niedziela, 22 marca 2015

Nie nadążam

Wiosną nigdy nie da się nacieszyć, jak należy. Każdej wiosny, odkąd żyję bliżej natury, gdzie mam swoje własne gałęzie do głaskania, trawę do czesania i kwiaty do wąchania, uzmysławiam sobie po stokroć bardziej, ile mi umyka.
Dziś na przykład mimochodem zerkam przez okno, i mimo przykurzonych szyb ( a w ostanim poście je przecież myłam , dowód wpis poniżej) i mimo szarości powietrza, widzę ... pączki na wiśni. Dwa dni temu w tym miejscu, gdzie dziś wykluwają się seledynowe pulsujące radością listki, nabrzmiewały wypukłe wyrostki, jak zalążki rogów u młodych koziołków, a dziś te listki.
A może to było ... tydzień temu?



No właśnie. Czas staje się potoczkiem rwącym, jak po wiosennej burzy. Z każdą chwilą może się coś zmienić, i to tak niezauważalnie znienacka, że w sercu powstaje równocześnie bezbrzeżny zachwyt i lekko kłujący zawód, że przecież na chwilkę tylko odwróciłam wzrok. Takie cuda, takie misterium mnie ominęło.
Dlatego tak lubię filmy przyrodnicze, z przyspieszoną poklatką, gdzie dzięki żmudnym obróbkom "na moich oczach" z hukiem otwiera się nasionko, pękają z trzaskiem łuski wyzwalając z okow soczystą zieleń listka, jak korek od szampana wystrzela pączek, a płatki kwiatów sprężyście i miękko wypływają jak taftowe suknie haute couture. 
Takie cuda właśnie dzieją się, gdy nie patrzę, biegnąc od dnia do dnia, z myślą, że gdy będę miała chwilę, to zanurzę sięz rozkoszą w tę świeżość i świergot i szelest i miękkość młodziutkiej wiosny. 
Ale co rok tylko sobie obiecuję tych chwil mieć więcej na wiosnę, a tymczasem wciąż tydzień galopuje za tygodniem, nagle przychodzi kolejny weekend, a z nim ... SZOK, ile zmian.
Nie licząc obowiązkowo, choć z przyjemnością, odwalonych robót ziemnych, pielęgnacyjnych i porządkowych, na rozkoszowanie się budzącą się z sekundy na sekundę do życia przyrodą zwyczajnie brak czasu. Toteż postanawiam sobie codzień coś rejestrować i choć kwadrans poprzytulać się do drzewa, popatrzeć w trawę i posłuchać co w niej piszczy.
Czasu brakuje mi zresztą w każdej płaszczyźnie, bo i na pisanie sobie a muzom tegoż pamiętniczka, tak miłe i relaksujące, wciąż go brak, a może bardziej brak świeżości umysłu. Pomysły rodzą się co dzień, niczym gwiazdki na niebie, nowe i gotowe się tu pięknie zaprezentować  i utrwalić dla potomności, ale... zasypiają zawiedzione i ofochane odłożone przez zabieganą i zmęczoną panią "na potem".
Toteż nie obiecuję (sobie), ale muszę się lepiej zorganizować między pracą, pracą a pracą i mieć zawsze naładowane akumulatory. Aparatu:))))

I trzecia mała obietnica, a nawet potrzeba wewnętrzna - założyć sobie na nowo  zewnętrzne archiwum przemian domowych. Skasowane posty odświeżę w okrojonej formie, bo zdjęcia mam w ilościach mega hurtowych,a przy okazji trochę je  uporządkuję :))) 
Ile się naszymi rączkami od lat ... OŚMIU?????!!! ( kiedy, NO KIEDY ten CZAS PRZELECIAŁ????) zmieniło, przeobraziło, nabrało upragnionych kształtów i zbliżyło do wyobrażeń o sielskości, wiejskości, swojskości własnej - nie do opowiedzenia w paru słowach, więc będzie tu sporo do pooglądania.
Zatem choć niechronologicznie - dziś obiecana skrzynia po przeglądzie i małym odświeżeniu w dziennym swietle. A przy okazji tulipany, od których zaczęła się myśl "napiszę dziś o wiośnie:)", a których uroda na wiosnę jest niczym smak letnich truskawek - nie do podrobienia o innej porze roku:))))










PS. Wiosennie obiecuję sobie jeszcze wizytę u okulisty. Bo jak widać, ostrość zdjęć pozostawia do życzenia, i dopiero w duuużym formacie widzę szczegóły, a właściwie ich brak. A na wiosnę zwłaszcza o te SZCZEGÓŁY i ich radosne dostrzeganie właśnie chodzi :))) Czego i Wam serdecznie życzę:)))

lewkonia