czwartek, 28 lipca 2016

Podróżą nasza miłość jest...

Właściwie za ten post wystarczyłyby słowa piosenki, która niezmiennie wzrusza mnie i zachwyca.
Wszystko w niej jest prawdą, i słowa i melodia, i głos Alicji Majewskiej. Żadne inne wykonanie nie dorównuje temu, które Wam przypominam pod postem.

Szczególnie ostatnie dni skłaniają mnie do refleksji, a ten utwór najpiękniej je podsumowuje, cóż dodać.... Słuchając jej znów czuję łaskotanie w gardle i gęsią skórkę. Bo...


Motyw podróży ma dla mnie i mojego męża nierozerwalny związek z naszym małżeństwem.
Poznaliśmy się 31 lat temu w ... pociągu relacji Łódź - Szczecin.
Przez kolejne kilka lat mąż mój dojeżdżał do mnie, a ja do niego, choćby na kilka godzin, pokonując kilkaset kilometrów, a to Kalisz - Poznań, a to Sieradz - Opole, by osiąść w tym ostatnim na stałe.
Ale rozstania i powitania, podróże służbowe i wędrówki ludów na tym się nie zakończyły. Wręcz nabrały rozmachu :) Z racji zawodu bywało, iż mąż pół roku przebywał poza domem.
Przeprowadzaliśmy się 3 razy.
Synowie nasi przychodzili na świat pod jego nieobecność, a gdy tylko zdołał urwać się ze służby i ich uścisnąć po raz pierwszy, znów na gwizdek pędził z "walizką" do koszar lub w siną dal. Na 5 miesięcy :)
I choć ten etap mamy już za sobą, wciąż, po 30 latach bycia w stadle, lubimy się przemieszczać. Dokądkolwiek, nawet niedaleko, byleby nie siedzieć stale w miejscu.


 Trochę to może się wydawać nielogiczne, skoro kupiło się dom, wypieściło go z wielkim trudem, założyło ogród i umościło w przytulnym miejscu - po licho gdzieś wyjeżdżać? Otóż - po ... emocje. Wrażenia. Wspomnienia. I bycie razem pod innym niebem, by sprawdzić, czy tam też potrafimy być szczęśliwi ze sobą.
Gdybym miała komuś dać receptę na scalenie związku, to właśnie odkrywanie razem nowych miejsc i zajęć, które łączą, poszukiwanie wspólnych zainteresowań i aktywności, towarzyszenie sobie w zajęciach, które być może jednej ze stron nie wydają się pasjonujące, a jednak stać u boku, dotrzymywać kroku i cieszyć się radością drugiej osoby i jej towarzystwem. Idealna sytuacja to ta, gdy oboje lubią to samo, i nie muszą się do niczego przekonywać. No, my akurat ideałami nie jesteśmy:) Dość powiedzieć, że mój entuzjazm co do spontanicznych wypadów w nieznane i poznawanie miejsc i ludzi niekoniecznie mojemu mężowi odpowiada i czasem mam wrażenie, że najchętniej wysłałby mnie w to nieznane samą, jednak cóż znaczy prawdziwy dar przekonywania:)


W tym roku, na nasze perłowe gody ( nie do uwierzenia, że aż tyle) porwałam męża na Kaszuby, a w drodze do domu w jeszcze jedno piękne miejsce.
Pierwszy etap, to Swornegacie. Mała cicha miejscowość w sąsiedztwie Borów Tucholskich, nad jeziorem połączonym z paroma innymi. Naturalną rzeczą zatem jest, że niemal wszyscy turyści próbują swoich sił w kajakach. Więc i my - pierwszy raz razem! - pływaliśmy kajakiem. I ... UDAWAŁO NAM SIĘ :)
A jaką mieliśmy radochę, ile śmiechu :) Pogoda była wyśmienita, humory przednie, towarzystwo fantastyczne ( koleżanka z, mówiąc skrótem, dziećmi 18+ :) Komfortowy domek, zero przedszkolaków w zasiegu słuchu:) niewiele sklepów, parę lokali i przede wszystkim mlaownicze trasy do kajakarskich czy rowerowych wypraw.


Już ten pierwszy etap pokazał nam, że umiemy robić coś razem, czego nie próbowaliśmy dotąd (DLACZEGO?), choć nieraz padało hasło "spływ", lecz jakoś nie dochodziło do skutku. Piękno jezior i rzek, którymi mieliśmy okazje pływać, urzekło nas oboje. A zwłaszcza TA CISZA.


Mogłabym zamieścić tu tysiąc zdjęć, a nie oddałyby tego, co można było usłyszeć - plusk wody muskanej wiosłami, szum wiaterku w sitowiu i śpiew ptaków. I 10 postów nie odda tego uczucia rozkoszy dla uszu i duszy :) Ale mam nagranie, które sobie odtwarzam od paru dni, które mnie w tamte miejsca przenosi w sekund parę:) dziś go tu nie wrzucę, za to fotki owszem.


A o drugiej części wyprawy i wielu ciekawych miejscach z Kaszub i  ... opowiem w kolejnych wpisach.

Tymczasem dobranoc z Alicją:)

Wasza "perłowa" Lewkonia:)