Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moja ławeczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moja ławeczka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 listopada 2019

O pustce i braku...

"Spójrzcie na nas, zabiegani, spóźnieni, ciągle w pośpiechu. Taka już jest ludzka natura. 
Z czasem wszystko zaczyna się układać. (...)
Od czasu do czasu w przypadkowym chaosie coś zaczyna nas pchać do przodu"

Zanim życie powróci na swoje tory, zanim pozornie będzie zwyczajnie i pogodnie, zanim sie pogodzę z tym, że należy żyć dalej tak, jakby wszystko miało sens, widzę sens w niewielu rzeczach.
Czekam pół-biernie, aż coś mnie popchnie, pobudzi, wciągnie.
Być może z boku wygląda to tak, jakbym dokądś szła, dążyła do celu, posuwała się naprzód, ale prawdę mówiąc po prostu płynę z nurtem kolejnych dni, z większymi czy mniejszymi falami godzin, tygodni, miesięcy.
Robię to, co powinnam, okraszając te pozbawione zaangażowania działania zrywami niewytłumaczalnej radości z życia, zachwytami przyrody, hałaśliwymi rozmowami i wybuchami śmiechu w gronie przyjaciół. Jest tych momentów nawet sporo do otulenia sie nimi w chwili pustki. Ale nie są w stanie tej pustki wypełnić. Paradoksalnie wypełniają moją komórkę setkami ujęć kwiatu, liścia, uśmiechu psa, ognia z ogniska, pieknych widoków i niezawodnych zawsze czujnych przyjaciół. Ale działają jak plaster, powierzchownie tylko, kojąco na moment.

Życie, to pasmo strat. Wszystko materialne jest mdłym tłem, które zaczyna mnie osaczać, drażnić i ciążyć.
Praca zmusza do wyglądania jak poważny i odpowiedzialny człowiek na etacie. Trzeba wstać, zrobić oko, umyć głowę, przejechać w tłoku przez dwa mosty, zapisać temat, przejąć się cudzym dzieckiem, nie dać odczuć, że praca ci zobojętniała. Nie porywa, nie fascynuje, choć się uśmiechasz, wchodzisz w rolę z miłym słowem i całym arsenałem gestów, które bezwiednie wykonujesz, i wszyscy myślą, że jest normalnie. tak samo cierpliwie odpowiadasz na te same pytania siedemnasty raz, tak samo pobłażliwie żartujesz z gapiostwa swoich uczniów, masz wciąż ten znany im dystans do samej siebie i potrafisz celnie i dowcipnie ripostować mało taktowne zachowania. Wychowujesz i uczysz. Nie szukająć sensu. Nie wnikając w sens.

Przyjęłam za jedynie sensowne bycie tu i teraz, jak najbliżej tych, którzy mi zostali, nie gubienie energii i emocji w żadnym podążaniu ku ludziom i  ich potrzebom.  Żyłam dotąd tak skrajnie altruistycznie, tak bardzo na zewnątrz, tak z całym przejęciem chłonęłam wszelkie impulsy, że teraz czuję się wypalona do dna. A mimo to mam poczucie, że własnej mamie tej energii nie byłam w stanie dać więcej, nie mogłam pomóc w najtrudniejszym z trudnych momencie życia. W gwałtownej, podstępnej i bezlitosnej chorobie. Winię się za to, że ja - która zawsze jest tak przewidująca i kieruje się niezawodną intuicją, zamartwia na wyrost i zadręcza wszystkich pesymistycznymi wizjami - w tym wypadku nie dałam rady.
Byłam potwornie bezradna, i niemniej zaskoczona, niż mama,  że oto ostatnia krótka prosta.
Że nie możemy dla Pani nic zrobić. Że nie wiadomo ile. Że w rezultacie trzy miesiące.
Że umieranie może trwać raptem tyle, co nic. Że życie kończy się zaskakująco i przygnębiająco nagle i nie dając wyboru, nie rehabilitując się za wszelkie niewygody i udręki codzienne jeszcze gorszym, morderczym finiszem.

Przechowuję w pamięci tyle zarejestrowanych kadrów, dzień po dniu, sekunda po sekundzie,  wielokrotnie przeanalizowanych, rozebranych na jeszcze drobiejsze ułamki chwil, odłamki wrażeń, wwiercających się w oko, drażniących jak drobne drzagi pod skórą, ukłucia uczuć, ale i przez chwilę przyjemne ciepło spływające falą na kark i serce. Dławiące ciepło łez, wielkich jak gigantyczny groch więznący w gardle. Gdybym mogła, gdybym chciała je wszystkie opisać, powstałaby książka.

Książka o umieraniu z każdym wdechem i wydechem. O trzymaniu godzinami za rękę w pergaminowej skórze. O radości z przypływu apetytu, i o utracie ćwierci wagi w miesiąc. O lodach zjedzonych z mamą na pół. O zadziwającej jej bystrości w kartach, choć był to ostatni wysiłek umysłu, i nikt nie przypuszczał... O fizjologii, i zawziętości siłacza, by być samodzielną i niezależną, mimo że silna wola opuściła po kolei nogi, ręce, nawet język. O ostatnim urodzinowym torcie w piękny, słoneczny dzień. O niedzielnym cudzie z kawą o poranku - zachodzimy w głowę, jak mama dotarła do kuchni, by sobie ją ostatni raz zaparzyć. O kosmyku moich włosów wśród rzeczy bliskich jej sercu. O milionie drobiazgów, notatek, świątecznych kartek, które po kilka razy szlochając przejrzałam, nim zdecydowałam, co z nimi zrobię. O perfumach, których teraz ja używam. O poduszce, która do dziś nią pachnie, do której się tulę, i jej jedynej nie uprałam. O nie napoczętym kremie dla cery dojrzałej. O osieroconej czerwonej szmice. O zdjęciach  znalezionych w jej aparacie, jakby czas się cofnął o pięć, dziesiąć lat, kiedy wszystko było dobrze.
O mamie uśmiechniętej na nich, i tej wracającej we śnie z zaświatów.
Wreszcie o mamie - babci naszych synów - niezastąpionej Krabysi...

Byłaby to trudna książka o bardzo nieprostych relacjach dziewczyny z samotną mamą - zaradną, mądrą, gospodarną i pełną energii, ale zupełnie nie radzącą sobie z emocjami. Naiwnie dobrą, naiwnie poddańczą wobec mężczyzn, naiwnie ich idealizującą, słabą, bezbronną, zaborczą, silną. Zawiedzioną.
To by była opowieść - saga. Bo trzeba by zacząć od pradziadków. Nie pominąć wątku ubogiego  dzieciństwa,  biedniutkiej młodości i surowego wychowania. Musiałabym poskładać szczątki obrazów babci - mamy mamy, która nieodżałowanie wcześnie odeszła, a której dobroć obrosła w rodzinie  legendą. I tej dobroci, tego serca mojej mamie do końca bardzo brakowało.
Osobny ogromny rozdział poświęciłabym jej pedagogicznej ścieżce. jej uczniom i szacunkowi, którym ją obdarzali. Mojej o nich zazdrości, gdy poświęcała im każdą wolną chwilę. I mojemu podziwowi dla tej umiejętności bycia surową, wymagającą, kochającą i ciepłą zarazem.
Napisałabym też o swoim niegodzeniu się niemal do końca z wieloma kwestiami, które bolały, drażniły, powracały załamaniami, rozżaleniem. Niewybaczalne a przemilczane, bo wolałam nie roztrząsać, zasklepić w sobie tę gorycz, której źródło tkwiło hen, lata świetlne temu.
A teraz już nie mają znaczenia. Nie bolą, dziwnie ich nie czuję już. Może wolę nie czuć?
Czyżby to też nie miało już sensu?
Istotnie. Czuję, że to, co miało tak ogromny wpływ i na relacje z mamą i moje wybory, i życie całe niemal, teraz liczy się najmniej wobec tej pustki...

Będę z pewnością powracać do wątku mojego dzieciństwa, młodości i mamy. Jeśli nie tu, to w innej formie pisanej. Przeczuwam, że to może być skuteczna kuracja, póki do wiosny jeszcze tak daleko. I w tym też odnajduję sens. To dobrze, bo nie mogę być przecież do końca życia smutna i trwać w poczuciu beznadziei, bezsensu i bezbrzeżnego żalu do losu.

Niemniej tkwię w pustce, albo to ona rozsiadła się we mnie i na spółkę z tęsknotą i melancholią wypełnia serce.

Chyba pierwszy raz tak bardzo drobiazgowo i niepowściągliwie, tak wprost mówię o stanie żałoby, ale do tej pory jeszcze nie przepracowaliśmy żałoby po mamie męża. Może mi to, a pośrednio mojemu mężowi pomoże sie otrząsnąć z letargu i złości. Może kiedy się bezlitośnie wywrócimy na nice, oczyścimy do podszewki z żalu, jak strych z zalegających a nie używanych od lat rzeczy po zmarłych, do których strach było zajrzeć, żeby nie podejmować bolesnych decyzji - może będzie nam lżej iść dalej, mimo wszystko...

Załączam mamę. Świruskę, śmieszkę, wieczną "osiemnastkę" zachłannie towarzyską, szczodrą, Krysię - gadułę.
Jak dobrze jest móc mieć jej zdjęcie - na wszystkich możliwych ekranach i pulpitach.
Kiedy już inaczej nie można jej mieć.


Ściskam.
Wasza
lewkonia




poniedziałek, 8 lipca 2019

Nie piszę bo...

Źle i ciężko.
Bez nadziei.

Na każdego kiedyś spadła jak grom z jasnego nieba wiadomość, która przewróciła życie do góry nogami.
Nam zdarza się to już po raz trzeci, czwarty, nie zliczę.
Ciąg zdarzeń, lata całe wiecznych następstw dawnych zaszłości, cudzych decyzji, pomyłek losu. Kupa nieszczęść mniej lub bardziej poplątanych w niekończący się kłębek.

Ja wiem, ten kłębek, to życie.
Ale już brak mi sił, a muszę je mieć jeszcze długo. Jak długo, nie wiem.
Wszystko zawiesiłam na kiedyś, na potem. Odraczam własne życie, bo czyjeś wciąż wymaga
naprawy, wpada w wir. Dobiega kresu.

Czas się wyczerpuje, codziennie wycieka strumyczkiem, coraz cieńszym, słabnącym.
Zmęczenie, rezygnacja, otępienie, coraz płytsze oddechy.
Spać, spać, spać...

Tyle spraw do zakończenia, tyle rzeczy, którym brak codziennych rytuałów.
Ludzie, którzy tęsknią i się martwią.
A czas płynie wypłukując kruche szanse.

Muszę sprostać. Koło życia. Nihil novi.

Jestem, czuwam.
Krok za krokiem.
Brak mi łez.

wtorek, 2 kwietnia 2019

Przelotem...



Weekend w Poznaniu. Znowu stare ulubione kąty.

Króciutko, lecz odmładzająco,  jakby przez wrota czasu niedomknięte przecisnąć się i przebiec lekko, falując sukienką, przez park, mostek, plac znajomy.
Siąść na ławce w słońcu i chłonąć obudzone wspomnienia.
Uśmiech nie schodzi mi z buzi :)

Kocham to miejsce, jak kilka innych, lecz z innych powodów.
Poznaniu, wrócę nie raz do ciebie, do siebie, do nas :)













           






                             
                               

Wielkopolska pochodzeniem
Lewkonia :)

środa, 20 września 2017

Posłuchaj

      


Zapal świecę, włącz sobie tę płytę i przysiądź na chwilę ze mną w półciszy, półmroku.



Zrobił mi się niespodziewanie luźny wieczór. Mąż w delegacji, dom czysty, uczeń odwołał lekcje minutę przed umówioną godziną. A ja taka nieprzygotowana na ten luz, spokój i brak zajęcia. Owszem, jest książka, ale coś twórczego bym wolała. Na ogród za późno, na drutach nie dziergam, to może coś napiszę...

Kilka postów temu była jesień. Człowiek się nawet nie obejrzy, a tu mu się pory roku przestawiają, jak dekoracja sklepu. Pstryk, zerkasz na witrynę, a tu znów coś innego, kolory i fasony podług ostatniego krzyku mody.
Nie nadążam.

W zasadzie nie chcę pisać o rzeczach przykrych, ale słowo "przemijanie" ciśnie  mi się samo pod palce.

Otulam się w koc koloru pomarańczy i otwieram białe wino. Niech się snują dźwięki kojące, kojarzące ciepło z bliskimi osobami, niech mruga świeca.


Człowiek po przejściach, a któż dorosły nim nie jest, głębiej zanurza się w dobro strumykiem czasu niesione każdego dnia, dostrzega, co warta jest ta chwila, gdy zwyczajnie obiera ziemniaki, karmi psa, prasuje koszulę. Taki wieczór z myślami sam na sam zdarza się rzadko w codziennym porządku pędzących tygodni, i nie zawsze udaje się uchwycić tę czy inną refleksję. A przecież są, tylko przysiadają nam na chwilę na dłoni i odfruwają z okruchem czegoś niewysłowionego.
Czasem bywa, że uświadamiamy sobie tę myśl dopiero za jakiś czas. Ten moment, to skojarzenie z kimś, jakąś ważną dla nas tamtych, wtedy, tam - myśl, rzecz, nutę.
We mnie obudziła ją ta płyta kojarząca się z pewną osobą i czasem. I właśnie wreszcie mam sposobność jej się dokładniej  przyjrzeć, jak ważce na zwolnionym filmie.

Opiszę Wam ją.
Dlaczego dopiero dziś, choć tęsknota ta i czułe myśli powracają do mnie raz po raz od paru lat?
Może właśnie przez ten jesienny zapach ulotnej chwili, cierpkość smaku obaw o kogoś bliskiego w ustach, z którym znów ostatnio zasypiam, znany mi już piekący ból powiek powstrzymujących bezradne łzy. A które  i tak przebrną przez zasieki rzęs i popłyną.

Moje kajeciki  pewnie już znacie. Jeden z nich ma 12 lat. Choć  mogłabym przepisać notatki, spalić wraz z rozpadającą się okładką, porzucić wspomnienia już wyblakłe, to jednak otwieram go czasem z czułością, gładzę  i chowam obok listów Dziadka, zdjęć i rysunków odręcznych.
Jeden z zapisków powstał akurat we wrześniu. Rok 2005 pełen wzruszeń i spotkań.
Wracałam z Niemiec, w autobusie pełnym śmiechu, choć noc, otoczona młodzieńczą wiarą w jutro dalsze i bliższe, ale optymistyczne i wypełnione skarbami od losu.
Moim domem gościnnym ( po niemiecku - Gastfamilie) był po raz kolejny dom Eriki. Spędzałam u niej i jej rodziny kolejny tydzień  w ramach wymiany szkolnej. Jak zawsze przyjmowana z otwartymi ramionami, nie tylko u niej, jak bliska osoba, ciepło, z troską, z sercem. Każdy dom, w którym bywałam, był tak serdeczny, jak sobie nie wyobrażacie, myśląc "Niemcy". Może kiedyś napiszę o tym więcej.
Tymczasem wracałam smutna, bo choć nie od niej samej, dowiedziałam się o jej chorobie. Wtedy nie wiedziałam jeszcze jak podstępnej.

Pisałam więc:

"Już wracam. Za oknem morelowa połówka księżyca. Gwiazdy jak plwocinki na ciemnym płótnie nieba. Jak nieśmiałe iskierki nadziei. Na jutro, na zdrowie. Na zawsze.
Nie chcę jeszcze przekraczać granicy. Chcę móc patrzeć w oczy tych, których pokochałam. Których ręce ściskały mnie przed pożegnaniem. Pragnę siedzieć w ich ogrodzie na drewnianej ławce i mrużyć oczy patrząc przez liście drzew na słońce, w którym pobłyskuje babie lato. Słuchać śmiechu Eriki, mojej ukochanej, drogiej Eriki i cieszyć się każdym radosnym spojrzeniem, pełnym ciepła, szczerości i mądrości, takiej głębokiej i prostej.
Podążam czarną nitką do celu podróży, wpatrując się w pozłacane miedziane półkole....

Dnieje nad moją ojczyzną. Z różowomlecznej mgły wyłania się dukat słońca.  Takie szczerozłote, ciepłe, stęsknione, jakby trochę zaspane, wyprzedza nasz autobus wskazując wschód - kierunek, w którym muszę podążać, żeby być znów tą sobą, co zwykle. A we mnie drugie ja, już wyciszone, niecierpliwie będzie odliczać czas do maja. Jeszcze nie wróciłam, a już układam sobie w myślach treść listu do Niej....
Erika... Niemka... Subtelna, czuła, troskliwa, ciepła. Człowiek-anioł.
Język nie gra roli. Ani pochodzenie. Ważny  Człowiek. Dom, który stworzyła, miłość i rodzinna atmosfera.
Cisza, gdy jej potrzebujesz. Harmonia. Muzyka..."

To był niezwykły dom. Z ręcznie haftowanym obrusem, obrazami męża Eriki, szafą pełną płyt, skrzypiącymi schodami z kręconą poręczą. W szczegółach mogę odtworzyć kamionkowy czajnik na herbatę, wzór obicia sofy, ulubiony golf Eriki, widok z okna na piętrze na park.
Pamiętam wieczory z jazzem w tle, wspólne kucharzenie i niebieską ławkę pod sumakiem. Album z podróży do Toskanii. Opowieści o remoncie domu. Blond grzywkę nad niebieskimi oczami. Ręce zawiązujące apaszkę. Różowy żakiet. Jej piękne zmarszczki wokół ust.

Erika  odeszła wiosną tego roku nieodwołalnie.

A ja o niej chciałam już dawno...
Dziś się nie zastanawiałam nad tym wcale. Samo przyszło.
Zdjęć poszukam jutro.
Ale nadal nie piszę o przemijaniu.

Piszę o ponadczasowej przyjaźni. O tym, że można mieć serce podzielone na wiele fragmentów, które zostają w dalekich zakątkach świata przy tych, których się kocha, a w zamian wypełniamy tę lukę tym, czym nas wzbogacono i co nam spakowano w podróż powrotną. Wiedzą o tych ludziach i uczuciem, którego nie doświadczymy w innych okolicznościach.
Różnice wieku, kultury, charakteru, ani odległość się nie liczą.

Czasem chcesz i  możesz zrobić dla tej przyjaźni wszystko.
A czasem nie możesz nic zrobić.
I zostają Ci kartki świąteczne ze starannym pismem.
Zapis głosu w pamięci, recepta na quiche z porami, smak niemieckiego czarnego chleba, który codziennie pakowano Ci na lunch do szkoły.

Zbieram się do remanentu tych pamiątek. Do uwiecznienia swoich wspomnień na czymś trwałym i pięknym . Wciąż jest mi trudno napisać list do Helmuta i ich córek. Wciąż nie mogę pogodzić się z  tym, że jej nie usłyszę, nie przytulę.

Może dlatego opowiedziałam Wam ostatnio o Agnieszce, by przypieczętować mój bunt przeciw faktom, odwrócić tę złą passę i skierować dobrą energię Waszych myśli tam, gdzie jest teraz bardzo potrzebna. Wierzę w takie zaklinanie rzeczywistości, bo tam, gdzie jest wielka szansa na zwalczenie choroby, dobre myśli są drogocennym suplementem leczenia. Jestem tego pewna.

Moja świeca pokazuje północ, ale wina jeszcze trochę zostało.
Zatem ja tu jeszcze troszkę posiedzę.
Z tą muzyką i myślami.

Dobrej nocy, dobrego dnia


Lewkonia
















piątek, 8 września 2017

Proszę...






"Owszem, można sobie wybierać drogę,
ale nie ludzi, których się spotyka."  Artur Schweitzer

Konsekwentnie wybieram drogi z dala od tłumów, celebrytów, targowisk próżności, powierzchownego piękna, łatwizny, blichtru i taniochy. Unikam miejsc kipiących fałszem, woniejących zawiścią, zgrzytających obłudą, jak piasek w zębach.
Toteż ludzie, jakich na tych drogach spotykam, siłą rzeczy są przeciwieństwem powyższego. Ludzie z sercem na dłoni, z pasją życia, z empatią, pokorni wobec życia, ale nie wobec przeciwności losu.  W gronie moich przyjaciół i serdecznych koleżanek, znajomych i sąsiadów są ludzie otwarci na świat, na drugiego człowieka,  na nieznane, a czasem ryzykowne wyzwania. Od nich uczę się wciąż niezłomności, odwagi, optymizmu. Uczę się lojalności, i trwania w dobrej i złej chwili. Rezygnowania z siebie, z czasu, zachcianek, wygody, lenistwa. Pozbywam się balastu egoizmu, pychy, niecierpliwości.
Zawdzięczam im treść mych szarych dni, radość z każdego słowa, nieocenione porozumienie dusz, azyl w gradobicie, niejedno podniesienie się z upadku i niejeden plaster na serce. 
I świadomość, że zawsze i wszędzie mam na kogo liczyć, bo są cudowni. Tacy, jakich wybrał dla mnie szczęśliwą ręką los. 
Ten sam, który bywa równie ślepy i złośliwy zsyłając choroby i kataklizmy, nie oszczędzając nikogo, przechodząc przez czyjeś życie bezwzględnie jak drogowy walec.  

W tym roku jedną z moich przyjaciółek poturbował on szczególnie.  Cóż tu pisać - walka trwa,  Agnieszka ma w sobie siłę i wiarę, ma też wsparcie bliskich i przyjaciół. Wróg jest namierzony i pod kontrolą. A ja trzymam ją wirtualnie za rękę i robię, co robić należy.
Tak więc i tu piszę i proszę również Was o wsparcie. W końcu nie bez powodu stanęliście na mojej drodze.

Pragnę z całego serca, by ta tęcza znowu pojawiła się nad głowami Agi i Grzesia. Ale to dopiero początek dobrego zakończenia. Wiele siły, nadziei i co tu kryć, pieniędzy a także czasu potrzeba, byśmy mogły znowu kiedyś napić się winka za wiktorię. 
Tymczasem wrzućcie proszę grosik, zamieszczajcie, gdzie się da, linki ratunkowe,  i trzymajcie kciuki.
Pamiętajcie też, że zawsze możecie liczyć na mnie.


Aga i Grzesiu 2015
Tak niedawno beztroscy
Wasze Zdrówko :)



Życzę wam i Waszym bliskim zdrowia i spokoju
 
W imieniu Agi i Grzesia serdecznie dziękuję :) 

Kwiatuszki dla was:)



Całuję, Lewkonia








niedziela, 2 kwietnia 2017

Wiosna mnie zastała

Wieczne drżenie.
Takie to moje życie ostatnio.
Jedno dobrze, to drugie kiepsko.
Nie mogę się zdecydować, czy jestem bardziej szczęśliwa, czy nieszczęśliwa.
Na wszelki wypadek mam dołek.
I sny niepokojące, żeby za fajnie nie było.
Ale rano normalnie, jakby nigdy nic, wskakuję w kolorowe ciuszki, nawet rzekłabym zbyt kolorowe na 50+  i rzucam się w wir dnia.

Mimo czarnowidzenia wychwytuję barwne plamy z otoczenia i obrazki z natury.
Ludzkiej.
Panią, proszę pani, przeciskającą się  przez zakorkowane skrzyżowanie mojego miasta też. 
Można by ten obrazek wrzucić do szufladki - " głupia blondynka w czerwonym alfa romeo", gdyby nie ten czerwony paznokieć.
Widzę go z około 6 metrów. 4... 2... z mojej lewej... mija mnie. Wbija mi się w pamięć.
Piękny żelowy paznokieć na wyprostowanym środkowym palcu. Tuż za nim biegnie pani pogardliwie wykrzywiony uśmiech w niemniej krzyczącym karminie.
I już nie jest pani zwykłą głupią blondynką.
Pani się nie kwalifikuje do tej niewinnej kategorii.

Dla kontrastu pan.W drodze do mojej wsi.
Remont sporego odcinka głównej arterii miasta i mostu na niej zmusza nas, żyjących z pracy w mieście, a śpiących na wsi, do objazdów wioskami przyległymi, drogami zbyt wąskimi, by się mijać bez obawy o lusterka.
Pan jedzie ciągnikiem z przyczepą.
Na przyczepie normalnie, gnój, jak  co roku.

Przede mną ciągnik, za mną białe porsze. W zakręt można wejść tylko w pojedynkę. Ktoś musi się przyczaić z naprzeciwka, by dać susa w stronę przeciwną.
Na łuku drogi jest maleńki mostek, po drugiej stronie drzewa. I chodnik, którym chodzą dzieci na przystanek.
Porsze wyskakuje zza mnie, włączając dopalacze. Ja hamuję intuicyjnie, ciągnik hamuje i wpada na wąziutki chodnik, porsze wyje, i zostawia po sobie smród.  Zapach z przyczepy ciągnika to nic w porównaniu.
Nie dowierzam, że to dzieje się naprawdę. Trwa to sekundy, nie widzę kierowcy.
Ruszamy po chwili, ja łapiąc oddech, a ciągnik równowagę. Prawe koła bowiem grzęzną w świeżo posianym mikro trawniku przed czyimś domem. Tu niedawno był także remont. Jeżdżę co dzień i widzę i podziwiam.

Pan w ciągniku uratował pana z porsze.
A mógł zgnoić.
Wyprostować fucking palec z rolniczym pozdrowieniem.


                                                                ******

A u nas już trzmiele pod werandą brzęczą i na zwiady wylatują.
A wy? Poczuliście już miętę do wiosny? Ja dziś ogród ostrożnie głaskałam, strzygłam, skubałam z zimowych habazi i zrobiłam mu manicure. Sobie też muszę :) Bo mnie wiosna zastała bez paznokci i butów, jak zwykle:)

Pozdrawiam kolorowo!
Lewkonia :)

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Nowa JA :)

"Sztuka życia polega na tym, by tańczyć w deszczu nie czekając na słońce"

Ze zdwojoną mocą tych słów w głowie, z poczuciem wielkiego zwycięstwa nad strachem i niewiadomą, ale i ogromną pokorą, z mieszanką radości i ostrożnego optymizmu, z ogromnym apetytem na wszystko otwieram niniejszym nowy rozdział życia.

Ubyło mnie garstkę, tyle, co zamknąć w dwóch dłoniach. Ale duchem, duchem jestem jak góry wysokie, jak drzewo, co burzę ustało, jak ptak, co gniazdo uwije na wiosnę - nic mnie nie powstrzyma, by życiem się cieszyć od nowa,  pełniej, roztropnie  :)))

Dziś pierwszy spacer pod słońcem, po własnym podwórku, śnieg zjeżdża z dachów, niebo- lazur, a wróble nad głową, jak jaskółki :)

Czuję się cudownie, jakbym dostała cały świat w prezencie, a w duszy śpiewam sobie tak:





Pozdrawiam tanecznie :)))

sobota, 22 października 2016

Zza mgły

Wchodzę tu dziś jak do pokoju, w którym dawno temu ktoś inny mieszkał. Na krześle wisi rzucona bezładnie letnia sukienka, a tu już jesień, firankę wydyma chłodny wiatr, na stole wazon zaschniętych smętnie kwiatów dopełnia obraz zapomnienia.

Dawno nikt tu nie zapalał światła, nie siadał w fotelu. Nie tknął pióra.

Czuję się przedziwnie, obco, choć wiem, że to moje miejsce. Przedziwnie obco spogląda na mnie moje własne odbicie w lustrze. Wracam z daleka, choć byłam tuż za ścianą.

Czasem wydaje mi się, że nie pisząc nie żyję do dna siebie, pływam po powierzchni dni, dobijam do wieczora resztką tchu, notując pośpiesznie w nietrwałym materiale pamięci wszystko co dobre. Książki, dźwięki, obrazy.
To złe jednak mocniej się samo odciska i na dłużej zostaje. Czyjeś słowa, lub ich brak w istotnych chwilach zapamiętuję najdłużej.

Ostatni miesiąc z okładem przepotwarzałam się.
Jestem bledsza, kruchsza, przezroczysta. Nic dziwnego, że lustro mnie nie poznaje.
Nigdy dotąd nie czułam się tak źle we własnej skórze, choć, paradoksalnie, czuję się tak dobrze i lekko w porównaniu z przedtem.
Przypomina mi ten stan baśń o drewnianych trzewiczkach.

Doceniam życie.

Pięknie mi w zieleni. Zielone mam kręgi pod oczami. Zielone żyły i sukienkę.

Jesień w ogrodzie, w górach i we mnie. A każda ma tak inny wymiar....

Dziś nie napiszę więcej, bo pisze mi się smutno.
A tyle mam pod tym dywanem z opadłych smutków ciepłych, dobrych wspomnień.
Wydobędę.
Tylko odpocznę.




wtorek, 10 maja 2016

Z ogłoszeń drobnych

Komu...
drewniane korale, krem nivea, nóż do chleba, czarny kapelusz, pończochy z oczkiem, spódnica w kwiaty - używane, zadbane

Kto przygarnie: Panią Bovary,  chustkę jedwabną, złoty pierścionek, maść na odciski, broszkę z bursztynem – pilnie!

Powierzę bezzwrotnie na wieczną pamiątkę pudełko włosów i mlecznych zębów dzieci, zdjęcia w gronie bliskich, zeszyt z przepisami

Zaufanemu - oddam z żalem wielkim bagaż wszystkich wiosen, dobytek ruchomy i pamięć mą całą

Zbędę ciężar z piersi, strach i zagubienie, od zaraz i z ulgą

Skórę jak u pisklęcia na garsteczkę prochu – zamienię ... na zawsze

Basia







piątek, 20 lutego 2015

Za jakie grzechy?!

Jakie będą Rzeczypospolite?
Dlaczego tak durne młodzieży chowanie?
Czy kiedyś w sejmie zasiądą wyłącznie światli ludzie?
Skąd tylu flejtuchów w Polsce?
Kto tak źle wychował nam elity?
Co z tą Polską?
Do czego zmierza świat?

KONIEC Z TYM!
Przestałam martwić się i wściekać na rzeczy, na które nie mam wpływu. Niech martwią się Ci, którzy się kompromitują durnymi decyzjami, intelektualnym dnem i brakiem moralnego kręgosłupa
Nie oglądam telewizji od paru miesięcy. Jeden serial. Czasem siesta w niedzielę z HBO. Taki efekt tego bajzlu, który gdzie okiem siegnąć.
Niech mi nikt nawet NIE WSPOMINA o politykach, celebrytach, górnikach, blokadach dróg i innych.
Ja tu mam w domu własną jazdę bez trzymanki, z alzheimerem, ślepotą, głuchotą, demencją, nowotworem i paroma jeszcze !
I niech mi nikt nie wspomina nawet o CHOROBACH! Niech nie jęczy, nie delektuje się bólem, nie rozsnuwa porywających wizji schorzeń i ich historii, bo póki się rączkami i nóżkami rusza, trzeba spierniczać jak najdalej od tematów, które nijak człowieka na duchu i zdrowiu nie podniosą.

Co poradzisz? NIC!
Na oba powyższe.

Zamartwianiem się, współ-stękaniem i licytowaniem. Kto głupszy, kto chorszy, w którym kraju byłoby nam lepiej, i kogo bardziej napieprza nerka.- NIE PORADZISZ.

Gdybym mogła, zwiałabym na drugi koniec galaktyki. Już natentychmiast, z walizką czy bez.
Byle uciec od krzyżowego ognia wiecznie ujadających telewizorów starszyzny i ciagłego utyskiwania, czarnowidztwa, niezadowolenia z życia w ogóle.
Ale nie mogę. Jestem TĄ, CO MOŻE WSZYSTKO. Ale nie to.

Więc się odcinam. Od mediów (poza blogami) od fejsbuków (nigdy mnie tam nie było zresztą) od rozmemływania w tysięcznym geriatrycznym monologu, kto na co i od kiedy chory, od zaplutych obelgami tabloidów, stron www i ulotek przedwyborczych, od wszelkiego bagna, w które NIE MUSZĘ wdeptywać, bo po co mi to???
I coraz bardziej doceniam to, że umiem się cieszyć byle czym i coraz mniej przejmować pierdołami.

Uciekam też od ludzi, z którymi stykam się chcąc nie chcąc na przystanku, w pracy (OCH!!! Ile tu nieszczęśliwych marud!!!), w sklepie, na imprezie, którzy skutecznie potrafią obrzydzić wszystko, co jeszcze mi pięknego na tym świecie zostało, a którym najchętniej podsunęłabym pod nos taką oto opaskę:


To co? Koniec gadania! Nie jęczeć!
DO ROBOTY!
Okna myć!
I niech mi nikt nawet NIE PRÓBUJE włączyć ŻADNYCH wiadomości!!

A na odreagowanie stresów i wyleczenie się z naszych polskich zapyziałych porosłych mchem kompleksów polecam DOBRE KINO. Zaopatrzcie się w chusteczki, bo łzy lecą ciurkiem.
Ze śmiechu:))))


Wrzućcie na luz jak Lewkonia:))) Dacie radę!



niedziela, 25 stycznia 2015

Iść na Carte blanche? Nie widzę inaczej!

Od tygodnia mam tytuł posta i kilka jego wersji w głowie, i nim poszłam w piątek na film, już wiedziałam, że muszę o nim napisać, tymczasem doszłam do wniosku, że nie odniosę się do samej treści, że po prostu was wyślę do kina.
Historia jest już wszystkim znana, więc fabuła nie będzie zaskoczeniem. Za to gra obrazu, słów i dźwięków zasługuje na osobisty odbiór i własną refleksję.
Wbrew jakiejś pseudorecenzji, którą przeczytałam już po seansie szukając linków do muzyki ( świetna!), nie widzę problemu w niedomówieniach, niedosłowności niektórych scen, "anemicznym " romansie, czy przypudrowanej szkolnej rzeczywistości. W filmie nie zawsze musi być, jak w życiu, a poza tym trzeba zaufać widzowi, który w kinowej sali uruchamia swoją wrażliwość, inteligencję i empatię, dzięki którym sobie na swój sposób dopowie to, czego nie widać.
Nie wiem też, w którym momencie można tu dostrzec hollywoodzką manierę, obawiam się, że albo się nie znam, albo to nasze narodowe kompleksy, by mówić o jakichkolwiek odniesieniach, szukać porównań i oceniać film głównie przez pryzmat tych wszystkich technicznych dyrdymałów, zamiast skupić się na samym problemie i emocjach bohaterów oraz grze aktorskiej. Oczywiście pewne chwyty reżyserskie, ujęcia kamery, świetny montaż i obraz, a od pewnego momentu coraz bardziej dominujący dźwięk (który także należy wyróżnić ) mają niebagatelne znaczenie i są moim zdaniem świetnie dostosowane do treści, którą ilustrują.
Wreszcie westchnę sobie jeszcze do Andrzeja Chyry, którego każda kreacja jest autentyczna, jego nienachalny styl gry nie odbiera postaciom indywidualności, a który z wiekiem nabiera smaku jak dobry koniak.
 Zaś muzyka Lucewicza, którego niestety mogę polecić tylko ze ścieżek dźwiękowych innych jego produkcji, jak Bokser, Miasto 44 czy Przyjaciółki, spaja w całość tę niebanalną, lecz jakże życiową fabułę.
Idźcie więc na ten film z nastawieniem, iż nie jest to na szczęście żadna superłzawa superprodukcja, ale dobry film z ważną treścią.

Ja poszłam na ten film w ramach prywatnej walki z osobistym wrogiem, która z początku była bezsilnym buntem trzylatka,  słabymi piąstkami okładającego dryblasa, który mu zabrał i wypatroszył misia. Bunt kompletnie bezowocny, okraszony łzami rozgoryczenia, bezsensowny.
I przyszedł dzień, w którym przeobraził się w mobilizującą złość, taką, która mocno wali przeciwnika w pysk, hartuje i trzyma w pionie, nie odpuszcza, zmusza do kreatywności, utrzymuje w przeświadczeniu o mnogości rozwiązań, których się we mgle rozpaczy nie dostrzega. Tej złości - budującej, nie destruktywnej, niepokornej i niegodzącej się z rzeczywistością, dałam swoistą carte blanche do działania.
Taka złość nie uziemia jak rozpacz, nie podcina skrzydeł, jak niemoc, nie wciska w kąt, jak brak woli, nie łamie nas, jak byle podmuch liche źdźbło.
I gdybym miała jednak odnieść jakiś element tytułowego filmu do mojego życia, jak i życia wielu z nas, posłużyłabym się jednym cytatem:
"Człowiek, ktory żyje jak zboże, staje się słomą historii."
Pusty, pozbawiony treści  i pojedynczego swego sensu żywot, element stosu, sucha słomka, nędzna trzcinka bez wiary w swoją siłę, która się niczym z tego stosu nie wyróżnia, której na niczym nie zależy, czy warta jest, by ją zauważyć? By o niej napisać książkę? By opowiedzieć film?

Nie będzie pointy, poszukajcie jej sami. (A może to właśnie pointa była?)


                                         Dwaj panowie B, ten prawdziwy i ten z filmu

PS. Mieć takich nauczycieli być takim nauczycielem.....

PS. dodaję link od Fibuli do audycji radiowej - wywiadu z reżyserem ( za pozwoleniem)
http://www.polskieradio.pl/8/296/Artykul/1356626,Carte-blanche-Niezgoda-na-to-co-nieuniknione 

środa, 31 grudnia 2014

Drogie moje!
Zaryzykuję, że same płcie żeńskie u mnie bywają, ale w razie czego, mili moi również:)

Patrzę sobie od chwil paru w wasze podsumowania i remanenty i ... boję się wypowiedzieć na głos, co myślę o mijającym roku. Bo marnie wypadł. Bardzo marnie.
A miał to być mój rok, jako że jestem LEW z roku KONIA, a tysiące lat temu jakiś mały Chińczyk swoim małym chińskim pędzelkiem wymalował kiedyś dla mnie prognozę życia taką, że będę stąpać, wręcz kłusować przez życie z rozwianą grzywą i pięknie podkuta, z gracją biorąc przeszkody i lądując zawsze szczęśliwie, zwłaszcza w roku pańskim końskim.

Tymczasem kopytkami ledwo ciągnę, podkowy gubię i daleko mi do dumnie i prężnie wyciągniętej szyi.
I nie narzekam tu na brak złotego żłobu,  czy obroku bądź rzędu z najwyższej półki, bo koniki skromne są i do stanu posiadania wagę małą przywiązują, ale jak mi w stadzie co rusz ktoś zaniemaga ( jest takie słowo?), jak mi się tajfuny nad stajnią co rusz  cały rok przetaczają, jak jakieś złe moce kopytka pętają, to wybaczcie, ale sobię zarżę szpetnie!!!!!

Niech sobie idzie i nie wraca ten 2014. Koniec tego ... złego!

Dziś uczczę mijający lew-koński rok ( chociaż w chińskim wydaniu ma jeszcze miesiąc życia ) dużą dawką znieczulaczy, zapominaczy i rozluźniaczy, w dresie i bez makijażu. Niech sobie nie wyobraża, że mi go żal.
Zwłaszcza, że w ostatnim bryknięciu jeszcze zagrał mi na nosie typując liczby, których po raz pierwszy od kilkunastu lat....nie wysłałam.

OD  DZIŚ nie wierzę  w horoskopy i szczęśliwe liczby, spadające gwiazdy i spełniające się przepowiednie.

No może jeszcze w marzenia malutkie, tycie takie, żeby ich wcale nie było widać, ale żebym JA wiedziała, że je mam, bo gdy je głośno wypowiem, to jeszcze jakiś złośliwy troll gwizdnie.

Zaś wszystkim ciężarnym Chinkom, co się ścigają z czasem, by ich dziecko przyszło na świat przed 19.02.2015, życzę, by jednak znak Konia przyniósł maluszkom, co obiecuje, kiedyś w przyszłości.

Mimo wszystko mam swoją listę dobrych zdarzeń mijających 12 miesięcy. I powiem na ich temat tylko jedno zdanie: wszystkie je zawdzięczam LUDZIOM, którymi mnie los obdarzył.
I bez Was również, Kochane, dużo ciężej byłoby przetrwać.
Za każde słówko, każdy uśmiech przez łącza, każdą myśl mi posłaną telepatycznie, każdy okruch pamięci -serdecznie DZIĘKUJĘ!

DOBREGO ROKU OWCY życzę, dużo zdrówka, szczęścia rodzinnego, i dobrej pracy, co daje wymierne owce... tfu, owoce.
Ale nie wierzcie w horoskopy.
Ja je wykorzystuję raczej, by mieć na co zwalić całą winę za to, że jest gorzej, niż (przecież) miało być:)




Pozdrawiam i do przyszłego roczku!
Lew-konia;))))

wtorek, 23 grudnia 2014

With a little help from my friends

Miało być o moich nieprzygotowaniach do świąt, o braku światełek,  drzewka, błyskotek, o wyczerpaniu, przygnębieniu, przeprowadzkach i zgryzotach, które skutecznie wyssały ze mnie resztki energii oraz poczucie sensu całej tej bieganiny i wyścigach z samą sobą, by był ten cholerny karp, jemioła, pierniki i cała reszta jak zwykle. Bo nie będzie tak jak zwykle. Nie będzie jak kiedyś, ani na zewnątrz mnie, ani wewnątrz.
Zapalę świeczki, zrobię stroik, z małą pomocą przyjaciół pojawi się tu i tam piernikowe serce, może nie zapomnę o sianie pod obrusem. Ale nie czuję radości z nadchodzących dni, ani ulgi, ani nadziei. Karpia zastąpi zwykły mintaj, uszka "kupne", symboliczny śledź i barszcz, jak zresztą wszystko w symbolicznych ilościach, nie zagłuszą przynajmniej swym brakiem przesady myśli własnych, serca bicia i dźwięków brzmiących w głowie.
Jeszcze wczoraj słuchałam ich z radością, bo kołysały , utulały, koiły, dziś kolejny to powód do łez. I chyba zamiast kolęd mam jedno pragnienie - słuchać Joe i wyobrażać sobie, jak w jego nowym Big Sky Country musi być pięknie.
Jeśli wierzyć, to na pewno w to, że jest niebo, i jest tam Muzyka. Moja wielka miłość, Joe, od dziś już  tylko z płyt. Jeszcze i to, Boże,  niech jeszcze i to:(((



sobota, 15 listopada 2014

Pisane na ławeczce

O nie, nie będzie tak codziennie. Pewnie chwilowo, przejściowo, na skutek pogody etc. wróciłam do pisania. To kiedyś kiedyś była moja ulubiona czynność, dzięki której w szczęśliwych dla mnie okolicznościach otworzyło się dla mnie parę okienek w cudzych domach i serc. W niektórych pomieszkuję do dziś, niektóre mają u mnie stałe miejsce mimo rozstań, rozdroży, milczenia.
Ale nastąpił taki etap w naszym życiu, że trzeba przewartościować wszystko, nawet to, co to serce krzepiło. Porzucić marzenia, może nawet dawne nadzieje, a znaleźć nowe, realniejsze, krótkoterminowe. I nie, że nie potrafiłam dotąd doceniać chwili, cieszyć się momentem, chwytać w locie każdej niepozornej niteczki jaka mogła okazać się początkiem czegoś ważnego. Potrafiłam. Docenić. Podziwiać. Czekać. Wierzyć. Bogudziękować. Rezygnować. Zasłużyć sobie. Umiałam.
Odmówić sobie wiele, obiecać sobie, że kiedyś to ja jeszcze..., że przecież i tak jest dobrze, choć nie najlepiej. Ale nie najgorzej i oby gorzej nie było. Zęby zacisnąć, rękawy zakasać, brać odpowiedzialność.
No i znów muszę zatrzymać taśmę, stanąć obok i zrobić remanent. Co jeszcze mi zostało. Co oddać nie bez żalu i jak to zrobić, by żal był jak najmniejszy. Jak nie wybiegając zbyt wprzód, bo niepodobna, jakoś jednak przewidzieć i przedsięwziąć środki, by mogło być w miarę do zniesienia.
Życie bez, życie z, i mimo. Ja to potrafię. Poukładam. Potrzebuję tylko czasu i nowej wiary w swoje siły.
Zaczęłam od basenu. Bo po pierwsze muszę znaleźć czas tylko dla mnie. Bo dom, ten dom, który miał mnie wchłonąć i przygarnąć wraz z moimi myślami, tęsknotami, marzeniami, już mi nie daje azylu, choć ledwo zaczął istnieć. To teraz azyl dla innych.
Pływam tylko z sobą. Wokół mnie woda. Pod wodą cisza.
Mam czas.
Godzina to mnóstwo chwil do pomyślenia. To milion impulsów, a każdy może przynieść olśnienie.
Doznałam.
Żyję!
Najważniejsze, że tyle jeszcze mogę w życiu zrobić. Także dla siebie.
Właśnie.
Intensywnie myślę wypuszczając powoli powietrze, każdy bąbelek to nowa myśl.
Zrobię to.
I to. I to.
Dla siebie.
Nawet, jeśli ta rzecz będzie tak nietrwała i błaha jak wczorajsze babie lato. Ale będzie miała znaczenie. Symboliczne. Dla mnie.

Ostatnio czytam niewiele, nie doczekuję nawet 22, czasem i wcześniej padam ze zmęczenia. Dziś odespałam bezsenną noc, w której nawet nic mi się nie myślało, po prostu przekulałam się po łóżku do rana. Toteż odespałam po południu. Niech się nawet wali, pali, a niektórzy chodzą skwaszeni - dziś nie byłam damą do towarzystwa.
I co tu robić, jak noc taka piękna?
Toteż czytam.
Odkrywam piękno blogów na nowo. Znajduję treści, których mi potrzeba. Bo wciąż w tyle głowy pytanie - jak mam tą łodzią sterować dalej? Zakopać się w muł, czy szukać wyspy szczęśliwej? Czy istnieje? Skąd brać energię?
Jak żyć?
Może kiedyś podzielę się tym, co dziś znalazłam. Ale.Tu znalazłam natchnienie.
 ........

Zdjęcie jakieś na dobranoc?

Proszę bardzo

Lewkonia w angielskich ogrodach:


Ostatnie dalie tego "lata":


Piękność z warzywniaka:

.


PS. Kto zaglądał tu w poprzednim mym życiu, wie, co oznacza ta ławeczka. I nie miejcie żalu, jak kiedyś nie znajdę czasu i sił.
Pozdrawiam
eL



polecam

Ojcowie i córki

 Przeczytałam kiedyś, że wszyscy jesteśmy zranionymi dziećmi. To zdanie wraca do mnie w gorszych momentach i im jestem starsza, tym głębiej ...

ulubione