Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Remonty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Remonty. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 grudnia 2018

I tak oto...


..... śmignął kolejny roczek. 
Dla naszego domku i jego mieszkańców bogaty w nowe doświadczenia życiowe, małe i duże zmiany, sprawy radosne jak i smutne okoliczności. 
Jak u każdego.
Mogę odnotować z zadowoleniem pełną realizację niektórych planów, jak i obiecać sobie, że to, co pięknie zaczęłam na wiosnę, a jesienią zarzuciłam "na chwilkę",  kontynuować będę i nie zrażę się jakimś chwilowym zastojem zapału. On gdzieś tam we mnie jest i tylko czeka na sygnał, by zacząć znów zwalczać zimowy marazm i lekką nadwagę.
A że po drodze nawinęły się święta, to na pewno będzie co nadrabiać. Na razie waga śpi sobie zakurzona i nie będziemy jej niepokoić gdzieś tak do ferii :) Bo potem studniówka i jak zwykle wybieram się na parkiet, a zaleca się raczej być ubranym w strój godny i wygodny, miast maskujący typu: worek. Ogłaszam iż w kwestiach postanowień dietetycznych przedłużam termin odbioru dzieła o rok, i podnoszę stawkę o 5 :)

Z pewnością dogadzaliśmy sobie w tym roku więcej i z większą premedytacją. Ba, nawet powzięliśmy postanowienie, iż ta tendencja będzie raczej rosnąca w przyszłości. 
I nie chodzi o jedzenie i tycie boże broń, bo wręcz odwrotnie, a o drobne, spontaniczne, lub większe i przemyślane przyjemności, udogodnienia, radostki i drobiazgi, których inny ktoś może nawet nie zalicza do wyjątkowych.
A my tak. Bo w ten sposób żyjemy od dawna drobnymi kroczkami do przodu, przepijając gorzkie pigułki od losu małymi łyczkami szczęścia. W miarę możliwości codziennie po kilka łyczków na czczo i po jedzeniu. Rano, w południe i wieczór.
Wykreśliłam ze słownika "nie da się" czy "nie wypada", zakazuję użycia tych słów w odniesieniu do moich prób zmian na lepsze poprzez łamanie skostniałych niepotrzebnych rutyn i "tradycji". W ogóle mnie to już nie obchodzi, co kto sobie pomyśli. Jakaż ulga!
I tak na ten przykład w ogóle nie umyłam ani pół okna na święta! Z zamysłem i przy pełnym zdrowiu. A może właśnie dlatego, że jeszcze na głowę nie upadłam i czuję się świetnie.
Owszem, był moment, gdy pewnego przedpołudnia nieśmiało przez kożuszek chmur prześwieciło słońce. ale szybko zasnuło się znów szarą watą i dało sobie spokój. I ja też. 
Moje niezbyt czyste sumienie postanowiło na wszelki wypadek wystosować klauzulę obojętności do ośrodków wstydu i innych emocji. Pozostaliśmy więc w harmonii, ja i wszystkie moje wewnętrzne systemy reagowania na ewentualną samokrytykę czy cudze zdziwienie i niesmak, przetrwaliśmy tak bez szwanku cudny czas świąt i mamy zamiar tak trwać do wiosny.
W kontekście wszelkich dramatów przetaczających się w naszym najbliższym otoczeniu odpowiedź na pytanie: "w czym mogłyby mnie wzbogacić czyste okna?" brzmi zwięźle i jasno: W NICZYM!
To samo dotyczy - kurzu na szafach, kotów za kredensem czy lekko przyszarzałych pokryć kanap.
Ja ogólnie lubię pachnącą czystość wszelką, ładny wystrój, estetykę, detale, kreatywność w domu i zagrodzie, ale ograniczam ją do najbardziej niezbędnych czynności, takich elementarnych i przy okazji dających wszystkim domownikom pewien komfort. Żeby było na czym oko zawiesić, a przy okazji nie wyrżnąć na śliskiej podłodze czy w plątaninie rzeczy nie leżących na wygodnym dla wszystkich miejscu. Pedancji i przesadyzmowi mówię stanowcze NIE!

Jest taki słynny cytat z Fredry  "Znaj proporcjum, mocium Panie!" Czy też jego  współczesna wersja: "We wszystkim umiar. Nawet w umiarze".  Zalecam każdemu obydwa specjały. 
Bez umiaru ciężko żyć, kochać, jeść a nawet pracować. Tak że miarkujcie się i dawkujcie wszelkie "muszę", "trzeba, "wypadałoby". Pomyślcie, jaki jest właściwy sens podejmowanych czynności, spotkań, spodziewanych przeżyć, tego, co warto zapamiętać, zauważać, przeżywać na nowo we wspomnieniach. Jestem pewna, że z tegorocznych świąt zapamiętam jedynie to, co tego jest warte, jak kolejne urodziny syna, ilość dobra na stole, udanego karpia, wizyty bliskich i u bliskich, śmiech czy łzę, zadumę i rozmowy. Na pewno zapamiętam to, czemu poświęciłam wiele starań, do czego przywiązuję wagę, co mnie zawsze bardzo cieszy i na co nie mogę się napatrzeć - naszych synów, ciepły wystrój domu, zapachy i dźwięki. 
A co się da, utrwalam na zdjęciach lub w słowach. Nigdy nie padło żadne opiewające zachlapane szyby. Nigdy! Aż do dziś :) Czynię to jedynie w celach dydaktycznych i ku pokrzepieniu serc.

Z rzeczy większych, planowanych od dekady, zrealizowanych na wiosnę, a znacznie podnoszących komfort i estetykę domku przedstawiam wszem i wobec nasze nowe schody na poddasze. Jakże zyskało wejście do domu, i jak wygodnie jest teraz  przemieszczać się bez strachu a nawet bez trzymanki. Stare zdemontowane oczekują na swą nową funkcję w postaci półek w drewutni i ław w ogrodzie. Byłoby mi strasznie żal przeznaczyć je na opał (czyste drewno oczyszczone z farby!), darzyłam je uczuciem od pierwszego wejrzenia, wszak to je ujrzałam jako pierwsze pamiętnego dnia przed 12 laty, gdy otworzyły się przed nami podwoje domku szukającego nowego właściciela. Widok ten do dziś mam przed oczami - ciemny ciasny "wiatrołap" przegradzający przedpokój i brązowa olejna farba na wąskich schodkach wiodących na zagracone poddasze. Pozbyliśmy się przegrody, ale schody te po oczyszczeniu z poremontowych warstw cementu, pyłu i kilku (jednak) kolorów olejnej farby, służyły nam aż ponad 10 lat. Wyślizgane i bardzo strome stopnie polubił nasz Czesio niejednokrotnie ostrząc sobie na nich ząbki. Lubił po nich też wbiegać na górę, skąd już ewakuować na dół musiała go wyspecjalizowana ekipa ratunkowa. 
A ja je lubiłam za starość i klimat wiejskiego domu. Za dziurki po kołatkach, niedoskonałość i dopasowanie do moich wyobrażeń. I za drewno. 
Toteż nie wyobrażałam sobie innych, niż drewniane, staromodne z wyglądu, może lekko w angielskim stylu.

A teraz fotki. 
Na początku było tak- z lewej strony widoczne drzwi wewnętrzne, coś na kształt wiatrołapu, w głębi nie istniejące już przejście do pomieszczenia gospodarczego, wejście na schody na prawo od ich. A od strony przedpokoju widoczna ścianka z boazerii,którą rozebraliśmy łącznie drzwiami, dalej wejście do piwniczki.
                                

                                  

                                  




W trakcie remontu i tuż po lekkim liftingu starych schodów:







Ulubione miejsce Czesia:




A oto już nowe schody, zabiegowe, z mniejszym kątem nachylenia i głębszymi stopniami :
TADAM!



Nieco węższe schody (o jakieś 5 cm), żeby poręcz odsunąć od ściany i by łatwiej dało się jej chwycić



Widoczny pas brakującej gładzi w miejscu starego policzka schodów. O tak niewiele, a o tyle łagodniejszy spad powstał, za to osoby powyżej 1,85 m muszą uważać przy schodzeniu :)  :




Jaka ogromna zmiana, gdy porównać zdjęcia z końca 2006, kiedy to jeszcze domek nie był nasz, ale właśnie go znaleźliśmy, albo on nas :)
I tak starając się nie pamiętać złego temu roczkowi, cieszymy się jak wariaci, że tak długofalowy plan zrealizowaliśmy.
Gdyby ktoś pytał, jak często trzeba czyścić białe schody, to powiem tak - zależy, czy jesteś świrnięty/a na punkcie czystości i byle pyłek doprowadza cię do szewskiej pasji, czy dopuszczasz odrobinę kurzu, psi kłaczek, pajączka snującego swą sieć gdzieś niewinnie w kątku. Ja raczej należę do drugiego typu gospodyń. A mimo tylu osób, rąk, łap i wejścia bezpośrednio z dworu do domu, w tym czasami usmolonego mężusia prosto z kotłowni, nie mam problemu z utrzymaniem czystości białych elementów. Jest to drewno dębowe malowane natryskowo, i choć wolałabym takie pomazane krzywo samoręcznie farbą olejną (jak w starych domach właśnie), jest ono wygodne do utrzymania,  gładkie, łatwo zmywalne i mam wrażenie, samooczyszczajace się :) Stopnie są z dębu naturalnego z matowym wykończeniem, na oko zupełnie nie ma śladu lakieru, więc ich nowość i dziewiczość nie razi. Całość z podłogą, która jest z kolei pioruńsko brudząca się, daje wrażenie przestronności i współgra na mój gust z resztą wystroju domu.

A co poza tym w odchodzącym roczku godnego zapamiętania i wdzięczności?

Lato.
Morze, znowu i niezmiennie ukochany Bałtyk, zachodnie wybrzeże, troszkę poza granicą, wyspa Rügen i Uznam.
Praca w ogrodzie i upalne lato z ogniskami, bogate zbiory warzyw i owoców, nalewki, przetwory, obdarowywanie znajomych i rodziny tym dobrem.

Jesień.
Przepiękna, baśniowo kolorowa, ciepła, łaskawa.
Spacery, las, natychanie się przyrodą i wciąż gęstym nieprzetrzebionym lasem, bogactwem flory i fauny.
Kino. Dużo dobrych filmów.
Spotkania z przyjaciółmi.

Zima.
Póki co bezśnieżna. Chodzę w jesiennej kurtce, oszczędzam kozaki :)
Wyjazd na jarmark do Wiednia. Rodzinnie rzec można, ale i szkolnie. Cudowna atmosfera, charyzmatyczna przewodniczka, niepowtarzalna osobowość. Kolejny raz w innej odsłonie podziwiam architekturę i historię miasta.

No i święta.
Czas z synami, odwiedzającymi nas wciąż chętnie, w towarzystwie i bez. Smaki i zapachy, które uwielbiam, kilka potraw znanych z dzieciństwa, bez szaleństw.
Krótki resetujący głowę wypad we dwoje w góry i do Spa .
Rodzinny dziś Sylwester.
Pragmatycznie, racjonalnie.
Nastrojowo.

Jakkolwiek źle w tym roku bywało, życzę Wam wszystkim, byście mieli dużo dobrych z niego wspomnień, które warto pielęgnować i tkać z nich swoje historie do opowiadania wnukom, czy sobie samemu :)
A to nasze kartki z kalendarza 2018:




 Pomyślności i najlepszego zdrowia na 2019!
Pamiętajcie o proporcjum!


Lewkonia 









wtorek, 19 maja 2015

Wespół zespół, czyli ja to mam mięśnie!


Słowa mi się dziś nie kleją, ale może w trakcie się rozkręcę.
U nas ciśnienie się okrutnie waha, lecę na nos stojąc, idąc a nawet tłumacząc gramatykę, niby nie śpię, a coś jakby w malignie bredzę.
Po piątkowo-sobotnim upale od niedzieli termometry durnieją. Rano w topie, wieczorem w kożuchu.  Efekt taki, że wczoraj na popołudniowej maturze (biedne dzieci musiały w tej nieludzkiej duchocie parle france) podpierałam się długopisem, nosem, i bezwględnym faktem, żem przewodnicząca, i w razie czego wiszę.
Kolega obok sprytnie udawał, że nie śpi, skryty za przydymionymi okularami i z czołem frasobliwie wspartym na dłoni, a drugi kolega członek - ksiądz udawał, że się na Świętym Piśmie za powodzenie maturzystów modli.
Czuwałam zatem nad snem ich niewinnym błagając w duchu, by który nie zaczął chrapać, lub ze stołka nie spadł. Tłumaczyłam ich sobie, że każdy by zmorzonym się poczuł, gdyby mu tak ktoś 30 minut monotonnie   w zagranicznym języku szemrał, nawet jeśli to francuski, ale pardon, akcji w tym zawrotnej doprawdy nie było, tym bardziej seksu. No chyba, żeby dołączyli video. ( Ale umówmy się, teksty maturalne muszą być niestety przyzwoicie nudne)
Niemniej nasz zespół pracował mniej więcej tak:

Chwilę grozy przeżyłam, gdy księdzu Biblia  prawie na podłodze wylądowała,  ale na szczęście telepatycznie ściągnęłam siły nadprzyrodzone, ktore  excuzes - moi  diabelsko przystojnego duchownego do przytomności ciała doprowadziły. Ocknawszy się miał tak zdziwione oblicze, jakby  co najmniej  raj śnił utracony, a w nim zakazaną Ewę, a ujrzał mnie, cóż, bez porównania mniej atrakcyjną.
Koledze po prawicy wbijałam co rusz paznokcie w udo, dzięki czemu nie spadł ze stołka. Nie wiedzieć czemu wcale mi wdzięcznym nie był, jakby  akurat dziewice orlańskie degustował, ale jako, że historyk, to mu wypadało.
Ja zaś - cóż miałam robić w tym przedziwnym francuskim trójkącie - w zastygłej pozie ćwiczyłam mięśnie kegla, cokolwiek, żeby nie stracić kontroli nad stabilizacją omdlonego ciała, bo każda próba zmiany ułożenia wiadomo czego na krześle kończyla się pioruńskim skrzypieniem tegoż. Ci tam mnisi z Shaolin mogli by mi trampki sznurować, tak mam wyćwiczony stan "ani okiem  mrugnąć" i ledwo oddychać!
Polecam to ćwiczonko w kolejkach, na przystanku, na konferencjach i w dłużącej się podróży. Ćwiczyć tylko w pojedynkę!

To tak nawiazując do tytułu i aby zgrabnie przejść do spraw osobistych.
Bo nasz team domowo-ogrodowy też nieźle sobie daje radę z aurą. Gorzej z zakwasami, które mam nieustająco od święta pracy. Po ostatnich wygibasach wstać niedzielnym rankiem po herbatę i siąść na krześle - to był widok i efekty specjalne. Żałuję, że się nie nagrałam.  Tej całej gamy odgłosów i min, jakie wyczyniałam zginając cokolwiek. Dziś już wchodzę na parę stopni bez stękania i podciągania sobie na zmianę kolan, niemniej do wierzgania dość mi daleko. Ale za to jaka ja jestem dumna, to słów mi brak.
Wprawdzie słonko jak raz uciekło za chmury, a nawet trochę popadało, ale coś tam już można pokazać. Zastrzegam, że wciąż jest to stan " w trakcie".
Zapraszam na małą rundkę z serii:

OGRÓD, POT, KREW I ZERO URLOPU:)))

Najpierw trochę historii

Grudzień 2006 - pierwsze wejrzenie - jeszcze nie nasz, a już mam wizję:)))


Marzec 2007 - już nasz, wymarzony, i nasze te wszystkie zarośla po pas, uschnięty sad, tony gruzu i śmieci w ziemi  :) 

Wiosna  2008. Po skoszeniu kosą traw, wykarczowaniu drzewek-trupków i wstępnej orce,  reszta to ręczna robota, bez "roundupa". Próba ratowania jabłoni.  

Lato 2007 Jedyna uratowana zdziczała brzoskiwnia, do dziś wydaje ostatkiem sił jakiś owoc, lecz od roku marnieje w oczach. W tle komórka z przyklejoną do niej sławojką, w czasie półrocznej demolki w domu korzystaliśmy z niej radośnie:)


Tak ten kąt wygląda dziś - drzewo potniemy i wrzucimy pod dach wymieniony i powiększony przez nas zanim powstała weranda. Tam, gdzie była sławojka, dziś mamy drewutnię i moje ogrodnicze akcesoria, oraz mały bałaganik na czas prac.
Pnąca róża New Dawn świetnie nam tu rośnie ;)

Pierwsze "fundamenty" pod żwirowy placyk jakieś 3 lata temu - kiedyś może postawimy tu małą altankę, tymczasem podsypaliśmy tu część gruzu spod werandy ( było go więcej, niż wykorzystalismy, bo zamiast tarasu z betonowym podłożem jest konstrukcja filarowa. Ziemia przydała się do wyrównania dziur na łące. Czesiu to miał wtedy radochę. Był wciąż utytłany i przeszczęśliwy, nie mówiąc o radości kopania dołów:)


Potem było tak, dosadziliśmy drzewa i krzewy i wciąż walczyliśmy z perzem ( akurat na tym gruzie nie rosły nawet malownicze mniszki)

Po poprowadzeniu ścieżki jak to pokazałam post wcześniej, można już było pociągnać temat. Chociaż najpierw powinnam wymurować obrzeże, nam wypadło akurat odwrotnie, bo żwir przywieźliśmy wcześniej. No to Zbychu sypał i sypał i sypał. 4 tony.

I rozwijał tę folię:))))


A ja robiłam to, co lubię najbardziej:) - wywijałam kielnią, waliłam młotkiem, takie tam dziewczyńskie gadżety:)



To właśnie efekt ostatniego weekendu

Widok z dziś na lewo


Na środek


 I na prawo, proszę wycieczki.
Widać zalążek ścieżki do sąsiadów i niedokończone obrzeża, ale teraz to już pójdę jak burza:))))


Ej, chyba tu coś dorobię, bo mi się takie kanciaste zrobiło z prawej. A ileż to roboty w końcu!
Jeszcze trzeba zmienić stopnie schodów i poręcz, bo taka prowizorka przy takich marmurach noniemożetakbyć :)To wapień naturlich, zszarzeje po latach ładnie.  
(O, niezapominajka się posiała:)

Jejku, z przerwą na kuchenne działania i Agatę piszę już od 18!
Więc zmykam, bo oczka mi się kleją. Ale ładnie jest, co? choć to jeszcze nie szczyt wszystkiego i marzy mi się pergola ( widzę ją, ach!) różana, albo mieszana, i jakaś mała altanka, ale przecież urządzamy się dopiero 8 rok, to czegóż chcieć więcej tak OD RAZU :))))) 
Ciekawe, czy to będzie funkcjonalne rozwiązanie, jakby co, znowu posiejem trawę i już:)

PS. A zza świerka za żwirowym placykiem coś tam wygląda nieśmiało, co przecudnie pachnie. Zgadniecie co? 

Ostatkiem sił ściskam i idę relaksować swe mięśnie tego i owego ;)

Bon nuit!
Lewkonia'


niedziela, 3 maja 2015

Jak uczciłam majowe święta, czyli mój weekend na Rodos

Nie będę się rozpisywać, bo łapki mi odpadają, a zaraz trzeba szybciutko podratować paznokcie przed jutrzejszą maturą. Wystapię wprawdzie w roli paprotki, czyli nieruchomo tkwiąc na straży nad swoim rewirem ( już czuję jak mi cierpnie krzyż), ale swe robotnicze dłonie jakoś muszę do okoliczności dostosować. No więc za chwileńkę karaluchy pod poduchy, ale jeszcze pochwalę się jak w trzy dni wykonałam plan pięcioletni:)
Kiedyś kiedyś zaczęłam murować alejkę 25 lecia, to było jeszcze w pierwszym życiu bloga. Utknęłam w połowie, bo pojawił się znak zapytania - jak przeprowadzimy odwodnienie podwórka i deszczówki z drewutni, jak rozwiążemy kwestię względem podłoża wokół placyku na ognisko i wkoło werandy, co okazało się jednak od siebie bardziej zależne, niż się wydawało. I tak oto minęły trzy lata, jak się całkiem moja jednoosobowa ekipa zawiesiła, niczym Chińczycy nad A2 :) Powstały rozwiązania doraźne, a sama weranda wypełniła nam owe trzy lata przestoju.
Aż się zawzięłam w zeszłą sobotę i ruszyłam z kielnią do boju. A że w międzyczasie lało i inne okoliczności nie pozwolily na prace ciurkiem, znów zrobiła się sobota.O nie, myślę sobie, albo to skończę teraz, albo nigdy!
No i wczoraj z dumą mogliśmy przeciąć symboliczną wstęgę, choć teren wokół rozkopany i pobojowisko jeszcze nie zostało całkiem uporządkowane, a i inne ujęte w planach  prace wciąż nieskończone - to ścieżka od domu do ogródka warzywnego już przejezdna:)

Pierwszy dzień

Drugi dzień ( pieniek na ścieżce to początek pracy)
Trzeci dzień - z lewej strony pozostanie trawa (no, w każdym razie coś zielonego) dla Czesia

Po prawej stronie placyk pod ognisko - w kolejce do uporządkowania


W głębi po prawej trzy tony żwiru czekają na swoją kolej. Ogólny widok na bałagan  i rozmemłanie w okolicy werandy - ale cóż, ekipa sprzatająca wyjechała.... na długi weekend w góry, no a matka ... No coż matka z rozkosza spędziła ten czas na RODOS (- Rodzinny Ogródek Działkowy  Otoczony Siatką)

Ciąg dalszy nastąpi, jak zakupimy piaskowiec, bo mi wyszedł. Już nie mogę się doczekać, jak znowu krzyknę - Zbychu! KRĘĆ!!! I po chwili stanie przede mną świeżutki beton w wiadrze:))))
Ale już mogę bosą stopą, gdy ranna rosa skrzy się na trawie, zasuwać po szczypiorek....
Aha, nie mogę, bo w warzywniku jeszcze brak ścieżki:) Ale to się zmieni niebawem:)


To ja zmykam, a Wy sobie podziwiajcie:)
(Wiem, jest krzywo, ale MA BYĆ krzywo, w szpilkach mi się tu nie kręcić, hrabiów w rodzinie też nie posiadam, tak, że ten, nie marudzić:))


wasza robotniczo-ludowa Lewkonia 



polecam

Ojcowie i córki

 Przeczytałam kiedyś, że wszyscy jesteśmy zranionymi dziećmi. To zdanie wraca do mnie w gorszych momentach i im jestem starsza, tym głębiej ...

ulubione