poniedziałek, 23 stycznia 2017

Nowa JA :)

"Sztuka życia polega na tym, by tańczyć w deszczu nie czekając na słońce"

Ze zdwojoną mocą tych słów w głowie, z poczuciem wielkiego zwycięstwa nad strachem i niewiadomą, ale i ogromną pokorą, z mieszanką radości i ostrożnego optymizmu, z ogromnym apetytem na wszystko otwieram niniejszym nowy rozdział życia.

Ubyło mnie garstkę, tyle, co zamknąć w dwóch dłoniach. Ale duchem, duchem jestem jak góry wysokie, jak drzewo, co burzę ustało, jak ptak, co gniazdo uwije na wiosnę - nic mnie nie powstrzyma, by życiem się cieszyć od nowa,  pełniej, roztropnie  :)))

Dziś pierwszy spacer pod słońcem, po własnym podwórku, śnieg zjeżdża z dachów, niebo- lazur, a wróble nad głową, jak jaskółki :)

Czuję się cudownie, jakbym dostała cały świat w prezencie, a w duszy śpiewam sobie tak:





Pozdrawiam tanecznie :)))

sobota, 31 grudnia 2016

Oby ...


Nie skomentuję odchodzącego roku, wspominam o nim tylko po to, żeby pożyczyć Wam Nowego 2017 dużo dużo lepszego. Faktu, że nowa data u progu, nie da się nie zauważyć, ale nie spodziewam się jakiegoś pozytywnego zwrotu akcji, przełomu, zaskoczeń. Uzbrajam się i mam zamiar się nie dać złemu. Nie czarnowidzę, po prostu napatrzyłam się tak na ostatnie 12 miesięcy, że zwyczajnie nie chcę dać się zaskoczyć, rozanielona i naiwnie udobruchana niewinnością czystego kalendarza, w którym tyle pola do popisu dla mnie, ale i dla czającego się nieznanego. Nie ufam mu. Obawiam się, że ludziom też powoli coraz mniej ufać można.

Plany mam takie raczej zachowawcze, żeby się nie dać zawieść.
Dużo dystansu do siebie, niemal zero oczekiwań, mam zamiar się dopieszczać, chwalić, dogadzać, stosować laurki i nagrody pocieszenia. Reszta świata zaś musi mnie zacząć mniej obchodzić, bo czuję, jak mnie zżera zgryzota za zgryzotą. Niech sobie wszystko tam po swojemu dryfuje i zmierza do zagłady nawet. Ja mam już dość. Mój głos jak ziarnko piasku na dnie oceanu, a wokół mrok coraz większy.
Więc tak sobie myślę...


A poza tym...
Czy i Wam zdarza się także do kwietnia wpisywać datę o cyfrę młodszą?

Ściskam serdecznie i ze szczerego serca życzę więcej światła w waszych myślach i oczach, zdrowia życzę Wam i Waszym bliskim, równowagi wewnętrznej i zewnętrznego ładu wokół. I, choć ja akurat się tym ostatnio nie bardzo popisuję, optymizmu. Trzymajcie się i niech Was żadne podmuchy nowego nie zwieją!

Lewkonia


piątek, 23 grudnia 2016

Wesołych...

W kontekście wszystkich zdarzeń, które przyniósł cały ten rok, a grudzień zawieruchami wszelkimi przypieczętował, słowo "Wesołych" ma zabarwienie głęboko smutno-ironiczne, a z drugiej strony chciałoby się tym jednym słowem magicznie móc sprawić, by nadchodzące święta mogły się wyszumieć nieskrępowane żadną przykrą myślą, nieobarczone żadnym wyrzutem sumienia, ni goryczą bezsilnej złości. Tymczasem gdzie się nie obmacam, tam coś boli i uwiera.

Nie wdając się w szczegóły, choroby nas nie oszczędzają, właśnie dziś dowiedziałam się, że z powodów zdrowotnych moja mama spędzi święta sama. Oczywiście, prowiant przez umyślnego wyślę jutro, już w garnkach mieszam, ale nijak nie można jej zabrać w kilkugodzinną podróż, ani tam zostać. Nijak też nie zostawię teścia, a tym bardziej go nie zawiozę chorej na głowę na kilka choćby godzin. Stoję w logistycznym rozkroku. Bezustannie od 30 lat.

Po wtóre od paru dni żółć i krew na przemian mnie zalewają, bo wiecie sami z tv. W jakim kraju przyszło mi spędzić tę resztę lat z górki. Toż nawet wyemigrować nie zdołam, nie te lata, nie ta dolina, i na azyl też nie ma co liczyć. Kto na fejsie czasem bywa, widzi nastroje. I nie chodzi mi, ilu jest po której stronie. Tylko jakim językiem do siebie przemawia NARÓD. Wszyscy patrioci. Większość katolicy. Większość większości kocha Polskę aż strach, i chce jej dobra. Za wszelką cenę. Tylko nie dobra bliźniego swego. Zwłaszcza jak z partii on jest diametralnie odmiennej. O, to już zabić, zagazować, łeb uciąć, na kij zatknąć. Won esbeku, zdychaj pisiorze, faszysto, geju, lewacka szmato. Takie sobie Naród, którego sam Chrystus Królem, świąteczne życzenia składa. Cytuję najdelikatniejsze kawałki.

I podczas, gdy u nas z małej chmurki burza medialna, wręcz dramat o międzynarodowym rozgłosie, słuszny, lecz chybiony w wykonaniu protest, który wiadomokto i tak ma w nosie opancerzając się hasłami o praworządności i jedynie słusznej służbie państwu ( czyli mi ??? a, to sorki, nie zauważyłam), podczas, gdy u nas warcholstwo, pałowanie, jajka na wawelskim trakcie, i posłowie zaszczuci przez chuliganów ( dowolnie proszę sobie postawić cudzysłów), gdzieś całkiem blisko, a także dość daleko sceny prawdziwie rozdzierających tragedii. Jak się weselić, wiedząc, że te wszystkie obrządki i porządki, zakupy i czary w kuchni, że wszystkie marzenia o spokoju i wspólnocie przy wigilijnym stole trafił, rozjechał na miazgę w jednej chwili tir.
I jak spokojnie i radośnie z nadzieją w sercu czekać pierwszej gwiazdy patrząc w to samo niebo, które nad zbombardowanym Aleppo pokryło się łunami pożarów i pyłem z miasta obróconego w proch. Jak tu jeść 12 potraw przy stole zasłanym białym obrusem, gdy tam głód i śmierć w przerażonych oczach, a kubek wody jest wart tyle, co nasze od tygodni gromadzone świąteczne specjały.

Dlatego do tego tekstu nie będzie zdjęć z mojego przedświątecznego domu. Zapalając świeczkę każdego dnia pomyślę o wszystkich tych, których zabraknie przy stole w rodzinnym domu. Nawet, jeśli ani Polak, ani katolik. Ani nawet stołu już nie ma.
































Łamię się zatem z Wami słowem jak opłatkiem.

Lewkonia









sobota, 22 października 2016

Zza mgły

Wchodzę tu dziś jak do pokoju, w którym dawno temu ktoś inny mieszkał. Na krześle wisi rzucona bezładnie letnia sukienka, a tu już jesień, firankę wydyma chłodny wiatr, na stole wazon zaschniętych smętnie kwiatów dopełnia obraz zapomnienia.

Dawno nikt tu nie zapalał światła, nie siadał w fotelu. Nie tknął pióra.

Czuję się przedziwnie, obco, choć wiem, że to moje miejsce. Przedziwnie obco spogląda na mnie moje własne odbicie w lustrze. Wracam z daleka, choć byłam tuż za ścianą.

Czasem wydaje mi się, że nie pisząc nie żyję do dna siebie, pływam po powierzchni dni, dobijam do wieczora resztką tchu, notując pośpiesznie w nietrwałym materiale pamięci wszystko co dobre. Książki, dźwięki, obrazy.
To złe jednak mocniej się samo odciska i na dłużej zostaje. Czyjeś słowa, lub ich brak w istotnych chwilach zapamiętuję najdłużej.

Ostatni miesiąc z okładem przepotwarzałam się.
Jestem bledsza, kruchsza, przezroczysta. Nic dziwnego, że lustro mnie nie poznaje.
Nigdy dotąd nie czułam się tak źle we własnej skórze, choć, paradoksalnie, czuję się tak dobrze i lekko w porównaniu z przedtem.
Przypomina mi ten stan baśń o drewnianych trzewiczkach.

Doceniam życie.

Pięknie mi w zieleni. Zielone mam kręgi pod oczami. Zielone żyły i sukienkę.

Jesień w ogrodzie, w górach i we mnie. A każda ma tak inny wymiar....

Dziś nie napiszę więcej, bo pisze mi się smutno.
A tyle mam pod tym dywanem z opadłych smutków ciepłych, dobrych wspomnień.
Wydobędę.
Tylko odpocznę.




piątek, 26 sierpnia 2016

Kajawerów dzień drugi, czyli o mieście wskrzeszanym, kobiecie upadłej i zgrzybieniu totalnym



A więc...
Skoro świt już byłam umyta i trzeźwiuteńka. Zimna woda, powiadam wam, cuda potrafi :) Pijąc herbatkę, kucnęłam przy ognisku, wciąż się tlącym, słuchałam ptasząt  i czekałam na pobudkę ogólną ogarniając zaspanymi oczkami pejzaż .
I rozpływałam się po mojemu w zachwytach.

Niby nic takiego - kiedyś niejedną noc do świtu przy żarze ogniska się przesiedziało, by podziwiać ranne mgły i stąpać po rosie, albo stało na warcie, najchętniej właśnie po północy, by rankiem pomagać w obozowej kuchni. To są obrazy, których się nie da zapomnieć. Ten napływający wilgotny leśny chłód, ten zapach poranka, mokrego runa, kawy parzonej w kotle, tlących się drew, te wschody prześwitujące przez koronki gałęzi, te pojedyncze dźwięki powoli budzącego się otoczenia. Mgły i korale pajęczyn na świerkach. Oczy drużynowego... hykhm.... Co to ja chciałam....
A więc... To wszystko mi się przy tym ognisku przypomniało.
Parę chwil,  a jak to się można w czasoprzestrzeni zatracić:) Więc wróćmy do współczesności....

Gdy się towarzystwo zaczęło gramolić z namiotów, w tym mój małżonek osobisty, ktoś rzucił hasło " Do jeziora".  Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. W końcu właśnie ubyło mi lat, cóż, że jeno w wyobraźni. Hycnęłam po strój i za jakieś 24 sekundy już się pławiłam w chłodnej wodzie. A że mąż mój oświadczył, że go skurcze łapią (ciekawe czemu), to się wykąpałam po raz drugi i za niego. Zdjęć nie posiadam ale świadków mam na okoliczność, że na środek jeziora mnie poniosło, jak kaczkę:)

Po śniadaniu nastąpił gwóźdź programu tego dnia. Skoro wczoraj kaja-  to dzisiaj -wery.
Przegląd sił, ocena ewkipunku - wszyscy obecni i zdatni do jazdy? Ruszamy.
W Bornym S. wypożyczylismy rowery i poczęliśmy zwiedzać miasto.
W skrócie powiem, że historia tego miejsca jest bardzo bogata i wymaga dłuższego wywodu, toteż napomknę tylko o niemieckim Wale Pomorskim ( przed II WŚ  były to tereny III Rzeszy), hitlerowskim obozie jenieckim, poligonach, szkole artylerii Wehrmachtu, przejęciu miasta przez Armię Radziecką, wyłączeniu go praktycznie spod administracji polskiej do 1992 r,  zasiedlaniu miasta ( X 1992 nadano mu dopiero to miano), i długiej wciąż niezakończonej restauracji jego zasobów. A szkoda, bo piękne budynki niszczeją i sieją wręcz grozę. Ponieważ zdjęć własnych brak, zapraszam do galerii google.


Trzeba przyznać, że uczucia mieszane. Bo z jednej strony piękna rodząca się infrastruktura turystyczna, ścieżki rowerowe, hotele, domy wczasowe, no i przede wszystkim NATURA, a z drugiej... sporo zaniedbanych, opuszczonych, nawet tych wykupionych posesji, które aż proszą się, by je oddać komuś w użytek i zadbać o estetykę. Nie zgodzę się jednak z określeniem miasto- widmo, bo zapewne są obiekty odstraszające swym zrujnowaniem, ale są też i piękne budowle z potencjałem, które na pewno odzyskają swą świetność. 
Jednym z takich miejsc jest byłe kasyno oficerskie wybudowane przez Niemców w latach 1935-36. Na tym jednym przykładzie można zobaczyć, jak mimo szczerych chęci prawne przeszkody i ludzka głupota potrafiły zrujnować do reszty to, co oparło się pożodze wojennej i wandalizmowi Rosjan. Myślę, że Borne Sulinowo, to tylko skrawek opowieści o miejscach w Polsce, które po wskrzeszeniu i roztropnym zagospodarowaniu możnaby uczynić pięknymi i pożytecznymi świadkami historii. A tak...

stan po pożarze parę lat temu


Nasz Lider - Bartek (patrz koszulka Lidera :)

szabrownictwu nie oparły się nawet marmury ze ścian


Dla porównania podrzucam filmik, w którego pierwszych minutach widać, jak to kasyno wyglądało w swych czasach świetności. Cóż, tymczasem strony się procesują, a czas i chuligani robią swoje. A mógłby tam powstać piękny kompleks wypoczynkowy, sanatorium, hotel, spa.....

Tereny przepiękne, miasto wciąż się rozwija, wiele się tam dzieje, wiele jeszcze można zdziałać, a przykład pana Henryka - historyka pokazuje, że zapaleńców i pomysłów jest wiele, tylko trzeba  zgranej współpracy wielu podmiotów. 
Może za jakiś czas usłyszycie o Bornem znowu, a może pojedziecie popenetrować okolice na własną rękę? My z mężem na pewno tam wrócimy na dłużej, bo zaledwie przemknęliśmy paroma ulicami i duktami leśnymi. ledwo liznęliśmy tej historii i czujemy niedosyt. A tu trzeba przynajmniej tygodnia na zwiedzanie i wędrówki szlakiem poniemieckich bunkrów i umocnień, poradzieckich / polskich poligonów, pełnych tajemnic niedostępnych niegdyś miejsc, i lasów przebogatych w grzyby. 

No i właśnie zgrabnie przeszłam do części ostatniej naszej wyprawy - tu przydadzą się wyproszone wczorajszego dnia w sklepie .... pudła:)
Niektórzy zachłanniejsi i szybsi przymocowali je sobie do bagażników i gnali co koń wyskoczy, by uprzedzić resztę w grzybobraniu. Reszta zaś, czyli ja i mój giermek mąż, ciągnęła się w ogonku ze skromnym czerwonym koszyczkiem i chłonęła krajobrazy. Oraz się pociła. Oj, jak bardzo:)




Powiem tak, gdyby nie konieczność trzymania się gromadą, oraz dyscyplina wewnętrzna, niechybnie z radością zgubiłabym się w tych lasach i na hektarach wrzosowisk :) Tak tam pięknie! 
No, w zasadzie to omal nie zginęłam.
Tragikomicznie.

Nie myślcie sobie, że tam taki gładki asfalt jak na zdjęciu. W zasadzie w większości to drogi  gruntowe i piaszczyste, pagórków nie brakuje, o wywrotkę nietrudno. Zwłaszcza jak się jest mną. I tak żeby uatrakcyjnić wszystkim wycieczkę, zjeżdżając z górki wywinęłam potężnego orła na na mocno zabłoconym odcinku. Winę szybko zwaliłam na męża i  na wszelki wypadek na brzozę, w którą nieomal wjechałam. Zostałam szybko pozbierana (hmmm, a ciężko było) otrzepana z błota, obmacana i ocucona, po czym orzeczono, że jestem zdatna do dalszej jazdy.
A nie było to takie proste. Ze  śmiechu nie umiałam się utrzymać na nogach, w oczach miałam świeczki, a i parę przekleństw przy tym też z ust mych ślicznych padło. Sinaki i blizny po ranach ciętych oraz ślad kierownicy na udzie mam do dziś, a to było miesiąc temu. Niemniej rany swe z dumą obnoszę:)
O:

Ząbki na szczęście całe, szkoda by było:)))

Sapiąc i jęcząc coraz znaczniej pozostawałam w tyle, ale nie poddałam się, i wytrwałam do mety. No tam to już mi trzeba było pomóc zsiąść z roweru:) W końcu wyszło niemal 30 km leśnymi, często piaszczystymi duktami, i innymi wykrotami. Niemniej nikt tak nie marudził, jak ja. Długo mnie popamiętają :)))

Po drodze mieliśmy kilka popasów, w trakcie których zostawiając rowery na ścieżce, zbieraliśmy grzyby. A nieraz nawet nie trzeba było w głąb lasu wchodzić, bo rosły we wrzosach i w trawach przy drodze:)
Co sprytniejsi zapełniali pudła, torby, kosze rowerowe, a w końcu plecaki i koszulki:)
A my skromniutko, no bo jakoś tak delektowaliśmy się spokojem, zapachami lasu, swobodą i pustką wokół, prócz nas nikogo... 
Z prawej - dziesiątki hektarów wrzosowisk, chciałabym zobaczyć je teraz, gdy kwitną

Mały skok w bok, na kurki :)

Bartek - po paru chwilach...
 

My - po 3 godzinach:)))
Nieee, żartuję, mieliśmy prawie pół koszyka, było w domu co robić:)


Wesoła ekipa, tylko małżonek czegoś poważny :)))


Wyprawa udała się znakomicie, długo nie zapomnimy naszej wakacyjnej przygody. Zwłaszcza, że wciąż nie mogę założyć mini:)))

Szczęśliwi i rozmiłowani w tamtych stronach wróciliśmy nocą do domu, A tam wiadomo, trzeba było te wszystkie kurki, podgrzybki, borowiki i kozaki oczyścić i ugotować. Zupa była pierwszorzędna, pachniało w całym domu, a smak miała wyjątkowy, do dziś czuję :)

A żeby dorzucić do opowieści odrobinę pieprzyku, to dodam, że w tym samym dniu nasz nieodrodny syn zwichnął sobie kolano podczas meczu w nożną i niemal całkiem zerwał więzadło krzyżowe. 

Tak, że tego...
Niedaleko padło jabłko od jabłoni... dosłownie... 
Co za rodzinka...
Nazajutrz po 3 godzinach snu tatuś zasuwał do Krakowa syna wesprzeć. 
Ale to już całkiem inna bajka, i właśnie intensywnie pracujemy nad happy endem.

A jak tam Wasze tegoroczne grzybobrania? 
Jakieś przygody? Powroty do młodości?
Pozdrawiam jeszcze wakacyjnie

Lewkonia












piątek, 19 sierpnia 2016

O tym, jak się rozpływaliśmy - dosłownie i w zachwytach



Od robienia niespodzianek w naszym domu jestem specem nr1. Czasem nie wychodzą do końca, ale uwielbiam to robić. Lubię ten dreszczyk emocji, oczekiwanie na reakcję i znak zapytania w oczach, najczęściej męża. Im bardziej dopytuje "dokąd znowu mnie ciągniesz, kobieto" tym się szerzej uśmiecham i zacinam bardziej, a w oczkach mi zalotne iskierki harcują :)
Plan knuty od wiosny był taki - małżonek mój przepada za rajdami wszelkimi, za automobilami różnej maści i gabarytów, toteż taką mu chciałam zafundować uciechę - po bezdrożach, znanych mu skądinąd, miał się w rajdowym autku rozbijać. Już oczami wyobraźni widziałam jego radochę i podziw dla mej weny, no, ale pech chciał, że coś nie wypaliło w ostatniej chwili, a lokum już było zaklepane, i inne atrakcje tudzież, więc pojechaliśmy mimo to - ja świadoma zmiany planu, on kompletne dziecko we mgle aż do mety:)
Prosto z Kaszub udaliśmy się jakieś 100 km na zachód - w okolice Nadarzyc i Bornego Sulinowa na Pojezierzu Drawskim. I tam ujrzeliśmy to:



Ślicznie, prawda?
Ja, żona wojskowego, uknułam świadomie, iż (jeden dosłownie) nocleg spędzimy niczym za młodych męża czasów - w namiotach typu " letni poligon", na polu w odludnym dość miejscu, z łazienką wprawdzie, ale za to bez prysznica no i z zimną wodą, ale za to jezioro tuż, i jakie piękne okolice, jakie przesympatyczne towarzystwo, i cóż za atrakcje okoliczne :) Mina mojego męża - bezcenna :))) A ja uradowana jak harcerka w letnią noc :)))

Za niecałą godzinkę od przybycia na miejsce rozpoczęła się akcja "Kajawery" - już spieszę wyjaśnić, cóż to. Otóż słowo to łączy w sobie kajaki i ... no już chyba wiadomo - rajd rowerowy. Grupa ludzi pod wezwaniem niedoścignionego Bartka - szefa akcji spod szyldu Aktywnie Permanentnie Doskonale, zbiera się w różnych miejscach Polski, by przeżywać przygody, ruszać się, wyczyniać sport, wspinać się i harcować na różne sposoby. A koszt tak tani, jak tylko się da, towarzystwo wesołe i zaradne, a do tego lubiące się wzajemnie:) Tylko pozazdrościć energii, my jako nowi i z dalszych okolic troszkę na doczepkę, a poczuliśmy się, jak swoi:)
Więc gdy ekipa była już w komplecie, dowieziono nas na spływ nad rzekę Piławę - urokliwa, ale niełatwa, z racji leżących na dnie drzew, wystających pozostałości mostków i pomostów, lub przewieszających się nad nią połamanych pni, tak nisko, że nieraz trzeba było położyć się na kajaku, lub w :) Miejcami nurt był leniwy, a woda płytka, dodam, że przejrzysta, a miejscami wpadało się w wir i trzeba było się bardzo nawalczyć z nurtem. Nikomu się nie przydarzyła kąpiel, przynajmniej w rzece, ale śmiechu i okrzyków było mnóstwo. Była też jedna przenioska, bo spadanie z progu wodnego raczej nie skończyłoby się szczęśliwie. A przy okazji posłuchaliśmy  i pooglądaliśmy, jak to za Niemca się rzeki regulowało, i czemu służyły te ogromne sześciokrotne śluzy.

Niemiec budował, Rusek zniszczył












Przepływając przez jeziora należało bardzo zważać na szlak wodny, bo nietrudno zabłądzić wśród wysepek i labitryntu szuwar. Warto też zrobić sobie krótką przerwę na brzegu przy poniemieckim bunkrze.
Można też, jak to zrobiły dwie zaprzyjaźnione i lekko wesołe grogiem czy rumem załogi, odbyć bitwę na wodorosty, dokonać abordażu bez sukcesu, zatopić kajak i bezcenną piersiówkę (domniemywam, że z racji zawartości) i spóźnić się na metę o dwie godziny, bez możliwości powiadomienia reszty strwożonej ekipy. Bo komórka została w obozie. Ech, dorośli :)



Malowniczo i romantycznie
Woda kryształ
Siła natury
Wodny las
Rzeczona amunicja :)

Sprawdzian z wu-efu :)

Daliśmy radę :)





Przetrzeń, cisza i jak okiem sięgnąć - nikogo
I tak minęło nam 5 godzin, o jednym bezgrzesznym ciastku na pół i trzeźwej kanapce, o wodzie z jeziora i na wskroś niewinnym batoniku, bo nikt nas nie uprzedził, że mile widziany jest zapas czegoś na rozpalenie fantazji.  Na szczęście jesteśmy zgraną drużyną i nie było potrzeby się rozgrzewać, a kto wie, co mogłoby się zdarzyć, gdybyśmy mieli stosowne manierki :)

Po dotarciu do celu i lekko spóźnionym pysznym obiadku (bo wiadomo, lojalnie wyglądaliśmy maruderów), udaliśmy się gromadnie spacerkiem na grzyby, czego efekty nie były powalające, więc powetowaliśmy sobie trud i rany zdobyte w lesie wizytą w wiejskim sklepie. A wybór był nadzwyczajny, muszę odnotować, bo dla każdego się trunek odpowiedni znalazł, i tak zadowoleni, każdy na swój sposób, oraz zaopatrzeni w pudła po konserwach, o czym potem, powróciliśmy do obozowiska:)

Pan Henryk, historyk, działacz społeczny i przemiły cyklista
Co kto zdobył, to wydobył i zasiedliśmy do ogniska, które okraszone było gawędami zaproszonego gościa, o historii Bornego Sulinowa, które jak może wiecie, a może nie, przechodziło z rąk jednego wroga naszej ojczyzny w drugie, aż wreszcie pozbyło się ostatecznie intruzów w latach 90'. Czego ślady są namacalne wciąż jeszcze, a obaczenia warte. Nie miałam pojęcia, jak niezwykłe tu się rzeczy działy przed, w czasie i po II WŚ i jak ważny to był strategicznie teren. Patrzyłam na męża i rosłam, bo policzki mu różowiały z przejęcia - lubo też za działaniem orzechówki - w końcu bywał tu w okolicy ze swoim pułkiem i mógł troszkę faktów sam dorzucić. Chłonęliśmy błogą atmosferę wieczoru, no i drineczki poparte kaszanką, a noc jaśniała i jaśniała... Co niektórzy już tak zostali przy tym ognisku. A my...

Udaliśmy się na spoczynek w tym, co na sobie, bo jakoś tak do rana blisko, to się człowiek i tak ogarnie. I usiłowaliśmy spać. A dodam, że namioty były koedukacyjne i wieloosobowe, prycze wyborne typu dwie deski na krzyż-co się krzywo patrzysz, koc zgrzebny nań narzucon i żaby pod pryczą w komplecie. Żaby spoko. Spały, jak zabite, dopiero rano wylazły i kumkały, ale panowie za to rzęzili w niebogłosy. Podziwiam niewiastę, której imienia dyskretnie tu nie zdradzę, jak ona mogła wtulona w swojego ryczącego niedźwiedzia zasnąć.
Ja turlałam się po pryczy, aż się w swój śpiwór zamotałam kompletnie, nacisnęłam jasiek na głowę i liczyłam barany. Ale co rusz mi jakiś nad głową zaryczał, z płytkiego snu bezlitoście wyrywając. W namiotach obok sceny podobne lub gorsze, w zależności, z ilu gardeł. A echo niesie po lesie, oj, jak niesie...
Świta...

Ciąg dalszy nastąpi niechybnie, 

Wasza
Lewkonia