środa, 2 sierpnia 2017

Ucieczki wycieczki

Czasem trzeba zwyczajnie zniknąć.
Zostawić kartkę na stole "Zaraz wracam", wziąć mapę, przyjaciół, plecak i zamknąć za sobą dokładnie drzwi.
Hmm, sprawdzić, czy wyłączone żelazko, i jeszcze raz rzucić okiem na dom.
Psa powierzyć sąsiadom. Telewizor posłać do diabła, a kwiatki niech podlewa deszcz.
Nie musi być zaraz drugi koniec świata, nawet nie koniec Europy.
Niech będzie dajmy na to Zadupie, Zaolzie, Zawiercie.
I niech będzie pogoda. Jakakolwiek. Grunt, żeby się dało iść. Jechać. Płynąć.
Przysiąść na kamieniu, na ławce, w trawie. Mieć wiatr we włosach, piasek w bucie, błysk w oku.
I czas.
Czas na myślenie bezmyślne, beztroskie. Na śmiech i zadumę. Na podziw i zachwyt. Na gapienie się ile dusza zapragnie.
Czas na ucieczkę od absurdu i bezsensu, od złych emocji, chorych wizji, groteski i skrzywień w dowolną stronę.
Na ścieżki radośnie kręte i pod górkę, na pogubione beztrosko szlaki, na jazdę bez presji czasu, na bycie tu i teraz.
Świadomie.
Z wyboru.


A potem wracać.
Za każdym razem lepszym, lżejszym, bogatszym. 

Wasza



czwartek, 15 czerwca 2017

Przy święcie

Stworzyłam swój ogród marzeń, ogród, po którym trzeba stąpać ostrożnie.
W koniczynie, której nie pozwalam kosić, ucztują pszczoły, trawy przerosły kurdybankiem i bodziszkiem, pod dachem werandy w kilku gniazdach urzędują wróble, w gąszczu leśnego zakątka pomieszkują jaszczurki, a złote żuki spijają nektary z kwiatów, które często wysiewają się same.


Od dawna marzył mi się taki dzień, jak dziś, z ciepłą kojąca ciszą w tle, nakrapianą świergoleniem ptaków, pachnącą jaśminowcem i różą, z wietrzykiem muskającym listki leszczyn, i leniwie snującym się przedpołudniem. Dziś jestem panią swojego czasu, jak rzadko, bez wyrzutów sumienia wreszcie  mogę oddać się czynnościom, na które mam ochotę. I co najważniejsze, u mych stóp leży pies, mąż donosi herbatę, i nikt nie piłuje dziś drzewa, nie kosi trawy, nie zgrzyta żadnym piekielnym narzędziem. Dosłownie nic nie rozdziera błogiej brzęczącej pszczołami ciszy, prócz tego, co moje ucho kojarzy wyłącznie z dobrym, ozdrawiającym, naturalnym dźwiękiem. Do pełni szczęścia brakuje tylko szumu morza, potoku górskiego, albo widoku wysokich gór.





 



 
Ach, jednak jest coś, co tę idyllę mąci.
Z mojej ( fizycznie naszej, ale duchowo jakże mojej) wymarzonej werandy biegnę wzrokiem na zachód. I markotnieję. Jest mi smutno i od marca zaciskam zęby za każdym razem, gdy w tamtą stronę spoglądam, gdy rozmawiam z sąsiadką, gdy rozwieszam pranie i zbieram porzeczki.
Szczególnie dziś, w tak ważnym dla chrześcijan dniu, w którym po wielokroć w kościołach padną uduchowione słowa o miłości, poświęceniu, oddaniu i ofierze, o wielkim sercu i boskiej nad nami opatrzności, pytam się siebie i Was, jak to jest z ludzkimi sercami.

Czy można mieć boga w sercu, a równocześnie go nie mieć dla boskiego stworzenia?
Chodzić do kościoła w każdą niedzielę i czcić stwórcę drzew i ptaków, wody i ziemi, po czym w dzień powszedni wyciąć rząd wysokich drzew z gniazdami, wycyzelować trawnik, wytruć każdziuteńki chwaścik żrącym pestycydem, wygnać wszystko, co ożywia ogród, lub go zwyczajnie zamienić w skład żelastwa, śmiecia, zlepków szop i wiat pozbawionych życia?
Jak to jest z ludzkimi sercami, w których nie ma miejsca dla życia innego, niż nasze?

Jak pięknie wyglądają ołtarze przystrojone świeżo ściętym młodnikiem brzóz, kwiatami hodowanymi tylko na tę okazję i girlandami wstążek. Jak wielkie i dobre są serca śpiewających pod świętymi obrazami.
Jak czyste są serca ludzi od wielkiego dzwonu.

Jestem pewna, że jeśli bóg jest taki, jak o nim myślę, kiedy myślę, że jednak jest, jego wyobrażenie o człowieku było zgoła inne. Skoro na swój obraz i podobieństwo chciał nas ulepić, wolałby byśmy stąpali po swym skrawku ziemi ostrożnie i podporządkowywali  ją sobie z rozmysłem.


Tymczasem nie słyszę cienia żalu, gdy rozmawiam z sąsiadką o ściętych drzewach. W zasadzie to ja mówię, lub tylko wymownie spoglądam z posępną miną w stronę szczątków pociętych w zgrabne pieńki. Kiedy się tu 10 lat temu przenieśliśmy z miasta, zachwyciła mnie enklawa zieleni, którą tworzyły świerki, modrzewie i parę drzew owocowych rosnących pomiędzy sąsiadami z prawej i następnym domostwem.
Tej wiosny po powrocie z pracy zastałam paraliżujący widok. Długo patrzyłam struchlała i powtarzałam: Chryste Panie! I uważam, że nie było to wzywanie na daremno.


I choć wszelkie  odgradzanie się szczelnym żywopłotem z tuj uznaję za nienaturalne i brzydkie, czuję, że więzi między nami stworzone przez te lata nie mają już tego samego znaczenia dla każdej ze stron, by się jednak nie odciąć od pewnych spraw. Okazuje się, że są nam drogie całkiem inne rzeczy. Że serca wypełniają nam zupełnie inne pragnienia. Moje - potrzebą ciszy i obcowania z istotami wszelkiej maści i postury, ich - wygolony z linijką trawnik i pokazowa kostka na podjeździe. Uprzedzając od dawna zapowiadaną wycinkę pięknego orzecha od wiosny zasadziliśmy pod płotem rząd różniących się fakturą drzewek. Po 10 latach podjęliśmy decyzję o zaznaczeniu podziałów, których tak nie znoszę. Nic jednak nie odwróci  tego, co się stało.

I pomyśleć, że tęskniłam za pisaniem, co zawsze jest chwilą dla mnie szczególną, a tymczasem wolałabym, by ten post nie powstał.


"(...)
Pochwalony bądź, mój Panie, ze wszystkimi Twymi stworzeniami,
nade wszystko z panem bratem Słońcem,
bo jest on lampą dnia i nim rozświetlasz naszą drogę.

4 Jakże on piękny, promieniejący i pełen blasku.
O Tobie, o Najwyższy, daje nam wyobrażenie.

5 Pochwalony bądź, mój Panie, przez siostrę Księżyc i gwiazdy:
stworzyłeś je na niebie, jasne, cenne i piękne.

6 Pochwalony bądź, mój Panie, przez brata Wiatr
i przez powietrze, słotę, spiekotę i każdą pogodę,
którymi wspierasz wszystkie Twe stworzenia.

7 Pochwalony bądź, mój Panie, przez siostrę Wodę,
która jest bardzo użyteczna, i pokorna, i czysta.

8 Pochwalony bądź, mój Panie, przez brata Ogień,
który rozświetla mroki nocy:
piękny on, radosny, nieprzejednany i silny.

9 Pochwalony bądź, mój Panie, przez matkę naszą Ziemię,
która nas żywi i utrzymuje,
wydając wszelki owoc, barwne kwiaty i zioła.(...)"



Wraz ze Św Franciszkiem

       wasza Lewkonia












niedziela, 2 kwietnia 2017

Wiosna mnie zastała

Wieczne drżenie.
Takie to moje życie ostatnio.
Jedno dobrze, to drugie kiepsko.
Nie mogę się zdecydować, czy jestem bardziej szczęśliwa, czy nieszczęśliwa.
Na wszelki wypadek mam dołek.
I sny niepokojące, żeby za fajnie nie było.
Ale rano normalnie, jakby nigdy nic, wskakuję w kolorowe ciuszki, nawet rzekłabym zbyt kolorowe na 50+  i rzucam się w wir dnia.

Mimo czarnowidzenia wychwytuję barwne plamy z otoczenia i obrazki z natury.
Ludzkiej.
Panią, proszę pani, przeciskającą się  przez zakorkowane skrzyżowanie mojego miasta też. 
Można by ten obrazek wrzucić do szufladki - " głupia blondynka w czerwonym alfa romeo", gdyby nie ten czerwony paznokieć.
Widzę go z około 6 metrów. 4... 2... z mojej lewej... mija mnie. Wbija mi się w pamięć.
Piękny żelowy paznokieć na wyprostowanym środkowym palcu. Tuż za nim biegnie pani pogardliwie wykrzywiony uśmiech w niemniej krzyczącym karminie.
I już nie jest pani zwykłą głupią blondynką.
Pani się nie kwalifikuje do tej niewinnej kategorii.

Dla kontrastu pan.W drodze do mojej wsi.
Remont sporego odcinka głównej arterii miasta i mostu na niej zmusza nas, żyjących z pracy w mieście, a śpiących na wsi, do objazdów wioskami przyległymi, drogami zbyt wąskimi, by się mijać bez obawy o lusterka.
Pan jedzie ciągnikiem z przyczepą.
Na przyczepie normalnie, gnój, jak  co roku.

Przede mną ciągnik, za mną białe porsze. W zakręt można wejść tylko w pojedynkę. Ktoś musi się przyczaić z naprzeciwka, by dać susa w stronę przeciwną.
Na łuku drogi jest maleńki mostek, po drugiej stronie drzewa. I chodnik, którym chodzą dzieci na przystanek.
Porsze wyskakuje zza mnie, włączając dopalacze. Ja hamuję intuicyjnie, ciągnik hamuje i wpada na wąziutki chodnik, porsze wyje, i zostawia po sobie smród.  Zapach z przyczepy ciągnika to nic w porównaniu.
Nie dowierzam, że to dzieje się naprawdę. Trwa to sekundy, nie widzę kierowcy.
Ruszamy po chwili, ja łapiąc oddech, a ciągnik równowagę. Prawe koła bowiem grzęzną w świeżo posianym mikro trawniku przed czyimś domem. Tu niedawno był także remont. Jeżdżę co dzień i widzę i podziwiam.

Pan w ciągniku uratował pana z porsze.
A mógł zgnoić.
Wyprostować fucking palec z rolniczym pozdrowieniem.


                                                                ******

A u nas już trzmiele pod werandą brzęczą i na zwiady wylatują.
A wy? Poczuliście już miętę do wiosny? Ja dziś ogród ostrożnie głaskałam, strzygłam, skubałam z zimowych habazi i zrobiłam mu manicure. Sobie też muszę :) Bo mnie wiosna zastała bez paznokci i butów, jak zwykle:)

Pozdrawiam kolorowo!
Lewkonia :)

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Nowa JA :)

"Sztuka życia polega na tym, by tańczyć w deszczu nie czekając na słońce"

Ze zdwojoną mocą tych słów w głowie, z poczuciem wielkiego zwycięstwa nad strachem i niewiadomą, ale i ogromną pokorą, z mieszanką radości i ostrożnego optymizmu, z ogromnym apetytem na wszystko otwieram niniejszym nowy rozdział życia.

Ubyło mnie garstkę, tyle, co zamknąć w dwóch dłoniach. Ale duchem, duchem jestem jak góry wysokie, jak drzewo, co burzę ustało, jak ptak, co gniazdo uwije na wiosnę - nic mnie nie powstrzyma, by życiem się cieszyć od nowa,  pełniej, roztropnie  :)))

Dziś pierwszy spacer pod słońcem, po własnym podwórku, śnieg zjeżdża z dachów, niebo- lazur, a wróble nad głową, jak jaskółki :)

Czuję się cudownie, jakbym dostała cały świat w prezencie, a w duszy śpiewam sobie tak:





Pozdrawiam tanecznie :)))