piątek, 26 sierpnia 2016

Kajawerów dzień drugi, czyli o mieście wskrzeszanym, kobiecie upadłej i zgrzybieniu totalnym



A więc...
Skoro świt już byłam umyta i trzeźwiuteńka. Zimna woda, powiadam wam, cuda potrafi :) Pijąc herbatkę, kucnęłam przy ognisku, wciąż się tlącym, słuchałam ptasząt  i czekałam na pobudkę ogólną ogarniając zaspanymi oczkami pejzaż .
I rozpływałam się po mojemu w zachwytach.

Niby nic takiego - kiedyś niejedną noc do świtu przy żarze ogniska się przesiedziało, by podziwiać ranne mgły i stąpać po rosie, albo stało na warcie, najchętniej właśnie po północy, by rankiem pomagać w obozowej kuchni. To są obrazy, których się nie da zapomnieć. Ten napływający wilgotny leśny chłód, ten zapach poranka, mokrego runa, kawy parzonej w kotle, tlących się drew, te wschody prześwitujące przez koronki gałęzi, te pojedyncze dźwięki powoli budzącego się otoczenia. Mgły i korale pajęczyn na świerkach. Oczy drużynowego... hykhm.... Co to ja chciałam....
A więc... To wszystko mi się przy tym ognisku przypomniało.
Parę chwil,  a jak to się można w czasoprzestrzeni zatracić:) Więc wróćmy do współczesności....

Gdy się towarzystwo zaczęło gramolić z namiotów, w tym mój małżonek osobisty, ktoś rzucił hasło " Do jeziora".  Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. W końcu właśnie ubyło mi lat, cóż, że jeno w wyobraźni. Hycnęłam po strój i za jakieś 24 sekundy już się pławiłam w chłodnej wodzie. A że mąż mój oświadczył, że go skurcze łapią (ciekawe czemu), to się wykąpałam po raz drugi i za niego. Zdjęć nie posiadam ale świadków mam na okoliczność, że na środek jeziora mnie poniosło, jak kaczkę:)

Po śniadaniu nastąpił gwóźdź programu tego dnia. Skoro wczoraj kaja-  to dzisiaj -wery.
Przegląd sił, ocena ewkipunku - wszyscy obecni i zdatni do jazdy? Ruszamy.
W Bornym S. wypożyczylismy rowery i poczęliśmy zwiedzać miasto.
W skrócie powiem, że historia tego miejsca jest bardzo bogata i wymaga dłuższego wywodu, toteż napomknę tylko o niemieckim Wale Pomorskim ( przed II WŚ  były to tereny III Rzeszy), hitlerowskim obozie jenieckim, poligonach, szkole artylerii Wehrmachtu, przejęciu miasta przez Armię Radziecką, wyłączeniu go praktycznie spod administracji polskiej do 1992 r,  zasiedlaniu miasta ( X 1992 nadano mu dopiero to miano), i długiej wciąż niezakończonej restauracji jego zasobów. A szkoda, bo piękne budynki niszczeją i sieją wręcz grozę. Ponieważ zdjęć własnych brak, zapraszam do galerii google.


Trzeba przyznać, że uczucia mieszane. Bo z jednej strony piękna rodząca się infrastruktura turystyczna, ścieżki rowerowe, hotele, domy wczasowe, no i przede wszystkim NATURA, a z drugiej... sporo zaniedbanych, opuszczonych, nawet tych wykupionych posesji, które aż proszą się, by je oddać komuś w użytek i zadbać o estetykę. Nie zgodzę się jednak z określeniem miasto- widmo, bo zapewne są obiekty odstraszające swym zrujnowaniem, ale są też i piękne budowle z potencjałem, które na pewno odzyskają swą świetność. 
Jednym z takich miejsc jest byłe kasyno oficerskie wybudowane przez Niemców w latach 1935-36. Na tym jednym przykładzie można zobaczyć, jak mimo szczerych chęci prawne przeszkody i ludzka głupota potrafiły zrujnować do reszty to, co oparło się pożodze wojennej i wandalizmowi Rosjan. Myślę, że Borne Sulinowo, to tylko skrawek opowieści o miejscach w Polsce, które po wskrzeszeniu i roztropnym zagospodarowaniu możnaby uczynić pięknymi i pożytecznymi świadkami historii. A tak...

stan po pożarze parę lat temu


Nasz Lider - Bartek (patrz koszulka Lidera :)

szabrownictwu nie oparły się nawet marmury ze ścian


Dla porównania podrzucam filmik, w którego pierwszych minutach widać, jak to kasyno wyglądało w swych czasach świetności. Cóż, tymczasem strony się procesują, a czas i chuligani robią swoje. A mógłby tam powstać piękny kompleks wypoczynkowy, sanatorium, hotel, spa.....

Tereny przepiękne, miasto wciąż się rozwija, wiele się tam dzieje, wiele jeszcze można zdziałać, a przykład pana Henryka - historyka pokazuje, że zapaleńców i pomysłów jest wiele, tylko trzeba  zgranej współpracy wielu podmiotów. 
Może za jakiś czas usłyszycie o Bornem znowu, a może pojedziecie popenetrować okolice na własną rękę? My z mężem na pewno tam wrócimy na dłużej, bo zaledwie przemknęliśmy paroma ulicami i duktami leśnymi. ledwo liznęliśmy tej historii i czujemy niedosyt. A tu trzeba przynajmniej tygodnia na zwiedzanie i wędrówki szlakiem poniemieckich bunkrów i umocnień, poradzieckich / polskich poligonów, pełnych tajemnic niedostępnych niegdyś miejsc, i lasów przebogatych w grzyby. 

No i właśnie zgrabnie przeszłam do części ostatniej naszej wyprawy - tu przydadzą się wyproszone wczorajszego dnia w sklepie .... pudła:)
Niektórzy zachłanniejsi i szybsi przymocowali je sobie do bagażników i gnali co koń wyskoczy, by uprzedzić resztę w grzybobraniu. Reszta zaś, czyli ja i mój giermek mąż, ciągnęła się w ogonku ze skromnym czerwonym koszyczkiem i chłonęła krajobrazy. Oraz się pociła. Oj, jak bardzo:)




Powiem tak, gdyby nie konieczność trzymania się gromadą, oraz dyscyplina wewnętrzna, niechybnie z radością zgubiłabym się w tych lasach i na hektarach wrzosowisk :) Tak tam pięknie! 
No, w zasadzie to omal nie zginęłam.
Tragikomicznie.

Nie myślcie sobie, że tam taki gładki asfalt jak na zdjęciu. W zasadzie w większości to drogi  gruntowe i piaszczyste, pagórków nie brakuje, o wywrotkę nietrudno. Zwłaszcza jak się jest mną. I tak żeby uatrakcyjnić wszystkim wycieczkę, zjeżdżając z górki wywinęłam potężnego orła na na mocno zabłoconym odcinku. Winę szybko zwaliłam na męża i  na wszelki wypadek na brzozę, w którą nieomal wjechałam. Zostałam szybko pozbierana (hmmm, a ciężko było) otrzepana z błota, obmacana i ocucona, po czym orzeczono, że jestem zdatna do dalszej jazdy.
A nie było to takie proste. Ze  śmiechu nie umiałam się utrzymać na nogach, w oczach miałam świeczki, a i parę przekleństw przy tym też z ust mych ślicznych padło. Sinaki i blizny po ranach ciętych oraz ślad kierownicy na udzie mam do dziś, a to było miesiąc temu. Niemniej rany swe z dumą obnoszę:)
O:

Ząbki na szczęście całe, szkoda by było:)))

Sapiąc i jęcząc coraz znaczniej pozostawałam w tyle, ale nie poddałam się, i wytrwałam do mety. No tam to już mi trzeba było pomóc zsiąść z roweru:) W końcu wyszło niemal 30 km leśnymi, często piaszczystymi duktami, i innymi wykrotami. Niemniej nikt tak nie marudził, jak ja. Długo mnie popamiętają :)))

Po drodze mieliśmy kilka popasów, w trakcie których zostawiając rowery na ścieżce, zbieraliśmy grzyby. A nieraz nawet nie trzeba było w głąb lasu wchodzić, bo rosły we wrzosach i w trawach przy drodze:)
Co sprytniejsi zapełniali pudła, torby, kosze rowerowe, a w końcu plecaki i koszulki:)
A my skromniutko, no bo jakoś tak delektowaliśmy się spokojem, zapachami lasu, swobodą i pustką wokół, prócz nas nikogo... 
Z prawej - dziesiątki hektarów wrzosowisk, chciałabym zobaczyć je teraz, gdy kwitną

Mały skok w bok, na kurki :)

Bartek - po paru chwilach...
 

My - po 3 godzinach:)))
Nieee, żartuję, mieliśmy prawie pół koszyka, było w domu co robić:)


Wesoła ekipa, tylko małżonek czegoś poważny :)))


Wyprawa udała się znakomicie, długo nie zapomnimy naszej wakacyjnej przygody. Zwłaszcza, że wciąż nie mogę założyć mini:)))

Szczęśliwi i rozmiłowani w tamtych stronach wróciliśmy nocą do domu, A tam wiadomo, trzeba było te wszystkie kurki, podgrzybki, borowiki i kozaki oczyścić i ugotować. Zupa była pierwszorzędna, pachniało w całym domu, a smak miała wyjątkowy, do dziś czuję :)

A żeby dorzucić do opowieści odrobinę pieprzyku, to dodam, że w tym samym dniu nasz nieodrodny syn zwichnął sobie kolano podczas meczu w nożną i niemal całkiem zerwał więzadło krzyżowe. 

Tak, że tego...
Niedaleko padło jabłko od jabłoni... dosłownie... 
Co za rodzinka...
Nazajutrz po 3 godzinach snu tatuś zasuwał do Krakowa syna wesprzeć. 
Ale to już całkiem inna bajka, i właśnie intensywnie pracujemy nad happy endem.

A jak tam Wasze tegoroczne grzybobrania? 
Jakieś przygody? Powroty do młodości?
Pozdrawiam jeszcze wakacyjnie

Lewkonia












piątek, 19 sierpnia 2016

O tym, jak się rozpływaliśmy - dosłownie i w zachwytach



Od robienia niespodzianek w naszym domu jestem specem nr1. Czasem nie wychodzą do końca, ale uwielbiam to robić. Lubię ten dreszczyk emocji, oczekiwanie na reakcję i znak zapytania w oczach, najczęściej męża. Im bardziej dopytuje "dokąd znowu mnie ciągniesz, kobieto" tym się szerzej uśmiecham i zacinam bardziej, a w oczkach mi zalotne iskierki harcują :)
Plan knuty od wiosny był taki - małżonek mój przepada za rajdami wszelkimi, za automobilami różnej maści i gabarytów, toteż taką mu chciałam zafundować uciechę - po bezdrożach, znanych mu skądinąd, miał się w rajdowym autku rozbijać. Już oczami wyobraźni widziałam jego radochę i podziw dla mej weny, no, ale pech chciał, że coś nie wypaliło w ostatniej chwili, a lokum już było zaklepane, i inne atrakcje tudzież, więc pojechaliśmy mimo to - ja świadoma zmiany planu, on kompletne dziecko we mgle aż do mety:)
Prosto z Kaszub udaliśmy się jakieś 100 km na zachód - w okolice Nadarzyc i Bornego Sulinowa na Pojezierzu Drawskim. I tam ujrzeliśmy to:



Ślicznie, prawda?
Ja, żona wojskowego, uknułam świadomie, iż (jeden dosłownie) nocleg spędzimy niczym za młodych męża czasów - w namiotach typu " letni poligon", na polu w odludnym dość miejscu, z łazienką wprawdzie, ale za to bez prysznica no i z zimną wodą, ale za to jezioro tuż, i jakie piękne okolice, jakie przesympatyczne towarzystwo, i cóż za atrakcje okoliczne :) Mina mojego męża - bezcenna :))) A ja uradowana jak harcerka w letnią noc :)))

Za niecałą godzinkę od przybycia na miejsce rozpoczęła się akcja "Kajawery" - już spieszę wyjaśnić, cóż to. Otóż słowo to łączy w sobie kajaki i ... no już chyba wiadomo - rajd rowerowy. Grupa ludzi pod wezwaniem niedoścignionego Bartka - szefa akcji spod szyldu Aktywnie Permanentnie Doskonale, zbiera się w różnych miejscach Polski, by przeżywać przygody, ruszać się, wyczyniać sport, wspinać się i harcować na różne sposoby. A koszt tak tani, jak tylko się da, towarzystwo wesołe i zaradne, a do tego lubiące się wzajemnie:) Tylko pozazdrościć energii, my jako nowi i z dalszych okolic troszkę na doczepkę, a poczuliśmy się, jak swoi:)
Więc gdy ekipa była już w komplecie, dowieziono nas na spływ nad rzekę Piławę - urokliwa, ale niełatwa, z racji leżących na dnie drzew, wystających pozostałości mostków i pomostów, lub przewieszających się nad nią połamanych pni, tak nisko, że nieraz trzeba było położyć się na kajaku, lub w :) Miejcami nurt był leniwy, a woda płytka, dodam, że przejrzysta, a miejscami wpadało się w wir i trzeba było się bardzo nawalczyć z nurtem. Nikomu się nie przydarzyła kąpiel, przynajmniej w rzece, ale śmiechu i okrzyków było mnóstwo. Była też jedna przenioska, bo spadanie z progu wodnego raczej nie skończyłoby się szczęśliwie. A przy okazji posłuchaliśmy  i pooglądaliśmy, jak to za Niemca się rzeki regulowało, i czemu służyły te ogromne sześciokrotne śluzy.

Niemiec budował, Rusek zniszczył












Przepływając przez jeziora należało bardzo zważać na szlak wodny, bo nietrudno zabłądzić wśród wysepek i labitryntu szuwar. Warto też zrobić sobie krótką przerwę na brzegu przy poniemieckim bunkrze.
Można też, jak to zrobiły dwie zaprzyjaźnione i lekko wesołe grogiem czy rumem załogi, odbyć bitwę na wodorosty, dokonać abordażu bez sukcesu, zatopić kajak i bezcenną piersiówkę (domniemywam, że z racji zawartości) i spóźnić się na metę o dwie godziny, bez możliwości powiadomienia reszty strwożonej ekipy. Bo komórka została w obozie. Ech, dorośli :)



Malowniczo i romantycznie
Woda kryształ
Siła natury
Wodny las
Rzeczona amunicja :)

Sprawdzian z wu-efu :)

Daliśmy radę :)





Przetrzeń, cisza i jak okiem sięgnąć - nikogo
I tak minęło nam 5 godzin, o jednym bezgrzesznym ciastku na pół i trzeźwej kanapce, o wodzie z jeziora i na wskroś niewinnym batoniku, bo nikt nas nie uprzedził, że mile widziany jest zapas czegoś na rozpalenie fantazji.  Na szczęście jesteśmy zgraną drużyną i nie było potrzeby się rozgrzewać, a kto wie, co mogłoby się zdarzyć, gdybyśmy mieli stosowne manierki :)

Po dotarciu do celu i lekko spóźnionym pysznym obiadku (bo wiadomo, lojalnie wyglądaliśmy maruderów), udaliśmy się gromadnie spacerkiem na grzyby, czego efekty nie były powalające, więc powetowaliśmy sobie trud i rany zdobyte w lesie wizytą w wiejskim sklepie. A wybór był nadzwyczajny, muszę odnotować, bo dla każdego się trunek odpowiedni znalazł, i tak zadowoleni, każdy na swój sposób, oraz zaopatrzeni w pudła po konserwach, o czym potem, powróciliśmy do obozowiska:)

Pan Henryk, historyk, działacz społeczny i przemiły cyklista
Co kto zdobył, to wydobył i zasiedliśmy do ogniska, które okraszone było gawędami zaproszonego gościa, o historii Bornego Sulinowa, które jak może wiecie, a może nie, przechodziło z rąk jednego wroga naszej ojczyzny w drugie, aż wreszcie pozbyło się ostatecznie intruzów w latach 90'. Czego ślady są namacalne wciąż jeszcze, a obaczenia warte. Nie miałam pojęcia, jak niezwykłe tu się rzeczy działy przed, w czasie i po II WŚ i jak ważny to był strategicznie teren. Patrzyłam na męża i rosłam, bo policzki mu różowiały z przejęcia - lubo też za działaniem orzechówki - w końcu bywał tu w okolicy ze swoim pułkiem i mógł troszkę faktów sam dorzucić. Chłonęliśmy błogą atmosferę wieczoru, no i drineczki poparte kaszanką, a noc jaśniała i jaśniała... Co niektórzy już tak zostali przy tym ognisku. A my...

Udaliśmy się na spoczynek w tym, co na sobie, bo jakoś tak do rana blisko, to się człowiek i tak ogarnie. I usiłowaliśmy spać. A dodam, że namioty były koedukacyjne i wieloosobowe, prycze wyborne typu dwie deski na krzyż-co się krzywo patrzysz, koc zgrzebny nań narzucon i żaby pod pryczą w komplecie. Żaby spoko. Spały, jak zabite, dopiero rano wylazły i kumkały, ale panowie za to rzęzili w niebogłosy. Podziwiam niewiastę, której imienia dyskretnie tu nie zdradzę, jak ona mogła wtulona w swojego ryczącego niedźwiedzia zasnąć.
Ja turlałam się po pryczy, aż się w swój śpiwór zamotałam kompletnie, nacisnęłam jasiek na głowę i liczyłam barany. Ale co rusz mi jakiś nad głową zaryczał, z płytkiego snu bezlitoście wyrywając. W namiotach obok sceny podobne lub gorsze, w zależności, z ilu gardeł. A echo niesie po lesie, oj, jak niesie...
Świta...

Ciąg dalszy nastąpi niechybnie, 

Wasza
Lewkonia


czwartek, 28 lipca 2016

Podróżą nasza miłość jest...

Właściwie za ten post wystarczyłyby słowa piosenki, która niezmiennie wzrusza mnie i zachwyca.
Wszystko w niej jest prawdą, i słowa i melodia, i głos Alicji Majewskiej. Żadne inne wykonanie nie dorównuje temu, które Wam przypominam pod postem.

Szczególnie ostatnie dni skłaniają mnie do refleksji, a ten utwór najpiękniej je podsumowuje, cóż dodać.... Słuchając jej znów czuję łaskotanie w gardle i gęsią skórkę. Bo...


Motyw podróży ma dla mnie i mojego męża nierozerwalny związek z naszym małżeństwem.
Poznaliśmy się 31 lat temu w ... pociągu relacji Łódź - Szczecin.
Przez kolejne kilka lat mąż mój dojeżdżał do mnie, a ja do niego, choćby na kilka godzin, pokonując kilkaset kilometrów, a to Kalisz - Poznań, a to Sieradz - Opole, by osiąść w tym ostatnim na stałe.
Ale rozstania i powitania, podróże służbowe i wędrówki ludów na tym się nie zakończyły. Wręcz nabrały rozmachu :) Z racji zawodu bywało, iż mąż pół roku przebywał poza domem.
Przeprowadzaliśmy się 3 razy.
Synowie nasi przychodzili na świat pod jego nieobecność, a gdy tylko zdołał urwać się ze służby i ich uścisnąć po raz pierwszy, znów na gwizdek pędził z "walizką" do koszar lub w siną dal. Na 5 miesięcy :)
I choć ten etap mamy już za sobą, wciąż, po 30 latach bycia w stadle, lubimy się przemieszczać. Dokądkolwiek, nawet niedaleko, byleby nie siedzieć stale w miejscu.


 Trochę to może się wydawać nielogiczne, skoro kupiło się dom, wypieściło go z wielkim trudem, założyło ogród i umościło w przytulnym miejscu - po licho gdzieś wyjeżdżać? Otóż - po ... emocje. Wrażenia. Wspomnienia. I bycie razem pod innym niebem, by sprawdzić, czy tam też potrafimy być szczęśliwi ze sobą.
Gdybym miała komuś dać receptę na scalenie związku, to właśnie odkrywanie razem nowych miejsc i zajęć, które łączą, poszukiwanie wspólnych zainteresowań i aktywności, towarzyszenie sobie w zajęciach, które być może jednej ze stron nie wydają się pasjonujące, a jednak stać u boku, dotrzymywać kroku i cieszyć się radością drugiej osoby i jej towarzystwem. Idealna sytuacja to ta, gdy oboje lubią to samo, i nie muszą się do niczego przekonywać. No, my akurat ideałami nie jesteśmy:) Dość powiedzieć, że mój entuzjazm co do spontanicznych wypadów w nieznane i poznawanie miejsc i ludzi niekoniecznie mojemu mężowi odpowiada i czasem mam wrażenie, że najchętniej wysłałby mnie w to nieznane samą, jednak cóż znaczy prawdziwy dar przekonywania:)


W tym roku, na nasze perłowe gody ( nie do uwierzenia, że aż tyle) porwałam męża na Kaszuby, a w drodze do domu w jeszcze jedno piękne miejsce.
Pierwszy etap, to Swornegacie. Mała cicha miejscowość w sąsiedztwie Borów Tucholskich, nad jeziorem połączonym z paroma innymi. Naturalną rzeczą zatem jest, że niemal wszyscy turyści próbują swoich sił w kajakach. Więc i my - pierwszy raz razem! - pływaliśmy kajakiem. I ... UDAWAŁO NAM SIĘ :)
A jaką mieliśmy radochę, ile śmiechu :) Pogoda była wyśmienita, humory przednie, towarzystwo fantastyczne ( koleżanka z, mówiąc skrótem, dziećmi 18+ :) Komfortowy domek, zero przedszkolaków w zasiegu słuchu:) niewiele sklepów, parę lokali i przede wszystkim mlaownicze trasy do kajakarskich czy rowerowych wypraw.


Już ten pierwszy etap pokazał nam, że umiemy robić coś razem, czego nie próbowaliśmy dotąd (DLACZEGO?), choć nieraz padało hasło "spływ", lecz jakoś nie dochodziło do skutku. Piękno jezior i rzek, którymi mieliśmy okazje pływać, urzekło nas oboje. A zwłaszcza TA CISZA.


Mogłabym zamieścić tu tysiąc zdjęć, a nie oddałyby tego, co można było usłyszeć - plusk wody muskanej wiosłami, szum wiaterku w sitowiu i śpiew ptaków. I 10 postów nie odda tego uczucia rozkoszy dla uszu i duszy :) Ale mam nagranie, które sobie odtwarzam od paru dni, które mnie w tamte miejsca przenosi w sekund parę:) dziś go tu nie wrzucę, za to fotki owszem.


A o drugiej części wyprawy i wielu ciekawych miejscach z Kaszub i  ... opowiem w kolejnych wpisach.

Tymczasem dobranoc z Alicją:)

Wasza "perłowa" Lewkonia:)

                               

wtorek, 28 czerwca 2016

Muza, brexit, i czym się kończy niedocenianie przeciwnika



Wrocław, sobota, Gilmour tam, ja tu, jak to pogodzić? Och, naprawdę? Nagrać sobie z tvp1.?
Ok.
Świetnie, cudownie!
Dzięki za namiary. Super. Już pędzę. Jak tylko będę w domu...Och, jakie to szcżzęście...

No i nie nagrałam... Weź, idź z taką sklerozą, już brałam pilota do ręki, już szukałam tego kanału, gdy tu coś raptem się zadziało, rąbnęło, stęknęło, i rzuciłam wszystko, bo dom drżał jakby tornado przeszło.
W każdym razie takie dźwięki przetaczały się nad moją głową.
To tylko mąż.
Więc zapomniałam.
A potem jeszcze poprawiłam sobie kredensem.
Nie żebym nie spała, czy coś, bo trzymać trzeba, ale coś w tym stylu.
Mąż na strychu spokojnie robił swój rumor, ja robiłam swoje porządki w kredensie z rodową porcelaną i srebrami, jak mnie nagle zawołał ( na gwałt) żeby coś tam łapać, bo mu spadało z drabinki.
No to się podniosłam.
Więcej nie pamiętam z tamtego wieczora.
Jak się ocknęłam wirował świat.
Pomyśłałam, wiosna (ok,  lato, ale dobra, wiosna pasuje bardziej do koncepcji), lub miłość nagła to, albo się strułam.
A to tylko kredens. Drzwiczki konkretnie te górne.
Dopiero potem poczułam siekierę w głowie. Tak jakby.
Poryczałam się z bólu tak na wszelki wypadek, jakbym miała umierać, bo jak tak po prostu bez ostatnich słów?
No to pokrzyczałam trochę, mąż spadł w końcu z tej drabinki osobiście wraz z tym, co miałam złapać, padł przy mnie na kolana, a ja ulżyłam sobie besztając go w niewybrednym słownictwie, które mi tu nie przejdzie, po czym kazałam mu się oddalić, w jeszcze gorszym narzeczu.
Guza mam jak nie wiem co, ale dobrze, że sobie nie odgryzłam języka, z czego mój mąż i paru uczniów niechybnie miałoby radochę.
I tak.
Nie nagrałam.:(

Ale nasz syn, z którym ostatnio, ku memu rosnącemu zdumieniu, wymieniam czasem messengerem takie tam matczyno-synowskie uwagi - (ja) ucz się,(on) nie truj mamuś, (ja) zdałeś?(on) są trzy terminy mamcia, (ja) masz kasę?(on) pożycz kasę,(on) posłuchaj sobie tego,(ja) znam to synu, a nie, tego nie znam...
 - no więc okazuje się, że C. ma tak wykwintny i nieznany mi tak dobrze dotąd gust muzyczny, że jestem pod wrażeniem. Ogromnym. No i sporo wie,  zna całe dyskografie i śmie mnie pouczać, co do zespołów niby moich ulubionych (bo starych). Wręcz mnie egzaminuje i wystawia cenzurkę. W aucie zawsze coś nam gra, jak akurat jest w domu, i wozi mnie po okolicy bajerując muzą ( bo ja nawet całkiem całkiem, z daleka mogę uchodzić). Normalnie sobie na mnie wypróbowuje chwyty:))) ( no nie, to naprawdę świetny gust, żadne tam Donatan, czy Cleo). Dobrze, że mamy klimę w aucie, bo zimnego łokcia przy tym już bym nie zdzierżyła. On to nazywa też: ciężki sygnet :)))
No więc syn mój podrzucił mi stronkę, gdzie sobie można pooglądać ten koncert i choć odrobinę mniej odczuwać żal, choć i tak on jest i zostanie, że znowu mnie tam nie było:( po grób.

Twierdzę nieugięcie, iż to dzięki nam, że z mlekiem matki, że tatuś się genami przyłożył, że pradziad muzykalny, ale oczywiście C. absolutnie się nie przyznaje i wręcz uważa, że całkiem nam się pomieszało, bo to ON pierwszy tegoczytamtego słuchał, i nie od nas się dowiadywał, co dobre, absolutnie. Łgarstwo to i niewdzięczność ludzka i synowska ...
Dobrze, że chociaż łaskawie mnie poucza i nawraca, podrzucając świetne kawałki, jak np ten




Mnie to się podoba:) Kto by pomyślał?

I tym na razie skończę, bo mam mnóstwo zaległości, to rozłożę na kilka odcinków.
Tymczasem wakacyjnie życzę DOBRANOC|:))) Albo i nie, jak kto jutro do roboty nie musi.
 I uważajcie na wszystkie wystające rzeczy ponad waszymi głowami.
Dla jednych  będzie to żyrandol, dla innych szuflada (na czworgu), a innym może zaszkodzić niewinnnie wygladająca szafka. Ale nie ufajcie pozorom, bo może okazać się czarnym (wierzgającym ) koniem.
Islandia też nie wyglądała na taką, co przybije Brexit :)))



No, tak że nigdy nic wiadomo.
Trzymajmy więc kciuki za naszych!
lewkonia

wtorek, 10 maja 2016

Z ogłoszeń drobnych

Komu...
drewniane korale, krem nivea, nóż do chleba, czarny kapelusz, pończochy z oczkiem, spódnica w kwiaty - używane, zadbane

Kto przygarnie: Panią Bovary,  chustkę jedwabną, złoty pierścionek, maść na odciski, broszkę z bursztynem – pilnie!

Powierzę bezzwrotnie na wieczną pamiątkę pudełko włosów i mlecznych zębów dzieci, zdjęcia w gronie bliskich, zeszyt z przepisami

Zaufanemu - oddam z żalem wielkim bagaż wszystkich wiosen, dobytek ruchomy i pamięć mą całą

Zbędę ciężar z piersi, strach i zagubienie, od zaraz i z ulgą

Skórę jak u pisklęcia na garsteczkę prochu – zamienię ... na zawsze

Basia







sobota, 23 kwietnia 2016

Planet Earth

Dziś w Dniu Ziemi chciałam coś o przyrodzie, o naszej ogrodowej przychylności pszczołom, o mej codziennej krzątaninie i trosce o jak najmniejsze zaśmiecanie Matki Ziemi. Ale...
Ale o tym innym razem.

Bo kolejny raz prawdziwie wstrząsnęło mną i przygnębiło odejście wielkiego muzyka, którego nie można było zbyt często u nas usłyszeć w radio, nie cieszył się takim uznaniem, na jakie moim zdaniem zasługiwał, nie był powszechnie i głośno uwielbiany za całokształt (jak np Freddie Mercury czy Joe Coker śpiewający głównie covery), a jedynie za pojedyncze utwory, i nie próbowano go w Polsce tak masowo i gruntownie poznać, jak innych popularnych muzyków . Nie był u nas ani tak lubiany, jako osoba, ani szczególnie szanowany jako muzyk, wręcz dla wielu głównie znany, jako że wielce kontrowersyjny. Założę się, że gdyby zapytać ot tak na ulicy, za jego życia jeszcze, kogo uznajesz za POSTAĆ muzyczną wpółczesną i znaczącą, mało kto wymieniłby go obok Hendrixa, Beatlesów, czy muzyków Pink Floyd. Tym czasem był on artystą TOTALNYM, ciekawym i o wielu obliczach.

Prince.
Kompozytor, aranżer, WYBITNY gitarzysta, multiinstrumentalista, wokalista o nieprzeciętnym (DLA MNIE PIĘKNYM!) głosie, wzbudzający i zachwyty i obrazę moralności. Prowokujący, superseksowny, wręcz czasem dirty, jako człowiek w swym otoczeniu niezbyt lubiany za charakter, ale też perfekcjonista wzbudzający podziw pracowitością i płodnością - potrafił sam skomponować, zaśpiewać, zagrać na kilku instrumentach, nagrać i zmontować w jedną noc dwa single, by dochód z nich przeznaczyć na szczytny cel, w jeden rok wydać dwa albumy, tworzyć intensywnie pod rząd kilka lat bez przerwy, reżyserować własne teledyski, współpracował też z masą muzycznych osobistości nagrywając z nimi bądź komponując dla nich utwory. Wydał ponad 100 mln płyt, zdobył wiele nagród liczących się w muzycznym świecie. Był podziwiany za mistrzostwo gitarowe przez samego Claptona. Słowem, śmiem twierdzić,  przerastał talentami nawet Michela Jacksona. A jednak...


Ile płyt i tytułów jego piosenek jesteście w stanie wymienić, zanucić?
Dlaczego tak mało?
Bo był inny? Ocierał się o kicz? Nosił buty na obcasie i lubował się w falbankach? Bo zawierał w swych tekstach tyle wulgaryzmów i malował oczy jak kobieta? Bo potrafił śpiewać falsetem, jak nikt, aż przechodziły ciarki? Bo to był raczej pop niż rock?

Mój Prince kołysał mnie i utulał w emocjonalnej pustce, w smutku i gdy czułam się stara i nieładna. Podniecał i zachwycał do łez. Zapełniał pewne braki w życiu, jak np. taniec, bo mogłam przy jego muzyce odlecieć i pozwolić wyobraźni widzieć siebie tak gibką i wąską w talii jak dawniej.
Nie umiałam i nie będę umiała słuchać go bez bujania się w biodrach, bez tego RYTMU, któremu me ciało poddaje się bezwolnie i pozwala się porwać i wprowadzić  rozluźniający trans. Bez bicia serca, zwłaszcza przy albumie 3121, w którym chyba osiagnął szczyt zmysłowości, a który to chodzi za mną, odkąd go dostałam - taki inny, niż wszystko, co słyszałam dotąd.
Cieszę się, że taka muzyka jest nam też dana, obok czystego jazzu, rocka progresywnego, soulu, czy bluesa jest to ten gatunek, który nadaje rumieńców dniom ponurym i zbyt powolnym, w rutynie i chorobie potrafi dodać wigoru, a przy tym jest bardzo wartościowa, bo przebogata w odcienie, głosy, dźwięki instrumentów, ma bardzo dynamiczną budowę w samej warstwie melodycznej. Jest tam i rythm and blues, i funky, i disco, ale i jazz ( i to sporo, choćby  te saksofony!) i rock (te gitarowe riffy, których nie powstydziłby się żaden rockmann)
Wszystko to, co kocham w muzyce - złożoność, niesztampowość, harmonia i zamierzony dysonans, i  solo gitarowe, i zawijasy, i chórki. I rytm, rytm, piękne melodie i ... jeszcze raz RYTM.
Po prostu nie da się nie zadurzyć w muzyce Prince'a. Ja nie odkocham się do końca mych dni.
I kolejny raz nie doczekam się koncertu, tak, jak nie zdołałam usłyszeć (nomen omen) na żywo Joe Cockera, Davida Bowie, i paru innych.

Jeśli nie wiecie, o czym mówię i skąd ten zachwyt, posłuchajcie jednej z moich ulubionych płyt, choć nie oddaje ona w pełni wszechstronności muzyki Prince'a, i taka wręcz się wyda miejscami taneczna - ale choćby 3. utwór - ten fortepian, ta trąbka - mistrzostwo, klasyka ! - i taki kontrast z kolejnym numerem .
No i tak by pogodzić te dwie okazje - coś z Ziemią w tytule:

PLANET EARTH.    


Wszystkiego dobrego na weekend, dobrej muzyki, i pogody. A gdyby deszcz, niech będzie Purple....

lewkonia





sobota, 2 kwietnia 2016

Drobiazgi, które cieszą:)

Zbiera mi się na post od wielu tygodni. Taki o duperelach, bez emocji i odniesień do wartości, bez jakichś głębszych wynurzeń... Jakoś ta ochota na pogawędkę nie szła w parze z życiem i jego wyzwaniami przywalającymi do ziemi. Ale nie o nich miało być. I nie będzie.
W końcu jest dziś taki dzień akurat i w sam raz, i humor odpowieni, i słonko za oknem, to siadłam.
Nie myślcie, że ja tu nic, tylko się zakopuję w otchłani rozpaczy i kompletnie świata nie oglądam ani kontempluję. Bo i owszem. Podglądam przyrodę, dłubię w kwiatkach, wyprawiam się na spacery, robię zdjęcia, a nawet co nieco zmieniam w domu, tak kosmetycznie, by się całkiem nie dać degrengoladzie.
Dziś zatem trochę obrazków z domku.

Pierwszy "drobiazg", który sobie spontanicznie na lekarstwo dla duszy zafundowałam, wylądował u nas w 4 wielkich pudłach pewnego marcowego popołudnia. Akurat tego dnia mam najdłużej zajęcia, więc nijak nie mogłam "przejąć" cichcem przesyłki, toteż chcąc nie chcąc musiałam się mężowi przyznać, co zmalowałam bez jego wiedzy. No bo takie pomysły przychodzą mi zawsze, jak on już śpi. To nie pytałam. Co go będę budzić, no nie? Dostęp do konta mam i akurat do jego obsługi nie jest mi potrzebny żaden facet:)
Niespodzianki totalnej zatem nie było, niemniej i tak musiał mieć niezłą minę, gdy zobaczył taaakie wielkie kartony. Cztery :)
A w nich...





Krzesełka - muminki:)))
Od razu, gdy je ujrzałam zmontowane, nadałam im tę nazwę, bo są takie obłe i przytulaśne, choć  z plastiku. Od zaraz w kuchni pojaśniało, a i przy biurku zrobiło się tak wiosenniej i weselej. Zestawienie całkiem nowoczesnej formy ze starym mym ulubionym stylem dobrze zrobiło babcinym kształtom odnawianych przeze mnie staroci. Naładowanie w jednym pomieszczczeniu zbyt wielu podobnych w stylu rzeczy mnie męczy, dlatego jak widać na obrazku powyżej regał na książki i inne mebelki w moim "gabinecie" są z prostych płyt rodem z ikei, przemalowane na złamaną biel. Całość pokażę przy innej okazji.
Nie przeszkadza mi różnica odcieni, oko odpoczywa raz patrząc na czystą biel i prostą formę, a raz na lekko śmietankową postarzaną nogę :))) W kuchni za to wszelkie odcienie drewna ( bo i ciemny orzech i dąb i jakaś sosna się znajdzie i buk) pogodzone są wspólnym elementem bieli, choć też nie jednakowej. Na żywo wygląda to naprawdę dobrze, jest tak indywidualnie, i nie mam uczucia, że jestem w cudzej kuchni bądź w sklepie meblowym. Taka jednorodność również mnie za bardzo usztywnia i nie czuję się dobrze we wnętrzach w stylu "do kompletu".
Gdyby  można było nasz domek podsumować jednym słowem, to z pewnością jest on urządzany z mocnym akcentem na retro. Ten charakter mebelków u nas wychodzi na pierwszy plan. Retro i eklektyzm - czyli od Sasa do Lasa. I w tym właśnie tkwi całe sedno - jestem typową "kobietą zmienną". Muszę mieć elementy wokół siebie, które dają się przestawiać, zestawiać, kombinować, którym mogę nadać co rusz inny wymiar, nawet, gdy pozostaną sobą bez zmiany szaty.
Dokładnie tak, jak ja - lubię mieć wiele twarzy i trudno mi się zdecydować, czy zapuszczać włosy, czy może ciachać na Kożuchowską, czy ten blond hodować dalej, czy jednak wrócić do cynamonu z nutą starego złota.
Ech, cała ja... Za to meble (tudzież buty) kupuję błyskawicznie. Wystarczy, że mam dół i akurat wypłacili trzynastkę :) Mąż mój zakup nawet pochwalił, dosiadając go bez oporu, ale zagroził odłączaniem sieci na noc:) Bo co, jak będę miała jeszcze większą chandrę, a  jak raz wygooglam piękny fortepian?
No. To było coś, co nazywam "mały face lifting" :)))

Z serii "przestawianki zajmujące myśli" pokażę mały fragment naszego pokoju "kominkowego". Niech Was ta nazwa nie myli, bo nadal.... to tylko nazwa :)  Dziurę w ścianie na rurę od kozy zasłoniliśmy na razie zegarem, który już raz występował. A że jak wspomniałam uwielbiam, gdy meble wędrują, to sobie wymyśliłam w tym roku wielkanocny kąt z kanapami. Zamiast sztywnego siedzenia przy posiłkach przy dużym stole, rach ciach stworzyłam taką miłą niszę w miejscu przeznaczonym na ową kozę - marzenie. Zwłaszcza, że i tak było nas dużo mniej i święta były raczej jezdżące.
A więc taki kompaktowy kącik miło nas nastrajał przy skromnym śniadaniu i nie tylko:









Generalnie stół był zawsze u mnie priorytetem. Nawet w małym M2 w bloku musiał być.
Zwykle rozkładamy prostokątny, śląski, i oczywiście stary, przy którym trzeba trzymać się prosto i z bon tonem na "zabytkowych" krzesłach  uroczyście celebrować posiłki. Tym razem pełnił rolę pomocnika na drugim planie.
Na zdjęciu to ten Pierwszy, ukochany, wyproszony od Dziadka,  z lat 50', okrągły i masywny. Ze zdartą politurą, tu i ówdzie ukruszony, ale... to pod nim bawiłam się w dom, i pod nim ukrywałam przed zbójnikami :)
Specjalnie nieco obcięliśmy mu nogi, by mógł spełniać rolę stołu i ławy, gdy trzeba. Rozkłada się w "jajo" więc w sam raz wpisał się w ducha Świąt :) Choć to nic wielkiego, ani szczególnego, takie przemeblowanie, jednak taka drobna zmiana był mi potrzebna. Niektóre utrwalone w pamięci obrazy, niestety przykre, dzięki tej zmianie optyki, a także pewnemu "wyluzowaniu" przy stole, nie wisiały  nad nami, co wszystkim dobrze nam zrobiło. Było nieco swobodniej, i choć pośpiesznie, to czuliśmy się bardziej zintegrowani w tych dniach zadumy.

Jak wspomniałam, dłubałam też trochę w ziemi:) Mych selfies z widłami do gnoju już Wam oszczędzę, liczę na Waszą wybraźnię, być może popartą także podobnymi doświadczeniami nie nadzywczajnymi o tej porze roku:) Za to pokażę moje DIY z jajem, co pewnie też nie będzie odkrywcze, ale za to moje pierwsze :)
W celu wykonania tego DIY przerzedziłam trochę nasz "trawnik" w miejscach i tak mało uczęszczanych, wydobyłam z czeluści 3 słoje, które zwykle wspomagają mnie w domowej produkcji polepszaczy humoru, dorzuciłam garść kamyków, przejeżdżając obok Obi nabyłam parę cebul i ugotowałam kilka jaj. No, nie w Obi :) Na koniec zrobiłam mały bałagan w szufladzie z pasmanterią i ...

..oto, jak wyhodowałam sobie mały zaczarowany ogród na stół:






 






A, tak z rozmachu zrobiłam trzy ogródki, dwa w celach prezentowych :) Śliczne są, prawda?

To się rozgadałam. Pora kończyć i poczytać coć papierowego do poduszki :)))
Życzę miłej słonecznej niedzieli :)

lewkonia