czwartek, 15 czerwca 2017

Przy święcie

Stworzyłam swój ogród marzeń, ogród, po którym trzeba stąpać ostrożnie.
W koniczynie, której nie pozwalam kosić, ucztują pszczoły, trawy przerosły kurdybankiem i bodziszkiem, pod dachem werandy w kilku gniazdach urzędują wróble, w gąszczu leśnego zakątka pomieszkują jaszczurki, a złote żuki spijają nektary z kwiatów, które często wysiewają się same.


Od dawna marzył mi się taki dzień, jak dziś, z ciepłą kojąca ciszą w tle, nakrapianą świergoleniem ptaków, pachnącą jaśminowcem i różą, z wietrzykiem muskającym listki leszczyn, i leniwie snującym się przedpołudniem. Dziś jestem panią swojego czasu, jak rzadko, bez wyrzutów sumienia wreszcie  mogę oddać się czynnościom, na które mam ochotę. I co najważniejsze, u mych stóp leży pies, mąż donosi herbatę, i nikt nie piłuje dziś drzewa, nie kosi trawy, nie zgrzyta żadnym piekielnym narzędziem. Dosłownie nic nie rozdziera błogiej brzęczącej pszczołami ciszy, prócz tego, co moje ucho kojarzy wyłącznie z dobrym, ozdrawiającym, naturalnym dźwiękiem. Do pełni szczęścia brakuje tylko szumu morza, potoku górskiego, albo widoku wysokich gór.





 



 
Ach, jednak jest coś, co tę idyllę mąci.
Z mojej ( fizycznie naszej, ale duchowo jakże mojej) wymarzonej werandy biegnę wzrokiem na zachód. I markotnieję. Jest mi smutno i od marca zaciskam zęby za każdym razem, gdy w tamtą stronę spoglądam, gdy rozmawiam z sąsiadką, gdy rozwieszam pranie i zbieram porzeczki.
Szczególnie dziś, w tak ważnym dla chrześcijan dniu, w którym po wielokroć w kościołach padną uduchowione słowa o miłości, poświęceniu, oddaniu i ofierze, o wielkim sercu i boskiej nad nami opatrzności, pytam się siebie i Was, jak to jest z ludzkimi sercami.

Czy można mieć boga w sercu, a równocześnie go nie mieć dla boskiego stworzenia?
Chodzić do kościoła w każdą niedzielę i czcić stwórcę drzew i ptaków, wody i ziemi, po czym w dzień powszedni wyciąć rząd wysokich drzew z gniazdami, wycyzelować trawnik, wytruć każdziuteńki chwaścik żrącym pestycydem, wygnać wszystko, co ożywia ogród, lub go zwyczajnie zamienić w skład żelastwa, śmiecia, zlepków szop i wiat pozbawionych życia?
Jak to jest z ludzkimi sercami, w których nie ma miejsca dla życia innego, niż nasze?

Jak pięknie wyglądają ołtarze przystrojone świeżo ściętym młodnikiem brzóz, kwiatami hodowanymi tylko na tę okazję i girlandami wstążek. Jak wielkie i dobre są serca śpiewających pod świętymi obrazami.
Jak czyste są serca ludzi od wielkiego dzwonu.

Jestem pewna, że jeśli bóg jest taki, jak o nim myślę, kiedy myślę, że jednak jest, jego wyobrażenie o człowieku było zgoła inne. Skoro na swój obraz i podobieństwo chciał nas ulepić, wolałby byśmy stąpali po swym skrawku ziemi ostrożnie i podporządkowywali  ją sobie z rozmysłem.


Tymczasem nie słyszę cienia żalu, gdy rozmawiam z sąsiadką o ściętych drzewach. W zasadzie to ja mówię, lub tylko wymownie spoglądam z posępną miną w stronę szczątków pociętych w zgrabne pieńki. Kiedy się tu 10 lat temu przenieśliśmy z miasta, zachwyciła mnie enklawa zieleni, którą tworzyły świerki, modrzewie i parę drzew owocowych rosnących pomiędzy sąsiadami z prawej i następnym domostwem.
Tej wiosny po powrocie z pracy zastałam paraliżujący widok. Długo patrzyłam struchlała i powtarzałam: Chryste Panie! I uważam, że nie było to wzywanie na daremno.


I choć wszelkie  odgradzanie się szczelnym żywopłotem z tuj uznaję za nienaturalne i brzydkie, czuję, że więzi między nami stworzone przez te lata nie mają już tego samego znaczenia dla każdej ze stron, by się jednak nie odciąć od pewnych spraw. Okazuje się, że są nam drogie całkiem inne rzeczy. Że serca wypełniają nam zupełnie inne pragnienia. Moje - potrzebą ciszy i obcowania z istotami wszelkiej maści i postury, ich - wygolony z linijką trawnik i pokazowa kostka na podjeździe. Uprzedzając od dawna zapowiadaną wycinkę pięknego orzecha od wiosny zasadziliśmy pod płotem rząd różniących się fakturą drzewek. Po 10 latach podjęliśmy decyzję o zaznaczeniu podziałów, których tak nie znoszę. Nic jednak nie odwróci  tego, co się stało.

I pomyśleć, że tęskniłam za pisaniem, co zawsze jest chwilą dla mnie szczególną, a tymczasem wolałabym, by ten post nie powstał.


"(...)
Pochwalony bądź, mój Panie, ze wszystkimi Twymi stworzeniami,
nade wszystko z panem bratem Słońcem,
bo jest on lampą dnia i nim rozświetlasz naszą drogę.

4 Jakże on piękny, promieniejący i pełen blasku.
O Tobie, o Najwyższy, daje nam wyobrażenie.

5 Pochwalony bądź, mój Panie, przez siostrę Księżyc i gwiazdy:
stworzyłeś je na niebie, jasne, cenne i piękne.

6 Pochwalony bądź, mój Panie, przez brata Wiatr
i przez powietrze, słotę, spiekotę i każdą pogodę,
którymi wspierasz wszystkie Twe stworzenia.

7 Pochwalony bądź, mój Panie, przez siostrę Wodę,
która jest bardzo użyteczna, i pokorna, i czysta.

8 Pochwalony bądź, mój Panie, przez brata Ogień,
który rozświetla mroki nocy:
piękny on, radosny, nieprzejednany i silny.

9 Pochwalony bądź, mój Panie, przez matkę naszą Ziemię,
która nas żywi i utrzymuje,
wydając wszelki owoc, barwne kwiaty i zioła.(...)"



Wraz ze Św Franciszkiem

       wasza Lewkonia












niedziela, 2 kwietnia 2017

Wiosna mnie zastała

Wieczne drżenie.
Takie to moje życie ostatnio.
Jedno dobrze, to drugie kiepsko.
Nie mogę się zdecydować, czy jestem bardziej szczęśliwa, czy nieszczęśliwa.
Na wszelki wypadek mam dołek.
I sny niepokojące, żeby za fajnie nie było.
Ale rano normalnie, jakby nigdy nic, wskakuję w kolorowe ciuszki, nawet rzekłabym zbyt kolorowe na 50+  i rzucam się w wir dnia.

Mimo czarnowidzenia wychwytuję barwne plamy z otoczenia i obrazki z natury.
Ludzkiej.
Panią, proszę pani, przeciskającą się  przez zakorkowane skrzyżowanie mojego miasta też. 
Można by ten obrazek wrzucić do szufladki - " głupia blondynka w czerwonym alfa romeo", gdyby nie ten czerwony paznokieć.
Widzę go z około 6 metrów. 4... 2... z mojej lewej... mija mnie. Wbija mi się w pamięć.
Piękny żelowy paznokieć na wyprostowanym środkowym palcu. Tuż za nim biegnie pani pogardliwie wykrzywiony uśmiech w niemniej krzyczącym karminie.
I już nie jest pani zwykłą głupią blondynką.
Pani się nie kwalifikuje do tej niewinnej kategorii.

Dla kontrastu pan.W drodze do mojej wsi.
Remont sporego odcinka głównej arterii miasta i mostu na niej zmusza nas, żyjących z pracy w mieście, a śpiących na wsi, do objazdów wioskami przyległymi, drogami zbyt wąskimi, by się mijać bez obawy o lusterka.
Pan jedzie ciągnikiem z przyczepą.
Na przyczepie normalnie, gnój, jak  co roku.

Przede mną ciągnik, za mną białe porsze. W zakręt można wejść tylko w pojedynkę. Ktoś musi się przyczaić z naprzeciwka, by dać susa w stronę przeciwną.
Na łuku drogi jest maleńki mostek, po drugiej stronie drzewa. I chodnik, którym chodzą dzieci na przystanek.
Porsze wyskakuje zza mnie, włączając dopalacze. Ja hamuję intuicyjnie, ciągnik hamuje i wpada na wąziutki chodnik, porsze wyje, i zostawia po sobie smród.  Zapach z przyczepy ciągnika to nic w porównaniu.
Nie dowierzam, że to dzieje się naprawdę. Trwa to sekundy, nie widzę kierowcy.
Ruszamy po chwili, ja łapiąc oddech, a ciągnik równowagę. Prawe koła bowiem grzęzną w świeżo posianym mikro trawniku przed czyimś domem. Tu niedawno był także remont. Jeżdżę co dzień i widzę i podziwiam.

Pan w ciągniku uratował pana z porsze.
A mógł zgnoić.
Wyprostować fucking palec z rolniczym pozdrowieniem.


                                                                ******

A u nas już trzmiele pod werandą brzęczą i na zwiady wylatują.
A wy? Poczuliście już miętę do wiosny? Ja dziś ogród ostrożnie głaskałam, strzygłam, skubałam z zimowych habazi i zrobiłam mu manicure. Sobie też muszę :) Bo mnie wiosna zastała bez paznokci i butów, jak zwykle:)

Pozdrawiam kolorowo!
Lewkonia :)

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Nowa JA :)

"Sztuka życia polega na tym, by tańczyć w deszczu nie czekając na słońce"

Ze zdwojoną mocą tych słów w głowie, z poczuciem wielkiego zwycięstwa nad strachem i niewiadomą, ale i ogromną pokorą, z mieszanką radości i ostrożnego optymizmu, z ogromnym apetytem na wszystko otwieram niniejszym nowy rozdział życia.

Ubyło mnie garstkę, tyle, co zamknąć w dwóch dłoniach. Ale duchem, duchem jestem jak góry wysokie, jak drzewo, co burzę ustało, jak ptak, co gniazdo uwije na wiosnę - nic mnie nie powstrzyma, by życiem się cieszyć od nowa,  pełniej, roztropnie  :)))

Dziś pierwszy spacer pod słońcem, po własnym podwórku, śnieg zjeżdża z dachów, niebo- lazur, a wróble nad głową, jak jaskółki :)

Czuję się cudownie, jakbym dostała cały świat w prezencie, a w duszy śpiewam sobie tak:





Pozdrawiam tanecznie :)))

sobota, 31 grudnia 2016

Oby ...


Nie skomentuję odchodzącego roku, wspominam o nim tylko po to, żeby pożyczyć Wam Nowego 2017 dużo dużo lepszego. Faktu, że nowa data u progu, nie da się nie zauważyć, ale nie spodziewam się jakiegoś pozytywnego zwrotu akcji, przełomu, zaskoczeń. Uzbrajam się i mam zamiar się nie dać złemu. Nie czarnowidzę, po prostu napatrzyłam się tak na ostatnie 12 miesięcy, że zwyczajnie nie chcę dać się zaskoczyć, rozanielona i naiwnie udobruchana niewinnością czystego kalendarza, w którym tyle pola do popisu dla mnie, ale i dla czającego się nieznanego. Nie ufam mu. Obawiam się, że ludziom też powoli coraz mniej ufać można.

Plany mam takie raczej zachowawcze, żeby się nie dać zawieść.
Dużo dystansu do siebie, niemal zero oczekiwań, mam zamiar się dopieszczać, chwalić, dogadzać, stosować laurki i nagrody pocieszenia. Reszta świata zaś musi mnie zacząć mniej obchodzić, bo czuję, jak mnie zżera zgryzota za zgryzotą. Niech sobie wszystko tam po swojemu dryfuje i zmierza do zagłady nawet. Ja mam już dość. Mój głos jak ziarnko piasku na dnie oceanu, a wokół mrok coraz większy.
Więc tak sobie myślę...


A poza tym...
Czy i Wam zdarza się także do kwietnia wpisywać datę o cyfrę młodszą?

Ściskam serdecznie i ze szczerego serca życzę więcej światła w waszych myślach i oczach, zdrowia życzę Wam i Waszym bliskim, równowagi wewnętrznej i zewnętrznego ładu wokół. I, choć ja akurat się tym ostatnio nie bardzo popisuję, optymizmu. Trzymajcie się i niech Was żadne podmuchy nowego nie zwieją!

Lewkonia


piątek, 23 grudnia 2016

Wesołych...

W kontekście wszystkich zdarzeń, które przyniósł cały ten rok, a grudzień zawieruchami wszelkimi przypieczętował, słowo "Wesołych" ma zabarwienie głęboko smutno-ironiczne, a z drugiej strony chciałoby się tym jednym słowem magicznie móc sprawić, by nadchodzące święta mogły się wyszumieć nieskrępowane żadną przykrą myślą, nieobarczone żadnym wyrzutem sumienia, ni goryczą bezsilnej złości. Tymczasem gdzie się nie obmacam, tam coś boli i uwiera.

Nie wdając się w szczegóły, choroby nas nie oszczędzają, właśnie dziś dowiedziałam się, że z powodów zdrowotnych moja mama spędzi święta sama. Oczywiście, prowiant przez umyślnego wyślę jutro, już w garnkach mieszam, ale nijak nie można jej zabrać w kilkugodzinną podróż, ani tam zostać. Nijak też nie zostawię teścia, a tym bardziej go nie zawiozę chorej na głowę na kilka choćby godzin. Stoję w logistycznym rozkroku. Bezustannie od 30 lat.

Po wtóre od paru dni żółć i krew na przemian mnie zalewają, bo wiecie sami z tv. W jakim kraju przyszło mi spędzić tę resztę lat z górki. Toż nawet wyemigrować nie zdołam, nie te lata, nie ta dolina, i na azyl też nie ma co liczyć. Kto na fejsie czasem bywa, widzi nastroje. I nie chodzi mi, ilu jest po której stronie. Tylko jakim językiem do siebie przemawia NARÓD. Wszyscy patrioci. Większość katolicy. Większość większości kocha Polskę aż strach, i chce jej dobra. Za wszelką cenę. Tylko nie dobra bliźniego swego. Zwłaszcza jak z partii on jest diametralnie odmiennej. O, to już zabić, zagazować, łeb uciąć, na kij zatknąć. Won esbeku, zdychaj pisiorze, faszysto, geju, lewacka szmato. Takie sobie Naród, którego sam Chrystus Królem, świąteczne życzenia składa. Cytuję najdelikatniejsze kawałki.

I podczas, gdy u nas z małej chmurki burza medialna, wręcz dramat o międzynarodowym rozgłosie, słuszny, lecz chybiony w wykonaniu protest, który wiadomokto i tak ma w nosie opancerzając się hasłami o praworządności i jedynie słusznej służbie państwu ( czyli mi ??? a, to sorki, nie zauważyłam), podczas, gdy u nas warcholstwo, pałowanie, jajka na wawelskim trakcie, i posłowie zaszczuci przez chuliganów ( dowolnie proszę sobie postawić cudzysłów), gdzieś całkiem blisko, a także dość daleko sceny prawdziwie rozdzierających tragedii. Jak się weselić, wiedząc, że te wszystkie obrządki i porządki, zakupy i czary w kuchni, że wszystkie marzenia o spokoju i wspólnocie przy wigilijnym stole trafił, rozjechał na miazgę w jednej chwili tir.
I jak spokojnie i radośnie z nadzieją w sercu czekać pierwszej gwiazdy patrząc w to samo niebo, które nad zbombardowanym Aleppo pokryło się łunami pożarów i pyłem z miasta obróconego w proch. Jak tu jeść 12 potraw przy stole zasłanym białym obrusem, gdy tam głód i śmierć w przerażonych oczach, a kubek wody jest wart tyle, co nasze od tygodni gromadzone świąteczne specjały.

Dlatego do tego tekstu nie będzie zdjęć z mojego przedświątecznego domu. Zapalając świeczkę każdego dnia pomyślę o wszystkich tych, których zabraknie przy stole w rodzinnym domu. Nawet, jeśli ani Polak, ani katolik. Ani nawet stołu już nie ma.
































Łamię się zatem z Wami słowem jak opłatkiem.

Lewkonia