał w tym, co mówi. Rozpływał się w zachwytach i unosił na najwyższy poziom elokwencji. Tym samym otwieram rozdział, który zapełnię z czasem postaciami, którym zawdzięczam, poza mamą:), moją wysoce-kulturalną edukację i wrażliwość na piękno pod każdą postacią. Dzięki którym " o świcie zwyciężę", dzięki którym wierzę wbrew wszystkiemu w świat, który mnie jeszcze nieraz zachwyci. Wspomnijmy więc jednego z tych Ostatnich Wielkich.
Najpierw filharmonia, przyjaciółki, wspaniała Agnieszka Grochowiczi Osiecka, a teraz... taki mamy koncert za oknem (dokładnie taki, jak w tym filmiku, dokładnie teraz o 23.30):
Kontynuujac myśl z wczorajszego wpisu, gdybym miała lepszy mikrofon w komórce, poszłabym za nim w krzaczory na wprost domu, nagrałabym go i byłby to mój ulubiony kawałek w playliście, a tak, nie śpię, bo mam otwarte okno:))))) No nie da się spać :))))Ach, ta słowikowa to ma skarb!
Tak sobie dziś leżąc na trawie bez tchu po całodziennej pracy w ogrodzie popatrzyłam na efekty naszej wspólnej ośmioletniej harówki, pomyślałam:
Gdybym wiedziała, jak to będzie.... nie zmieniłabym decyzji, ani miejsca, ani czasu, w którym tu się znaleźliśmy. To NAJLEPSZA decyzja, którą podjęliśmy w ciągu niemal 30 lat bycia w stadle, i choć akurat ostatnio zamiast iść ku lepszemu, jest ciężej, niż kiedykolwiek, to bronię tego swojego skrawka nieba i ziemi z całych sił (resztką sił dokładniej) przed ... swoją własną niemocą i dezercją.
Dom i jego otoczenie wraz z rozczulająco kochanymi sąsiadami, to dla mnie cały (cudowny) świat i choć czasem gdzieś się powłóczę w świat, to wracam tu z ulgą i największą radością. To jedna z rzeczy, której bym nigdy nie zmieniła w swoim życiu, gdyby się miało powtórzyć w tej samej konfiguracji.
Nie zmieniłabym szkoły i przyjaciół z młodości, zawodu i grona wypróbowanych w bojach przyjaciółek, kraju, stylu życia i paru innych rzeczy.
Niemniej gdybym mogła jeszcze raz stanąć na rozdrożach, na których przychodziło mi parę razy (jak to w życiu) stawać, to nie raz wybrałabym inną ścieżkę. Czasem pomijaną w pośpiechu i z braku wyobraźni ( a może brakowało mi wtedy dojrzałości i asertywności) ? Czasem skrytą za mgłą okoliczności i mej "niedowiary" w swoje możliwości, czasem lekko wykpioną przez jakiegoś wrednego chochlika w mojej głowie, który mi wkręcał, że na pewno mi się nie uda, i w ogóle do bani.
Gdybym zatem miała znów 18 lat, z pewnością nie zarzuciłabym tańca. Nie baletu, czy jakiejś wyrafinowanej finezyjnej i wysoce artystycznej jego formuły, lecz tańca towarzyskiego, klasycznego, latynoskiego, takiego który świetnie jest uprawiać dla sportu i kondycji, ale też dzięki niemu kształtować sylwetkę, grację ruchów i cudownie się bawić. Mój mąż, jeśli to teraz czyta, pewnie pokłada się ze śmiechu, bo dziś akurat już ręką i nogą nie jestem w stanie ruszyć, a ja tu marzę o tańcu. Ale, ale, kto mi odmawia od 30 lat wspólnego kursu salsy? Może dziś po tych ogrodowych wygibasach nie miałabym takich zakwasów, że o rwie nie wspomnę?A już na pewno miałabym nadal swą talię osy, którą ktoś mi świsnął:)
No cóż, nigdy nie przestanę tęsknić do parkietu i tamtego blond chłopaka, który mną nieraz cisnął o ziemię:))))
Gdybym dziś miała lat 20 nie poszłabym do ślubu w TEJ sukience, a może nawet nie poszłabym wtedy wcale? Cóż, z pewnością dziś swojej córce odradzałabym sztuczne koronki i tak wczesny wiek na zamążpójście. Ale czasy takie były, że albo lureks, albo piekielnie droga zdobyczna z paczek gipiura, albo... bazar Różyckiego w Warszawie ( i kryzys sprzyjający łączeniu się w pary dla stabilizacji jakiejś szybszej wespół zespół, pomijając tu rzecz jasna hormony i uczucia).
Moja mama uznała, że to bardzo nobilitujące, mieć sukienkę właśnie stamtąd, a poza tym, było to jej niespełnione marzenie, dla niej, urodzonej w Warszawie tuż przed Powstaniem, śniącej swój sen o niej całe życie, hołubiącej to marzenie i tęsknotę za czymś, co było związane z moją babcią i jej młodością, było to OCZYWISTE, że to i moje pragnienie najgłębiej skrywane. A więc ... stałam się spadkobierczynią tych marzeń chcąc nie chcąc, całkiem bezbronna przed takim przesłaniem - sukienka PRAWIE jak ta, o której marzyła moja mama, a która z pewnością spodobałaby się babci - Warszawiance. Ech, ile młoda dziewczyna musi przejść cudzych życiowych doświadczeń i ile pragnień cudzych zadowolić, gdy jest tak dobrze wychowana jak ja, czyli nie umie odmawiać... No i miałam tradycyjną długą białą nakrapianą ... upiornie sterczącą gryzącą firankową sukienkę z welonem do .... ślubu cywilnego, tak, jakby chciała tego moja babcia.
A dziś? NIGDY W ŻYCIU!!!!
Gdybym mogła zawrócić do punktu zwrotnego w kwestii mej "kariery", która mogła stanąć przede mną niewyobrażalnym dziś dla mnie w skutkach otworem, a przy tym gdybym nie miała TAMTYCH DURNYCH wyrzutów sumienia, że zostwiam dwójkę małych dzieci i pracę (stabilizacja, po raz enty ta cholerna stabilizacja!) wyjechałabym z dziką radością na stypendium do Niemiec, które mi się przed mgr-ką kłaniało i ścieliło do stópek. Wystarczyło tylko mrugnąć rzęsą i szepnąć: OCH, TAK!!!
Dziś wiem, że te pół roku nie zamieniłoby naszego domu w pustynię po tsunami z erupcją wulkanu, ani w pogorzelisko plus przejście lodowca, ani inną katastrofę kosmiczną. Zwyczajnie, chłop by sobie radził, tak, jak sobie radzą kobiety, gdy ich mężowie są w delegacji czy na misjach wojskowych. JA przynajmniej nie miałabym aż tylu szans tam, zagranicą, wdepnąć na minę, jak mój małżonek na swych licznych poligonach (wiem, pojechałam po bandzie, że hej, jutro pogadamy). I kto wie, może dziś byłabym panią doktor literatury, albo translatoryki, albo jakiejś innej ciekawej bardziej badawczej wersji mojego kierunku.
Z rzeczy bardziej nieosiagalnych i potencjalnie bardzo, bardzo wątpliwych dorzuciłabym do mojej (ledwo muśniętej tym wpisem) listy "gdybym..." wyobrażenie sobie, co bym zrobiła, gdybym miała maaaasę pieniędzy i nie musiała się ograniczać w przyjemnościach. I tu nawet sekundy się nie zastanawiałam ( nigdy, bo nie pierwszy raz sobie tak wyobraźni dałam pohasać), co postawię na pierwszym miejscu. Każda inna rzecz różnie się w mych rankingach plasowała, ale MUZYKA stała u mnie na miejscu 1. ZAWSZE (no, dobrze wcześniej były to książki, ale odkąd wzrok kiepski, ustąpiły grzecznie pierwszeństwa....)
I tak, gdybym miała maaaaaasę pieniędzy na "rozkusz" nie żałowałabym sobie na płyty, koncerty i dobry sprzęt wraz z salą do polegiwania w szezlongu specjalnie dopasowanym do mego obolałego krzyża, żeby po odsłuchaniu pełnego super odlotowego dwupłytowego albumu nie zakleszczał mi się na amen i nie psuł przyjemności odbioru ( dla mnie trwanie w jednej pozycji ponad godzinę to horror - patrz wielogodzinne komisje maturalne "na paprotkę", nogi mi chcą same wyjść z sali, taki mam zespół niespokojnych nóg, cała reszta zresztą też "chodzi", bo musi)
Widzę siebie niekoniecznie elegancką i wymuskaną made in Paris, nie zawsze w makijażu, czy całą w biżuterii, a nawet nie widzę siebie w SPA za tę maaasę kasy na przyjemności. Ja się widzę wprost SKĄPANĄ w dźwiękach, raz takich, raz innych i wciąż nie mającą dosyć. Pewnie, robiłabym sobie przerwy w sesjach muzycznych, ale tylko na ogród i inne przyjemności związane z murarką, stolarką czy te pe, po których relaksowałabym się kolejnym albumem, na który dziś mnie nie stać:))))
Aha, co się z tym wiąże, z całym szacunkiem dla moich uczniów i dyrekcji, rzuciłabym pracę. Dla tej miłości:)))W końcu z taaaaką kasą....
A jak już jesteśmy w temacie, to akurat mi się nasunęla ta nutka. Pomyślcie przy niej, co jest Waszym realnym i nierealnym gdybym
Pozdrawiam serdecznie i idę śnić, co by było gdybym....
Niemniej kimś innym i gdzie indziej ... nie, nie wyobrażam sobie być. Ale może gdybym wybrała inne ścieżki, nie byłabym w tak cudownym miejscu życia, co dziś? Strach pomyśleć:))))
Miało być o moich nieprzygotowaniach do świąt, o braku światełek, drzewka, błyskotek, o wyczerpaniu, przygnębieniu, przeprowadzkach i zgryzotach, które skutecznie wyssały ze mnie resztki energii oraz poczucie sensu całej tej bieganiny i wyścigach z samą sobą, by był ten cholerny karp, jemioła, pierniki i cała reszta jak zwykle. Bo nie będzie tak jak zwykle. Nie będzie jak kiedyś, ani na zewnątrz mnie, ani wewnątrz.
Zapalę świeczki, zrobię stroik, z małą pomocą przyjaciół pojawi się tu i tam piernikowe serce, może nie zapomnę o sianie pod obrusem. Ale nie czuję radości z nadchodzących dni, ani ulgi, ani nadziei. Karpia zastąpi zwykły mintaj, uszka "kupne", symboliczny śledź i barszcz, jak zresztą wszystko w symbolicznych ilościach, nie zagłuszą przynajmniej swym brakiem przesady myśli własnych, serca bicia i dźwięków brzmiących w głowie.
Jeszcze wczoraj słuchałam ich z radością, bo kołysały , utulały, koiły, dziś kolejny to powód do łez. I chyba zamiast kolęd mam jedno pragnienie - słuchać Joe i wyobrażać sobie, jak w jego nowym Big Sky Country musi być pięknie.
Jeśli wierzyć, to na pewno w to, że jest niebo, i jest tam Muzyka. Moja wielka miłość, Joe, od dziś już tylko z płyt. Jeszcze i to, Boże, niech jeszcze i to:(((