Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Refleksyjnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Refleksyjnie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 września 2020

Małe letnie tęsknoty



Obok tych ogromnych, które duszą skulonym w gardle płaczem, są i te lekko różowe nostalgią, fiołkowe letnim zmierzchem, ciepłe od słońca na piasku, pachnące zefirkiem z pól. Małe, pogodne, co roku te same, nie ginące w nas bezpowrotnie. Wplecione w kolejne pasma lat o barwach wszystkich pór roku odchodzą i wracają niestrudzone. 

Dzisiaj moje małe tęsknoty jeszcze w letnich sandałkach siedzą ze szklaneczką miętowej lemoniady i zaglądają mi przez ramię. Jeszcze nie spakowały letnich tobołków. Jeszcze nie zblakł im rumieniec  i wciąż mają kwiaty we włosach. Tylko gdzieniegdzie pojawił się wrzos i jarzębina w ich wiankach. I zapragnęły wyprawy do lasu, wciąż rozgrzanego latem. 

Jeszcze nie jesień. Jeszcze babie lato nie odpływa. Choć dynie zaczynają czerwienieć niecierpliwie. Wrześniu trwaj cichutko i sącz się dzień za dniem, bez pośpiechu :) 

















Pozdrawiam wciąż słonecznie i bezchmurnie z werandy

Lewkonia

poniedziałek, 6 lipca 2020

Ennio

Odszedł wielki niezrównany Ennio Morricone. Legenda za życia.
Kto zna Jego muzykę, temu wystarczy tylko wspomnieć nazwisko, by odczuł tę stratę i tę wdzięczność za Jego wybitne dzieła.
Kto nie zna, i nigdy jej nie chłonął z bijącym sercem, już nigdy nie zobaczy Go na scenie, ale są płyty, nagrania, a przede wszystkim filmy- ponad 400 - do których skomponował muzykę.

W 2017 r miałam ogromny zaszczyt być z koleżanką na Jego koncercie w Łodzi, gdzie osobiście dyrygował orkiestrą ponad 2 godziny. Miał wtedy 89 lat.
Gdzieś w archiwach przechowuję bilet z tego koncertu.
Ale i tak najcenniejszy jest teraz zapis w pamięci tego niezwykłego wydarzenia i energicznej postaci Ennio Morricone.

 R.I.P. Ennio
 Dziękuję za Muzykę. Ona zawsze zostanie z nami.


Lewkonia

czwartek, 21 listopada 2019

O pustce i braku...

"Spójrzcie na nas, zabiegani, spóźnieni, ciągle w pośpiechu. Taka już jest ludzka natura. 
Z czasem wszystko zaczyna się układać. (...)
Od czasu do czasu w przypadkowym chaosie coś zaczyna nas pchać do przodu"

Zanim życie powróci na swoje tory, zanim pozornie będzie zwyczajnie i pogodnie, zanim sie pogodzę z tym, że należy żyć dalej tak, jakby wszystko miało sens, widzę sens w niewielu rzeczach.
Czekam pół-biernie, aż coś mnie popchnie, pobudzi, wciągnie.
Być może z boku wygląda to tak, jakbym dokądś szła, dążyła do celu, posuwała się naprzód, ale prawdę mówiąc po prostu płynę z nurtem kolejnych dni, z większymi czy mniejszymi falami godzin, tygodni, miesięcy.
Robię to, co powinnam, okraszając te pozbawione zaangażowania działania zrywami niewytłumaczalnej radości z życia, zachwytami przyrody, hałaśliwymi rozmowami i wybuchami śmiechu w gronie przyjaciół. Jest tych momentów nawet sporo do otulenia sie nimi w chwili pustki. Ale nie są w stanie tej pustki wypełnić. Paradoksalnie wypełniają moją komórkę setkami ujęć kwiatu, liścia, uśmiechu psa, ognia z ogniska, pieknych widoków i niezawodnych zawsze czujnych przyjaciół. Ale działają jak plaster, powierzchownie tylko, kojąco na moment.

Życie, to pasmo strat. Wszystko materialne jest mdłym tłem, które zaczyna mnie osaczać, drażnić i ciążyć.
Praca zmusza do wyglądania jak poważny i odpowiedzialny człowiek na etacie. Trzeba wstać, zrobić oko, umyć głowę, przejechać w tłoku przez dwa mosty, zapisać temat, przejąć się cudzym dzieckiem, nie dać odczuć, że praca ci zobojętniała. Nie porywa, nie fascynuje, choć się uśmiechasz, wchodzisz w rolę z miłym słowem i całym arsenałem gestów, które bezwiednie wykonujesz, i wszyscy myślą, że jest normalnie. tak samo cierpliwie odpowiadasz na te same pytania siedemnasty raz, tak samo pobłażliwie żartujesz z gapiostwa swoich uczniów, masz wciąż ten znany im dystans do samej siebie i potrafisz celnie i dowcipnie ripostować mało taktowne zachowania. Wychowujesz i uczysz. Nie szukająć sensu. Nie wnikając w sens.

Przyjęłam za jedynie sensowne bycie tu i teraz, jak najbliżej tych, którzy mi zostali, nie gubienie energii i emocji w żadnym podążaniu ku ludziom i  ich potrzebom.  Żyłam dotąd tak skrajnie altruistycznie, tak bardzo na zewnątrz, tak z całym przejęciem chłonęłam wszelkie impulsy, że teraz czuję się wypalona do dna. A mimo to mam poczucie, że własnej mamie tej energii nie byłam w stanie dać więcej, nie mogłam pomóc w najtrudniejszym z trudnych momencie życia. W gwałtownej, podstępnej i bezlitosnej chorobie. Winię się za to, że ja - która zawsze jest tak przewidująca i kieruje się niezawodną intuicją, zamartwia na wyrost i zadręcza wszystkich pesymistycznymi wizjami - w tym wypadku nie dałam rady.
Byłam potwornie bezradna, i niemniej zaskoczona, niż mama,  że oto ostatnia krótka prosta.
Że nie możemy dla Pani nic zrobić. Że nie wiadomo ile. Że w rezultacie trzy miesiące.
Że umieranie może trwać raptem tyle, co nic. Że życie kończy się zaskakująco i przygnębiająco nagle i nie dając wyboru, nie rehabilitując się za wszelkie niewygody i udręki codzienne jeszcze gorszym, morderczym finiszem.

Przechowuję w pamięci tyle zarejestrowanych kadrów, dzień po dniu, sekunda po sekundzie,  wielokrotnie przeanalizowanych, rozebranych na jeszcze drobiejsze ułamki chwil, odłamki wrażeń, wwiercających się w oko, drażniących jak drobne drzagi pod skórą, ukłucia uczuć, ale i przez chwilę przyjemne ciepło spływające falą na kark i serce. Dławiące ciepło łez, wielkich jak gigantyczny groch więznący w gardle. Gdybym mogła, gdybym chciała je wszystkie opisać, powstałaby książka.

Książka o umieraniu z każdym wdechem i wydechem. O trzymaniu godzinami za rękę w pergaminowej skórze. O radości z przypływu apetytu, i o utracie ćwierci wagi w miesiąc. O lodach zjedzonych z mamą na pół. O zadziwającej jej bystrości w kartach, choć był to ostatni wysiłek umysłu, i nikt nie przypuszczał... O fizjologii, i zawziętości siłacza, by być samodzielną i niezależną, mimo że silna wola opuściła po kolei nogi, ręce, nawet język. O ostatnim urodzinowym torcie w piękny, słoneczny dzień. O niedzielnym cudzie z kawą o poranku - zachodzimy w głowę, jak mama dotarła do kuchni, by sobie ją ostatni raz zaparzyć. O kosmyku moich włosów wśród rzeczy bliskich jej sercu. O milionie drobiazgów, notatek, świątecznych kartek, które po kilka razy szlochając przejrzałam, nim zdecydowałam, co z nimi zrobię. O perfumach, których teraz ja używam. O poduszce, która do dziś nią pachnie, do której się tulę, i jej jedynej nie uprałam. O nie napoczętym kremie dla cery dojrzałej. O osieroconej czerwonej szmice. O zdjęciach  znalezionych w jej aparacie, jakby czas się cofnął o pięć, dziesiąć lat, kiedy wszystko było dobrze.
O mamie uśmiechniętej na nich, i tej wracającej we śnie z zaświatów.
Wreszcie o mamie - babci naszych synów - niezastąpionej Krabysi...

Byłaby to trudna książka o bardzo nieprostych relacjach dziewczyny z samotną mamą - zaradną, mądrą, gospodarną i pełną energii, ale zupełnie nie radzącą sobie z emocjami. Naiwnie dobrą, naiwnie poddańczą wobec mężczyzn, naiwnie ich idealizującą, słabą, bezbronną, zaborczą, silną. Zawiedzioną.
To by była opowieść - saga. Bo trzeba by zacząć od pradziadków. Nie pominąć wątku ubogiego  dzieciństwa,  biedniutkiej młodości i surowego wychowania. Musiałabym poskładać szczątki obrazów babci - mamy mamy, która nieodżałowanie wcześnie odeszła, a której dobroć obrosła w rodzinie  legendą. I tej dobroci, tego serca mojej mamie do końca bardzo brakowało.
Osobny ogromny rozdział poświęciłabym jej pedagogicznej ścieżce. jej uczniom i szacunkowi, którym ją obdarzali. Mojej o nich zazdrości, gdy poświęcała im każdą wolną chwilę. I mojemu podziwowi dla tej umiejętności bycia surową, wymagającą, kochającą i ciepłą zarazem.
Napisałabym też o swoim niegodzeniu się niemal do końca z wieloma kwestiami, które bolały, drażniły, powracały załamaniami, rozżaleniem. Niewybaczalne a przemilczane, bo wolałam nie roztrząsać, zasklepić w sobie tę gorycz, której źródło tkwiło hen, lata świetlne temu.
A teraz już nie mają znaczenia. Nie bolą, dziwnie ich nie czuję już. Może wolę nie czuć?
Czyżby to też nie miało już sensu?
Istotnie. Czuję, że to, co miało tak ogromny wpływ i na relacje z mamą i moje wybory, i życie całe niemal, teraz liczy się najmniej wobec tej pustki...

Będę z pewnością powracać do wątku mojego dzieciństwa, młodości i mamy. Jeśli nie tu, to w innej formie pisanej. Przeczuwam, że to może być skuteczna kuracja, póki do wiosny jeszcze tak daleko. I w tym też odnajduję sens. To dobrze, bo nie mogę być przecież do końca życia smutna i trwać w poczuciu beznadziei, bezsensu i bezbrzeżnego żalu do losu.

Niemniej tkwię w pustce, albo to ona rozsiadła się we mnie i na spółkę z tęsknotą i melancholią wypełnia serce.

Chyba pierwszy raz tak bardzo drobiazgowo i niepowściągliwie, tak wprost mówię o stanie żałoby, ale do tej pory jeszcze nie przepracowaliśmy żałoby po mamie męża. Może mi to, a pośrednio mojemu mężowi pomoże sie otrząsnąć z letargu i złości. Może kiedy się bezlitośnie wywrócimy na nice, oczyścimy do podszewki z żalu, jak strych z zalegających a nie używanych od lat rzeczy po zmarłych, do których strach było zajrzeć, żeby nie podejmować bolesnych decyzji - może będzie nam lżej iść dalej, mimo wszystko...

Załączam mamę. Świruskę, śmieszkę, wieczną "osiemnastkę" zachłannie towarzyską, szczodrą, Krysię - gadułę.
Jak dobrze jest móc mieć jej zdjęcie - na wszystkich możliwych ekranach i pulpitach.
Kiedy już inaczej nie można jej mieć.


Ściskam.
Wasza
lewkonia




sobota, 19 stycznia 2019

Potwornie smutny tydzień...

Wypłakałam oczy...

Wypisałam wszystkie słowa, i tyle ich usłyszałam, z tyloma się identyfikuję...

Więc zacytuję tylko  te:

"Miłość może tylko łączyć."

A ku pokrzepieniu naszych pękniętych serc mam to:





Jutro w Opolu światełko do nieba ...
Wybieramy się z jeszcze większą mocą postanowienia, by czynić dobro mimo wszelkich przeciwności i podłości ludzkiej.


Niech ani jedno słowo

Nie będzie złe.

Niech ani jedno słowo

Nie czai się do skoku.

Niech ani jedno słowo

Nie nienawidzi.

Niech nie krzywdzi.

Niech nie zabija.

Niech wybacza.

Niech leczy.

Niech łagodzi.

Niech zamyka

Człowiecze rany

Jak skrzydła ołtarza.

                                                                                                         Roman Brandstaetter 


❤Całym sercem z wszystkimi Gdańszczanami i ludźmi dobrej woli

Lewkonia

poniedziałek, 31 grudnia 2018

I tak oto...


..... śmignął kolejny roczek. 
Dla naszego domku i jego mieszkańców bogaty w nowe doświadczenia życiowe, małe i duże zmiany, sprawy radosne jak i smutne okoliczności. 
Jak u każdego.
Mogę odnotować z zadowoleniem pełną realizację niektórych planów, jak i obiecać sobie, że to, co pięknie zaczęłam na wiosnę, a jesienią zarzuciłam "na chwilkę",  kontynuować będę i nie zrażę się jakimś chwilowym zastojem zapału. On gdzieś tam we mnie jest i tylko czeka na sygnał, by zacząć znów zwalczać zimowy marazm i lekką nadwagę.
A że po drodze nawinęły się święta, to na pewno będzie co nadrabiać. Na razie waga śpi sobie zakurzona i nie będziemy jej niepokoić gdzieś tak do ferii :) Bo potem studniówka i jak zwykle wybieram się na parkiet, a zaleca się raczej być ubranym w strój godny i wygodny, miast maskujący typu: worek. Ogłaszam iż w kwestiach postanowień dietetycznych przedłużam termin odbioru dzieła o rok, i podnoszę stawkę o 5 :)

Z pewnością dogadzaliśmy sobie w tym roku więcej i z większą premedytacją. Ba, nawet powzięliśmy postanowienie, iż ta tendencja będzie raczej rosnąca w przyszłości. 
I nie chodzi o jedzenie i tycie boże broń, bo wręcz odwrotnie, a o drobne, spontaniczne, lub większe i przemyślane przyjemności, udogodnienia, radostki i drobiazgi, których inny ktoś może nawet nie zalicza do wyjątkowych.
A my tak. Bo w ten sposób żyjemy od dawna drobnymi kroczkami do przodu, przepijając gorzkie pigułki od losu małymi łyczkami szczęścia. W miarę możliwości codziennie po kilka łyczków na czczo i po jedzeniu. Rano, w południe i wieczór.
Wykreśliłam ze słownika "nie da się" czy "nie wypada", zakazuję użycia tych słów w odniesieniu do moich prób zmian na lepsze poprzez łamanie skostniałych niepotrzebnych rutyn i "tradycji". W ogóle mnie to już nie obchodzi, co kto sobie pomyśli. Jakaż ulga!
I tak na ten przykład w ogóle nie umyłam ani pół okna na święta! Z zamysłem i przy pełnym zdrowiu. A może właśnie dlatego, że jeszcze na głowę nie upadłam i czuję się świetnie.
Owszem, był moment, gdy pewnego przedpołudnia nieśmiało przez kożuszek chmur prześwieciło słońce. ale szybko zasnuło się znów szarą watą i dało sobie spokój. I ja też. 
Moje niezbyt czyste sumienie postanowiło na wszelki wypadek wystosować klauzulę obojętności do ośrodków wstydu i innych emocji. Pozostaliśmy więc w harmonii, ja i wszystkie moje wewnętrzne systemy reagowania na ewentualną samokrytykę czy cudze zdziwienie i niesmak, przetrwaliśmy tak bez szwanku cudny czas świąt i mamy zamiar tak trwać do wiosny.
W kontekście wszelkich dramatów przetaczających się w naszym najbliższym otoczeniu odpowiedź na pytanie: "w czym mogłyby mnie wzbogacić czyste okna?" brzmi zwięźle i jasno: W NICZYM!
To samo dotyczy - kurzu na szafach, kotów za kredensem czy lekko przyszarzałych pokryć kanap.
Ja ogólnie lubię pachnącą czystość wszelką, ładny wystrój, estetykę, detale, kreatywność w domu i zagrodzie, ale ograniczam ją do najbardziej niezbędnych czynności, takich elementarnych i przy okazji dających wszystkim domownikom pewien komfort. Żeby było na czym oko zawiesić, a przy okazji nie wyrżnąć na śliskiej podłodze czy w plątaninie rzeczy nie leżących na wygodnym dla wszystkich miejscu. Pedancji i przesadyzmowi mówię stanowcze NIE!

Jest taki słynny cytat z Fredry  "Znaj proporcjum, mocium Panie!" Czy też jego  współczesna wersja: "We wszystkim umiar. Nawet w umiarze".  Zalecam każdemu obydwa specjały. 
Bez umiaru ciężko żyć, kochać, jeść a nawet pracować. Tak że miarkujcie się i dawkujcie wszelkie "muszę", "trzeba, "wypadałoby". Pomyślcie, jaki jest właściwy sens podejmowanych czynności, spotkań, spodziewanych przeżyć, tego, co warto zapamiętać, zauważać, przeżywać na nowo we wspomnieniach. Jestem pewna, że z tegorocznych świąt zapamiętam jedynie to, co tego jest warte, jak kolejne urodziny syna, ilość dobra na stole, udanego karpia, wizyty bliskich i u bliskich, śmiech czy łzę, zadumę i rozmowy. Na pewno zapamiętam to, czemu poświęciłam wiele starań, do czego przywiązuję wagę, co mnie zawsze bardzo cieszy i na co nie mogę się napatrzeć - naszych synów, ciepły wystrój domu, zapachy i dźwięki. 
A co się da, utrwalam na zdjęciach lub w słowach. Nigdy nie padło żadne opiewające zachlapane szyby. Nigdy! Aż do dziś :) Czynię to jedynie w celach dydaktycznych i ku pokrzepieniu serc.

Z rzeczy większych, planowanych od dekady, zrealizowanych na wiosnę, a znacznie podnoszących komfort i estetykę domku przedstawiam wszem i wobec nasze nowe schody na poddasze. Jakże zyskało wejście do domu, i jak wygodnie jest teraz  przemieszczać się bez strachu a nawet bez trzymanki. Stare zdemontowane oczekują na swą nową funkcję w postaci półek w drewutni i ław w ogrodzie. Byłoby mi strasznie żal przeznaczyć je na opał (czyste drewno oczyszczone z farby!), darzyłam je uczuciem od pierwszego wejrzenia, wszak to je ujrzałam jako pierwsze pamiętnego dnia przed 12 laty, gdy otworzyły się przed nami podwoje domku szukającego nowego właściciela. Widok ten do dziś mam przed oczami - ciemny ciasny "wiatrołap" przegradzający przedpokój i brązowa olejna farba na wąskich schodkach wiodących na zagracone poddasze. Pozbyliśmy się przegrody, ale schody te po oczyszczeniu z poremontowych warstw cementu, pyłu i kilku (jednak) kolorów olejnej farby, służyły nam aż ponad 10 lat. Wyślizgane i bardzo strome stopnie polubił nasz Czesio niejednokrotnie ostrząc sobie na nich ząbki. Lubił po nich też wbiegać na górę, skąd już ewakuować na dół musiała go wyspecjalizowana ekipa ratunkowa. 
A ja je lubiłam za starość i klimat wiejskiego domu. Za dziurki po kołatkach, niedoskonałość i dopasowanie do moich wyobrażeń. I za drewno. 
Toteż nie wyobrażałam sobie innych, niż drewniane, staromodne z wyglądu, może lekko w angielskim stylu.

A teraz fotki. 
Na początku było tak- z lewej strony widoczne drzwi wewnętrzne, coś na kształt wiatrołapu, w głębi nie istniejące już przejście do pomieszczenia gospodarczego, wejście na schody na prawo od ich. A od strony przedpokoju widoczna ścianka z boazerii,którą rozebraliśmy łącznie drzwiami, dalej wejście do piwniczki.
                                

                                  

                                  




W trakcie remontu i tuż po lekkim liftingu starych schodów:







Ulubione miejsce Czesia:




A oto już nowe schody, zabiegowe, z mniejszym kątem nachylenia i głębszymi stopniami :
TADAM!



Nieco węższe schody (o jakieś 5 cm), żeby poręcz odsunąć od ściany i by łatwiej dało się jej chwycić



Widoczny pas brakującej gładzi w miejscu starego policzka schodów. O tak niewiele, a o tyle łagodniejszy spad powstał, za to osoby powyżej 1,85 m muszą uważać przy schodzeniu :)  :




Jaka ogromna zmiana, gdy porównać zdjęcia z końca 2006, kiedy to jeszcze domek nie był nasz, ale właśnie go znaleźliśmy, albo on nas :)
I tak starając się nie pamiętać złego temu roczkowi, cieszymy się jak wariaci, że tak długofalowy plan zrealizowaliśmy.
Gdyby ktoś pytał, jak często trzeba czyścić białe schody, to powiem tak - zależy, czy jesteś świrnięty/a na punkcie czystości i byle pyłek doprowadza cię do szewskiej pasji, czy dopuszczasz odrobinę kurzu, psi kłaczek, pajączka snującego swą sieć gdzieś niewinnie w kątku. Ja raczej należę do drugiego typu gospodyń. A mimo tylu osób, rąk, łap i wejścia bezpośrednio z dworu do domu, w tym czasami usmolonego mężusia prosto z kotłowni, nie mam problemu z utrzymaniem czystości białych elementów. Jest to drewno dębowe malowane natryskowo, i choć wolałabym takie pomazane krzywo samoręcznie farbą olejną (jak w starych domach właśnie), jest ono wygodne do utrzymania,  gładkie, łatwo zmywalne i mam wrażenie, samooczyszczajace się :) Stopnie są z dębu naturalnego z matowym wykończeniem, na oko zupełnie nie ma śladu lakieru, więc ich nowość i dziewiczość nie razi. Całość z podłogą, która jest z kolei pioruńsko brudząca się, daje wrażenie przestronności i współgra na mój gust z resztą wystroju domu.

A co poza tym w odchodzącym roczku godnego zapamiętania i wdzięczności?

Lato.
Morze, znowu i niezmiennie ukochany Bałtyk, zachodnie wybrzeże, troszkę poza granicą, wyspa Rügen i Uznam.
Praca w ogrodzie i upalne lato z ogniskami, bogate zbiory warzyw i owoców, nalewki, przetwory, obdarowywanie znajomych i rodziny tym dobrem.

Jesień.
Przepiękna, baśniowo kolorowa, ciepła, łaskawa.
Spacery, las, natychanie się przyrodą i wciąż gęstym nieprzetrzebionym lasem, bogactwem flory i fauny.
Kino. Dużo dobrych filmów.
Spotkania z przyjaciółmi.

Zima.
Póki co bezśnieżna. Chodzę w jesiennej kurtce, oszczędzam kozaki :)
Wyjazd na jarmark do Wiednia. Rodzinnie rzec można, ale i szkolnie. Cudowna atmosfera, charyzmatyczna przewodniczka, niepowtarzalna osobowość. Kolejny raz w innej odsłonie podziwiam architekturę i historię miasta.

No i święta.
Czas z synami, odwiedzającymi nas wciąż chętnie, w towarzystwie i bez. Smaki i zapachy, które uwielbiam, kilka potraw znanych z dzieciństwa, bez szaleństw.
Krótki resetujący głowę wypad we dwoje w góry i do Spa .
Rodzinny dziś Sylwester.
Pragmatycznie, racjonalnie.
Nastrojowo.

Jakkolwiek źle w tym roku bywało, życzę Wam wszystkim, byście mieli dużo dobrych z niego wspomnień, które warto pielęgnować i tkać z nich swoje historie do opowiadania wnukom, czy sobie samemu :)
A to nasze kartki z kalendarza 2018:




 Pomyślności i najlepszego zdrowia na 2019!
Pamiętajcie o proporcjum!


Lewkonia 









czwartek, 1 marca 2018

Refleksje schodowe. ( z zamiarem wywołania uśmiechu, ale bo ja wiem, czy wyszło)

Ile razy zdarzyło się Wam wygarnąć komuś tak, że aż mu poszło w pięty, ... jak się już pożegnaliście?
Na ten przykład bezczelnemu kierowcy, fałszywej koleżance, cynicznemu lekarzowi?
Kiedy to zbici z tropu, a pełni buzującego w was oburzenia szukaliście zszokowani słów inteligentnej riposty, lub nie zdoławszy jeszcze pojąć, co właściwie zaszło, nim dotarł do waszego ośrodka reakcji na chamstwo impuls:  " Biiip, właśnie zostaliśmy obrażeni/ zlekceważeni/ zrobieni w trąbę" - sprawca oddala się, lub my sami odchodzimy zatkani, jakby obuchem ktoś palnął nam w głowę?
Znacie takie uczucie, gdy nagły przypływ weny wydobywa wreszcie z odetkanej krtani potok słów o najwyższym kunszcie oratorskim, argumentacyjnym, "dykcyjnym" i błyskawicznie układa się w ciąg logiczny, że aż szkoda, że ... nikt nie słyszał? I szlag trafia cały ten kunszt?
"Nooooo, ale mu wygarnęłaś" - słyszę wtedy swoje wkurwione alter ego, i ta bezpardonowa autoironia jeszcze bardziej podsyca palące uczucie "jakby w pysk dał".
"A gdzie byłaś mądralo, jak trzeba było się popisać swoim ciętym językiem?" - odpalam sama sobie. Dodam, że w sprzyjających warunkach mogłabym się odgryźć w pięciu językach, a i parę gwar by się znalazło. No, ale to trzeba mieć refleks. Sam mgr, dwa fakultety i fantazja to za mało.


 I takie dialogi wewnętrzne, ten o parę kroków, chwil, mgnień oka, ale bywa i godzin kilka spóźniony przypływ bohaterskiej żądzy odwetu, po mojemu nazywam refleksją schodową. Bo jak już jestem na umownym parterze, to mnie ta franca zawsze nachodzi, a nie te parę pięter wcześniej, gdzie mnie umysłowo skotłowano, i gdzie wszelkie me walory intelektualne poszły się bujać na drzewo :)
Albo może macie w najbliższym otoczeniu takie pełne najszczerszych chęci osoby, co zawsze chętnie doradzą: "To trzeba było mu powiedzieć..."? (Uwielbiam!!!)
Bo ja tak. Trzy razy tak!
Nie wymienię z nazwiska, bo czytają :)

I tak się zastanawiam, czemu zdarza się to tak inteligentnym, ułożonym  i bystrym osobnikom, a taki prostak i bufon tleniony zawsze sobie ulży szybko, sprawnie, bez wysiłku i wyrafinowanych wyrazów. I cóż, że niektórzy mają ich kilka w repertuarze. Ale za to zawsze śmiało ich używają. Rzec by można, bez głębszej analizy tychże.
A mnie mamusia wychowała, że się trzeba kulturalnie wyrażać.
I o, no tej bariery językowej nie przeskoczysz .

Do czego ja dziś piję?
A, tak bez związku :) Nikt mnie w ostatnim czasie nie zdegustował słownie, ani nie  wyrolował, żaden bulwers mnie nie spotkał, ale za to znalazłam w mym archiwum parę schodowych refleksji w obrazkach.
No i tak od słowa do słowa: włala, piszę :)
Akurat temat u nas w domu bieżący, bo zbieralim się w sobie 10 lat, aż uzbieralim i dojrzelim, by wymienić stare, nadgryzione zębem czasu i nie tylko, strychowe schody na takie, z których nikt ( tak łatwo) nie spadnie, a jak zauważyła ze szczyptą złośliwości moja przyjaciółka ( pozdrawiam serdecznie), żeby Czesiowi ułatwić włażenie i dokonywanie czynów zabronionych na poddaszu, gdzie, jak może kto pamięta, pożarł Czesio dwóch króli żywcem, bez popitki.
Obaj byli notabene z domu Jagiełło. ( I tu słyszę uszami mej wyobraźni to piękne przedwojenne "eŁ". No brak mi tego bardzo)


Inspiracje te mogą się przydać nie tylko tym, co mają zamiar uskutecznić podobną akcję, ale i tym, co schodów nie potrzebują wymieniać, ani nawet ich nie posiadają. Bo są tu także sprytne pomysły na skrytki, schowki, szafeczki,  fikuśne szufladki, schowanka itepe. A jak ktoś ma spryt i wyobraźnię, jakiś kącik do zagospodarowania, czy skosy, oraz dwie rączki w miarę zgrabne, lub męża, co dłubie w tym i owym, to może skorzysta z moich zasobów. Ja akurat pod schodami muszę mieć wolną przestrzeń, bo poniżej jest wejście do piwniczki, ale napatrzam się od miesięcy na te zdjęcia i wzdycham.


Tak więc enjoy :)

A jakby kogoś naszła jakaś refleksja, to proszę się nie krępować i walić śmiało, tak na zapas :)
Potrenować nie zaszkodzi, i można mailem, jak co mocniejszego się napatoczy :)

Czytałam artykuł, w którym mądre ludzie piszo, że emocji nie wolno w sobie tłumić. Odłożą się na wątrobie, albo sercu, i ogólnie organizm się nadweręża.
A po co. Szczególnie, że i tak nie ma lekko, i gdzie się człowieku nie ruszysz, tam schody.


O,  te  fikuśne nawet, szybko się ląduje :) 

                 A u nas będą w podobnym do tych  guście...          a ze starych pragnę mieć takie półki i stół :)

A wy wolicie ażurowe, czy z podstopnicami, policzkowe, zębowe, z zabiegiem, spoczynkowe, szklane, marmurowe, kręcone, metalowe,  młynarskie, betonowe, wyściełane jak w angielskich domach....Uff!
Ja najbardziej lubię takie stare skrzypiące z giętą, wyślizganą poręczą, po której można zjechać na sam dół.
Źle się czuję na lakierowanych na wysoki połysk. Od razu się rozjeżdżam :)
A kiedyś u takiej jednej ciotki... No ale to już opowiem inną razą :)))
Ale jeszcze dorzucę takie :)


           
     

No, to trzymajcie się poręczy.
A ja spadam do łóżeczka :)

Lewkonia








środa, 7 lutego 2018

Dlaczego?


Od paru dni brzmią mi w uszach słowa, które w różnych formach i okolicznościach mądrzy ludzie wypowiadali do mnie, a i ja sama wtłaczałam je w zbliżonym brzmieniu do głów niepokornej dziatwy, tej własnej i tej szkolnej.
Ostatnio coraz bardziej skupiam się na tym, by nie zadowalać innych bardziej, niż siebie samą, słuchać siebie i ćwiczyć się w konsekwencji, stąd te słowa:
 "Rzadko kiedy zawodzisz innych ludzi, natomiast zawodzenie samego siebie przychodzi ci niezwykle łatwo"  - obrałam sobie za wskazówkę i motto na najbliższy czas.
Nie wiem, ile tego czasu będę potrzebowała, by móc uznać, że osiągnęłam odpowiednie proporcje w dawaniu i braniu, ale to teraz jest mój priorytet.

poniedziałek, 25 września 2017

Żegnaj lato na rok...

Koniec wakacji, morze i my

 🚙 🏨 ⛱ 🚢 🌅  🌳🌲🐦🍨🍸🍹🍻🍓🍒🐟💑

Fotki podszyte tęsknotą 😢

Bez słów, bez retuszu, bez podtekstów, ot tak dla ocieplenia zmarzniętych lekko serc   

💙💙💙💙💙💙



 








Buziaki o smaku morza 💋💋💋💋

Lewkonia ze swym Wilkiem morskim  💏 

polecam

Ojcowie i córki

 Przeczytałam kiedyś, że wszyscy jesteśmy zranionymi dziećmi. To zdanie wraca do mnie w gorszych momentach i im jestem starsza, tym głębiej ...

ulubione