niedziela, 25 stycznia 2015

Iść na Carte blanche? Nie widzę inaczej!

Od tygodnia mam tytuł posta i kilka jego wersji w głowie, i nim poszłam w piątek na film, już wiedziałam, że muszę o nim napisać, tymczasem doszłam do wniosku, że nie odniosę się do samej treści, że po prostu was wyślę do kina.
Historia jest już wszystkim znana, więc fabuła nie będzie zaskoczeniem. Za to gra obrazu, słów i dźwięków zasługuje na osobisty odbiór i własną refleksję.
Wbrew jakiejś pseudorecenzji, którą przeczytałam już po seansie szukając linków do muzyki ( świetna!), nie widzę problemu w niedomówieniach, niedosłowności niektórych scen, "anemicznym " romansie, czy przypudrowanej szkolnej rzeczywistości. W filmie nie zawsze musi być, jak w życiu, a poza tym trzeba zaufać widzowi, który w kinowej sali uruchamia swoją wrażliwość, inteligencję i empatię, dzięki którym sobie na swój sposób dopowie to, czego nie widać.
Nie wiem też, w którym momencie można tu dostrzec hollywoodzką manierę, obawiam się, że albo się nie znam, albo to nasze narodowe kompleksy, by mówić o jakichkolwiek odniesieniach, szukać porównań i oceniać film głównie przez pryzmat tych wszystkich technicznych dyrdymałów, zamiast skupić się na samym problemie i emocjach bohaterów oraz grze aktorskiej. Oczywiście pewne chwyty reżyserskie, ujęcia kamery, świetny montaż i obraz, a od pewnego momentu coraz bardziej dominujący dźwięk (który także należy wyróżnić ) mają niebagatelne znaczenie i są moim zdaniem świetnie dostosowane do treści, którą ilustrują.
Wreszcie westchnę sobie jeszcze do Andrzeja Chyry, którego każda kreacja jest autentyczna, jego nienachalny styl gry nie odbiera postaciom indywidualności, a który z wiekiem nabiera smaku jak dobry koniak.
 Zaś muzyka Lucewicza, którego niestety mogę polecić tylko ze ścieżek dźwiękowych innych jego produkcji, jak Bokser, Miasto 44 czy Przyjaciółki, spaja w całość tę niebanalną, lecz jakże życiową fabułę.
Idźcie więc na ten film z nastawieniem, iż nie jest to na szczęście żadna superłzawa superprodukcja, ale dobry film z ważną treścią.

Ja poszłam na ten film w ramach prywatnej walki z osobistym wrogiem, która z początku była bezsilnym buntem trzylatka,  słabymi piąstkami okładającego dryblasa, który mu zabrał i wypatroszył misia. Bunt kompletnie bezowocny, okraszony łzami rozgoryczenia, bezsensowny.
I przyszedł dzień, w którym przeobraził się w mobilizującą złość, taką, która mocno wali przeciwnika w pysk, hartuje i trzyma w pionie, nie odpuszcza, zmusza do kreatywności, utrzymuje w przeświadczeniu o mnogości rozwiązań, których się we mgle rozpaczy nie dostrzega. Tej złości - budującej, nie destruktywnej, niepokornej i niegodzącej się z rzeczywistością, dałam swoistą carte blanche do działania.
Taka złość nie uziemia jak rozpacz, nie podcina skrzydeł, jak niemoc, nie wciska w kąt, jak brak woli, nie łamie nas, jak byle podmuch liche źdźbło.
I gdybym miała jednak odnieść jakiś element tytułowego filmu do mojego życia, jak i życia wielu z nas, posłużyłabym się jednym cytatem:
"Człowiek, ktory żyje jak zboże, staje się słomą historii."
Pusty, pozbawiony treści  i pojedynczego swego sensu żywot, element stosu, sucha słomka, nędzna trzcinka bez wiary w swoją siłę, która się niczym z tego stosu nie wyróżnia, której na niczym nie zależy, czy warta jest, by ją zauważyć? By o niej napisać książkę? By opowiedzieć film?

Nie będzie pointy, poszukajcie jej sami. (A może to właśnie pointa była?)


                                         Dwaj panowie B, ten prawdziwy i ten z filmu

PS. Mieć takich nauczycieli być takim nauczycielem.....

PS. dodaję link od Fibuli do audycji radiowej - wywiadu z reżyserem ( za pozwoleniem)
http://www.polskieradio.pl/8/296/Artykul/1356626,Carte-blanche-Niezgoda-na-to-co-nieuniknione