sobota, 22 października 2016

Zza mgły

Wchodzę tu dziś jak do pokoju, w którym dawno temu ktoś inny mieszkał. Na krześle wisi rzucona bezładnie letnia sukienka, a tu już jesień, firankę wydyma chłodny wiatr, na stole wazon zaschniętych smętnie kwiatów dopełnia obraz zapomnienia.

Dawno nikt tu nie zapalał światła, nie siadał w fotelu. Nie tknął pióra.

Czuję się przedziwnie, obco, choć wiem, że to moje miejsce. Przedziwnie obco spogląda na mnie moje własne odbicie w lustrze. Wracam z daleka, choć byłam tuż za ścianą.

Czasem wydaje mi się, że nie pisząc nie żyję do dna siebie, pływam po powierzchni dni, dobijam do wieczora resztką tchu, notując pośpiesznie w nietrwałym materiale pamięci wszystko co dobre. Książki, dźwięki, obrazy.
To złe jednak mocniej się samo odciska i na dłużej zostaje. Czyjeś słowa, lub ich brak w istotnych chwilach zapamiętuję najdłużej.

Ostatni miesiąc z okładem przepotwarzałam się.
Jestem bledsza, kruchsza, przezroczysta. Nic dziwnego, że lustro mnie nie poznaje.
Nigdy dotąd nie czułam się tak źle we własnej skórze, choć, paradoksalnie, czuję się tak dobrze i lekko w porównaniu z przedtem.
Przypomina mi ten stan baśń o drewnianych trzewiczkach.

Doceniam życie.

Pięknie mi w zieleni. Zielone mam kręgi pod oczami. Zielone żyły i sukienkę.

Jesień w ogrodzie, w górach i we mnie. A każda ma tak inny wymiar....

Dziś nie napiszę więcej, bo pisze mi się smutno.
A tyle mam pod tym dywanem z opadłych smutków ciepłych, dobrych wspomnień.
Wydobędę.
Tylko odpocznę.