niedziela, 2 kwietnia 2017

Wiosna mnie zastała

Wieczne drżenie.
Takie to moje życie ostatnio.
Jedno dobrze, to drugie kiepsko.
Nie mogę się zdecydować, czy jestem bardziej szczęśliwa, czy nieszczęśliwa.
Na wszelki wypadek mam dołek.
I sny niepokojące, żeby za fajnie nie było.
Ale rano normalnie, jakby nigdy nic, wskakuję w kolorowe ciuszki, nawet rzekłabym zbyt kolorowe na 50+  i rzucam się w wir dnia.

Mimo czarnowidzenia wychwytuję barwne plamy z otoczenia i obrazki z natury.
Ludzkiej.
Panią, proszę pani, przeciskającą się  przez zakorkowane skrzyżowanie mojego miasta też. 
Można by ten obrazek wrzucić do szufladki - " głupia blondynka w czerwonym alfa romeo", gdyby nie ten czerwony paznokieć.
Widzę go z około 6 metrów. 4... 2... z mojej lewej... mija mnie. Wbija mi się w pamięć.
Piękny żelowy paznokieć na wyprostowanym środkowym palcu. Tuż za nim biegnie pani pogardliwie wykrzywiony uśmiech w niemniej krzyczącym karminie.
I już nie jest pani zwykłą głupią blondynką.
Pani się nie kwalifikuje do tej niewinnej kategorii.

Dla kontrastu pan.W drodze do mojej wsi.
Remont sporego odcinka głównej arterii miasta i mostu na niej zmusza nas, żyjących z pracy w mieście, a śpiących na wsi, do objazdów wioskami przyległymi, drogami zbyt wąskimi, by się mijać bez obawy o lusterka.
Pan jedzie ciągnikiem z przyczepą.
Na przyczepie normalnie, gnój, jak  co roku.

Przede mną ciągnik, za mną białe porsze. W zakręt można wejść tylko w pojedynkę. Ktoś musi się przyczaić z naprzeciwka, by dać susa w stronę przeciwną.
Na łuku drogi jest maleńki mostek, po drugiej stronie drzewa. I chodnik, którym chodzą dzieci na przystanek.
Porsze wyskakuje zza mnie, włączając dopalacze. Ja hamuję intuicyjnie, ciągnik hamuje i wpada na wąziutki chodnik, porsze wyje, i zostawia po sobie smród.  Zapach z przyczepy ciągnika to nic w porównaniu.
Nie dowierzam, że to dzieje się naprawdę. Trwa to sekundy, nie widzę kierowcy.
Ruszamy po chwili, ja łapiąc oddech, a ciągnik równowagę. Prawe koła bowiem grzęzną w świeżo posianym mikro trawniku przed czyimś domem. Tu niedawno był także remont. Jeżdżę co dzień i widzę i podziwiam.

Pan w ciągniku uratował pana z porsze.
A mógł zgnoić.
Wyprostować fucking palec z rolniczym pozdrowieniem.


                                                                ******

A u nas już trzmiele pod werandą brzęczą i na zwiady wylatują.
A wy? Poczuliście już miętę do wiosny? Ja dziś ogród ostrożnie głaskałam, strzygłam, skubałam z zimowych habazi i zrobiłam mu manicure. Sobie też muszę :) Bo mnie wiosna zastała bez paznokci i butów, jak zwykle:)

Pozdrawiam kolorowo!
Lewkonia :)

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Nowa JA :)

"Sztuka życia polega na tym, by tańczyć w deszczu nie czekając na słońce"

Ze zdwojoną mocą tych słów w głowie, z poczuciem wielkiego zwycięstwa nad strachem i niewiadomą, ale i ogromną pokorą, z mieszanką radości i ostrożnego optymizmu, z ogromnym apetytem na wszystko otwieram niniejszym nowy rozdział życia.

Ubyło mnie garstkę, tyle, co zamknąć w dwóch dłoniach. Ale duchem, duchem jestem jak góry wysokie, jak drzewo, co burzę ustało, jak ptak, co gniazdo uwije na wiosnę - nic mnie nie powstrzyma, by życiem się cieszyć od nowa,  pełniej, roztropnie  :)))

Dziś pierwszy spacer pod słońcem, po własnym podwórku, śnieg zjeżdża z dachów, niebo- lazur, a wróble nad głową, jak jaskółki :)

Czuję się cudownie, jakbym dostała cały świat w prezencie, a w duszy śpiewam sobie tak:





Pozdrawiam tanecznie :)))

sobota, 31 grudnia 2016

Oby ...


Nie skomentuję odchodzącego roku, wspominam o nim tylko po to, żeby pożyczyć Wam Nowego 2017 dużo dużo lepszego. Faktu, że nowa data u progu, nie da się nie zauważyć, ale nie spodziewam się jakiegoś pozytywnego zwrotu akcji, przełomu, zaskoczeń. Uzbrajam się i mam zamiar się nie dać złemu. Nie czarnowidzę, po prostu napatrzyłam się tak na ostatnie 12 miesięcy, że zwyczajnie nie chcę dać się zaskoczyć, rozanielona i naiwnie udobruchana niewinnością czystego kalendarza, w którym tyle pola do popisu dla mnie, ale i dla czającego się nieznanego. Nie ufam mu. Obawiam się, że ludziom też powoli coraz mniej ufać można.

Plany mam takie raczej zachowawcze, żeby się nie dać zawieść.
Dużo dystansu do siebie, niemal zero oczekiwań, mam zamiar się dopieszczać, chwalić, dogadzać, stosować laurki i nagrody pocieszenia. Reszta świata zaś musi mnie zacząć mniej obchodzić, bo czuję, jak mnie zżera zgryzota za zgryzotą. Niech sobie wszystko tam po swojemu dryfuje i zmierza do zagłady nawet. Ja mam już dość. Mój głos jak ziarnko piasku na dnie oceanu, a wokół mrok coraz większy.
Więc tak sobie myślę...


A poza tym...
Czy i Wam zdarza się także do kwietnia wpisywać datę o cyfrę młodszą?

Ściskam serdecznie i ze szczerego serca życzę więcej światła w waszych myślach i oczach, zdrowia życzę Wam i Waszym bliskim, równowagi wewnętrznej i zewnętrznego ładu wokół. I, choć ja akurat się tym ostatnio nie bardzo popisuję, optymizmu. Trzymajcie się i niech Was żadne podmuchy nowego nie zwieją!

Lewkonia


piątek, 23 grudnia 2016

Wesołych...

W kontekście wszystkich zdarzeń, które przyniósł cały ten rok, a grudzień zawieruchami wszelkimi przypieczętował, słowo "Wesołych" ma zabarwienie głęboko smutno-ironiczne, a z drugiej strony chciałoby się tym jednym słowem magicznie móc sprawić, by nadchodzące święta mogły się wyszumieć nieskrępowane żadną przykrą myślą, nieobarczone żadnym wyrzutem sumienia, ni goryczą bezsilnej złości. Tymczasem gdzie się nie obmacam, tam coś boli i uwiera.

Nie wdając się w szczegóły, choroby nas nie oszczędzają, właśnie dziś dowiedziałam się, że z powodów zdrowotnych moja mama spędzi święta sama. Oczywiście, prowiant przez umyślnego wyślę jutro, już w garnkach mieszam, ale nijak nie można jej zabrać w kilkugodzinną podróż, ani tam zostać. Nijak też nie zostawię teścia, a tym bardziej go nie zawiozę chorej na głowę na kilka choćby godzin. Stoję w logistycznym rozkroku. Bezustannie od 30 lat.

Po wtóre od paru dni żółć i krew na przemian mnie zalewają, bo wiecie sami z tv. W jakim kraju przyszło mi spędzić tę resztę lat z górki. Toż nawet wyemigrować nie zdołam, nie te lata, nie ta dolina, i na azyl też nie ma co liczyć. Kto na fejsie czasem bywa, widzi nastroje. I nie chodzi mi, ilu jest po której stronie. Tylko jakim językiem do siebie przemawia NARÓD. Wszyscy patrioci. Większość katolicy. Większość większości kocha Polskę aż strach, i chce jej dobra. Za wszelką cenę. Tylko nie dobra bliźniego swego. Zwłaszcza jak z partii on jest diametralnie odmiennej. O, to już zabić, zagazować, łeb uciąć, na kij zatknąć. Won esbeku, zdychaj pisiorze, faszysto, geju, lewacka szmato. Takie sobie Naród, którego sam Chrystus Królem, świąteczne życzenia składa. Cytuję najdelikatniejsze kawałki.

I podczas, gdy u nas z małej chmurki burza medialna, wręcz dramat o międzynarodowym rozgłosie, słuszny, lecz chybiony w wykonaniu protest, który wiadomokto i tak ma w nosie opancerzając się hasłami o praworządności i jedynie słusznej służbie państwu ( czyli mi ??? a, to sorki, nie zauważyłam), podczas, gdy u nas warcholstwo, pałowanie, jajka na wawelskim trakcie, i posłowie zaszczuci przez chuliganów ( dowolnie proszę sobie postawić cudzysłów), gdzieś całkiem blisko, a także dość daleko sceny prawdziwie rozdzierających tragedii. Jak się weselić, wiedząc, że te wszystkie obrządki i porządki, zakupy i czary w kuchni, że wszystkie marzenia o spokoju i wspólnocie przy wigilijnym stole trafił, rozjechał na miazgę w jednej chwili tir.
I jak spokojnie i radośnie z nadzieją w sercu czekać pierwszej gwiazdy patrząc w to samo niebo, które nad zbombardowanym Aleppo pokryło się łunami pożarów i pyłem z miasta obróconego w proch. Jak tu jeść 12 potraw przy stole zasłanym białym obrusem, gdy tam głód i śmierć w przerażonych oczach, a kubek wody jest wart tyle, co nasze od tygodni gromadzone świąteczne specjały.

Dlatego do tego tekstu nie będzie zdjęć z mojego przedświątecznego domu. Zapalając świeczkę każdego dnia pomyślę o wszystkich tych, których zabraknie przy stole w rodzinnym domu. Nawet, jeśli ani Polak, ani katolik. Ani nawet stołu już nie ma.
































Łamię się zatem z Wami słowem jak opłatkiem.

Lewkonia









sobota, 22 października 2016

Zza mgły

Wchodzę tu dziś jak do pokoju, w którym dawno temu ktoś inny mieszkał. Na krześle wisi rzucona bezładnie letnia sukienka, a tu już jesień, firankę wydyma chłodny wiatr, na stole wazon zaschniętych smętnie kwiatów dopełnia obraz zapomnienia.

Dawno nikt tu nie zapalał światła, nie siadał w fotelu. Nie tknął pióra.

Czuję się przedziwnie, obco, choć wiem, że to moje miejsce. Przedziwnie obco spogląda na mnie moje własne odbicie w lustrze. Wracam z daleka, choć byłam tuż za ścianą.

Czasem wydaje mi się, że nie pisząc nie żyję do dna siebie, pływam po powierzchni dni, dobijam do wieczora resztką tchu, notując pośpiesznie w nietrwałym materiale pamięci wszystko co dobre. Książki, dźwięki, obrazy.
To złe jednak mocniej się samo odciska i na dłużej zostaje. Czyjeś słowa, lub ich brak w istotnych chwilach zapamiętuję najdłużej.

Ostatni miesiąc z okładem przepotwarzałam się.
Jestem bledsza, kruchsza, przezroczysta. Nic dziwnego, że lustro mnie nie poznaje.
Nigdy dotąd nie czułam się tak źle we własnej skórze, choć, paradoksalnie, czuję się tak dobrze i lekko w porównaniu z przedtem.
Przypomina mi ten stan baśń o drewnianych trzewiczkach.

Doceniam życie.

Pięknie mi w zieleni. Zielone mam kręgi pod oczami. Zielone żyły i sukienkę.

Jesień w ogrodzie, w górach i we mnie. A każda ma tak inny wymiar....

Dziś nie napiszę więcej, bo pisze mi się smutno.
A tyle mam pod tym dywanem z opadłych smutków ciepłych, dobrych wspomnień.
Wydobędę.
Tylko odpocznę.