wtorek, 19 maja 2015

Wespół zespół, czyli ja to mam mięśnie!


Słowa mi się dziś nie kleją, ale może w trakcie się rozkręcę.
U nas ciśnienie się okrutnie waha, lecę na nos stojąc, idąc a nawet tłumacząc gramatykę, niby nie śpię, a coś jakby w malignie bredzę.
Po piątkowo-sobotnim upale od niedzieli termometry durnieją. Rano w topie, wieczorem w kożuchu.  Efekt taki, że wczoraj na popołudniowej maturze (biedne dzieci musiały w tej nieludzkiej duchocie parle france) podpierałam się długopisem, nosem, i bezwględnym faktem, żem przewodnicząca, i w razie czego wiszę.
Kolega obok sprytnie udawał, że nie śpi, skryty za przydymionymi okularami i z czołem frasobliwie wspartym na dłoni, a drugi kolega członek - ksiądz udawał, że się na Świętym Piśmie za powodzenie maturzystów modli.
Czuwałam zatem nad snem ich niewinnym błagając w duchu, by który nie zaczął chrapać, lub ze stołka nie spadł. Tłumaczyłam ich sobie, że każdy by zmorzonym się poczuł, gdyby mu tak ktoś 30 minut monotonnie   w zagranicznym języku szemrał, nawet jeśli to francuski, ale pardon, akcji w tym zawrotnej doprawdy nie było, tym bardziej seksu. No chyba, żeby dołączyli video. ( Ale umówmy się, teksty maturalne muszą być niestety przyzwoicie nudne)
Niemniej nasz zespół pracował mniej więcej tak:

Chwilę grozy przeżyłam, gdy księdzu Biblia  prawie na podłodze wylądowała,  ale na szczęście telepatycznie ściągnęłam siły nadprzyrodzone, ktore  excuzes - moi  diabelsko przystojnego duchownego do przytomności ciała doprowadziły. Ocknawszy się miał tak zdziwione oblicze, jakby  co najmniej  raj śnił utracony, a w nim zakazaną Ewę, a ujrzał mnie, cóż, bez porównania mniej atrakcyjną.
Koledze po prawicy wbijałam co rusz paznokcie w udo, dzięki czemu nie spadł ze stołka. Nie wiedzieć czemu wcale mi wdzięcznym nie był, jakby  akurat dziewice orlańskie degustował, ale jako, że historyk, to mu wypadało.
Ja zaś - cóż miałam robić w tym przedziwnym francuskim trójkącie - w zastygłej pozie ćwiczyłam mięśnie kegla, cokolwiek, żeby nie stracić kontroli nad stabilizacją omdlonego ciała, bo każda próba zmiany ułożenia wiadomo czego na krześle kończyla się pioruńskim skrzypieniem tegoż. Ci tam mnisi z Shaolin mogli by mi trampki sznurować, tak mam wyćwiczony stan "ani okiem  mrugnąć" i ledwo oddychać!
Polecam to ćwiczonko w kolejkach, na przystanku, na konferencjach i w dłużącej się podróży. Ćwiczyć tylko w pojedynkę!

To tak nawiazując do tytułu i aby zgrabnie przejść do spraw osobistych.
Bo nasz team domowo-ogrodowy też nieźle sobie daje radę z aurą. Gorzej z zakwasami, które mam nieustająco od święta pracy. Po ostatnich wygibasach wstać niedzielnym rankiem po herbatę i siąść na krześle - to był widok i efekty specjalne. Żałuję, że się nie nagrałam.  Tej całej gamy odgłosów i min, jakie wyczyniałam zginając cokolwiek. Dziś już wchodzę na parę stopni bez stękania i podciągania sobie na zmianę kolan, niemniej do wierzgania dość mi daleko. Ale za to jaka ja jestem dumna, to słów mi brak.
Wprawdzie słonko jak raz uciekło za chmury, a nawet trochę popadało, ale coś tam już można pokazać. Zastrzegam, że wciąż jest to stan " w trakcie".
Zapraszam na małą rundkę z serii:

OGRÓD, POT, KREW I ZERO URLOPU:)))

Najpierw trochę historii

Grudzień 2006 - pierwsze wejrzenie - jeszcze nie nasz, a już mam wizję:)))


Marzec 2007 - już nasz, wymarzony, i nasze te wszystkie zarośla po pas, uschnięty sad, tony gruzu i śmieci w ziemi  :) 

Wiosna  2008. Po skoszeniu kosą traw, wykarczowaniu drzewek-trupków i wstępnej orce,  reszta to ręczna robota, bez "roundupa". Próba ratowania jabłoni.  

Lato 2007 Jedyna uratowana zdziczała brzoskiwnia, do dziś wydaje ostatkiem sił jakiś owoc, lecz od roku marnieje w oczach. W tle komórka z przyklejoną do niej sławojką, w czasie półrocznej demolki w domu korzystaliśmy z niej radośnie:)


Tak ten kąt wygląda dziś - drzewo potniemy i wrzucimy pod dach wymieniony i powiększony przez nas zanim powstała weranda. Tam, gdzie była sławojka, dziś mamy drewutnię i moje ogrodnicze akcesoria, oraz mały bałaganik na czas prac.
Pnąca róża New Dawn świetnie nam tu rośnie ;)

Pierwsze "fundamenty" pod żwirowy placyk jakieś 3 lata temu - kiedyś może postawimy tu małą altankę, tymczasem podsypaliśmy tu część gruzu spod werandy ( było go więcej, niż wykorzystalismy, bo zamiast tarasu z betonowym podłożem jest konstrukcja filarowa. Ziemia przydała się do wyrównania dziur na łące. Czesiu to miał wtedy radochę. Był wciąż utytłany i przeszczęśliwy, nie mówiąc o radości kopania dołów:)


Potem było tak, dosadziliśmy drzewa i krzewy i wciąż walczyliśmy z perzem ( akurat na tym gruzie nie rosły nawet malownicze mniszki)

Po poprowadzeniu ścieżki jak to pokazałam post wcześniej, można już było pociągnać temat. Chociaż najpierw powinnam wymurować obrzeże, nam wypadło akurat odwrotnie, bo żwir przywieźliśmy wcześniej. No to Zbychu sypał i sypał i sypał. 4 tony.

I rozwijał tę folię:))))


A ja robiłam to, co lubię najbardziej:) - wywijałam kielnią, waliłam młotkiem, takie tam dziewczyńskie gadżety:)



To właśnie efekt ostatniego weekendu

Widok z dziś na lewo


Na środek


 I na prawo, proszę wycieczki.
Widać zalążek ścieżki do sąsiadów i niedokończone obrzeża, ale teraz to już pójdę jak burza:))))


Ej, chyba tu coś dorobię, bo mi się takie kanciaste zrobiło z prawej. A ileż to roboty w końcu!
Jeszcze trzeba zmienić stopnie schodów i poręcz, bo taka prowizorka przy takich marmurach noniemożetakbyć :)To wapień naturlich, zszarzeje po latach ładnie.  
(O, niezapominajka się posiała:)

Jejku, z przerwą na kuchenne działania i Agatę piszę już od 18!
Więc zmykam, bo oczka mi się kleją. Ale ładnie jest, co? choć to jeszcze nie szczyt wszystkiego i marzy mi się pergola ( widzę ją, ach!) różana, albo mieszana, i jakaś mała altanka, ale przecież urządzamy się dopiero 8 rok, to czegóż chcieć więcej tak OD RAZU :))))) 
Ciekawe, czy to będzie funkcjonalne rozwiązanie, jakby co, znowu posiejem trawę i już:)

PS. A zza świerka za żwirowym placykiem coś tam wygląda nieśmiało, co przecudnie pachnie. Zgadniecie co? 

Ostatkiem sił ściskam i idę relaksować swe mięśnie tego i owego ;)

Bon nuit!
Lewkonia'


12 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. A będzie przepięknie:) Teraz to już nawet mi trochę smutno, bo niedługo roboty zabraknie, i gdzie ja ręce podzieję? Pielić podlewać, podlewać pielić mi zostanie, chyba się zanudzę :)))
      Albo zacznę wyrąbywać beton z podwórka i tam bruk ułożę.O!SNa paę lat zajęcia mi starczy:)

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  2. Cha, cha! Jeśli Ty tak piszesz przy niskim ciśnieniu, umęczona i zaspana, to - uważaj - zacznę Ci życzyć tego częściej. ;-) ;-) Na razie tylko pierwszy akapit przeczytałam, ale po zdjęciach widzę, że postępy w pracach ogrodowych też są

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba miałam jakiś odlot z tego niedotlenienia:)))) A z literatury wiadomo, najlepiej się pisze na lekkim rauszyku ;D Sama się uśmiałam, mąż mi tylko palcem pogroził za ten trójkącik:) Ale wyobraź sobie tą scenę NAPRAWDĘ - ja siedząca jak myszka na bacznosć w pełnym spięciu i łypiąca okiem na coraz niżej zsuwającą się z kolan księdza biblię, a siedzę 2 metry przez komisyjny stół! ! W duchu parskałam śmiechem aż się bałam, że w końcu wybuchnę i po maturze:))) A na mnie leci po prawicy 100 kilo chłopa, a do końca nagrania jeszcze kawał i ruszyć się nijak, ani szepnąć nie można:)))) Komedia:)))

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  3. Doprawdy PODZIWIAM!!! Harówka wielka (nie na darmo ten koń w Tobie jest!), ale efekty wspaniałe! I widać, że i Ciebie to cieszy, bo mimo wymęczenia, opisałaś z humorem i wdziękiem godnym Lewkonii.

    Nie rozumiem tylko, o jakim cieple, duchocie piszesz, bo tu jeszcze nie przybyło. Znowu deszcz, ble!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aha! W konkursie na rozpoznawanie roślinek nie biorę udziału, bo jedynie łośmieszyłabym się, hej!

      PS Przepraszam, że tyle komentarzowych chwaścików tu zasiałam, ale nie zmieściły mi się wszystkie myśli w jednym. ;-)

      Usuń
    2. Oj, Fibulo, u nas w piątek i sobotę żar z nieba się lał, zasuwałam w stroju kąpielowym i mam plecy jak po wakacjach w Egipcie:)
      Dzięki piękne za słowa uznania, sama się w duchu chwalę ( to dobrze umieć się samemu czasem pogłaskać)Oj, my jak wołki dwa, czasem z pomocą synów, ale ci stale są gdzieś na wybiegu i nie przepadają za dłubaniem w ziemi, więc na czas najwiekszych robót, jak budowanie werandy, przybywają na pomoc. Ale we dwójkę nam się świetnei ZESPOŁOWO pracuje. Oczywiście jestem szefem tego teamu, a co:))))

      Usuń
  4. O Mamo:) Chylę czoła jeszcze niżej, niż ostatnio:)) Fotki PRZED i PO - no wrażenie niesamowite:)) To, co było przed - ojjj... Mogło co najmniej ZASTANAWIAĆ:)) Pięknie jest już, a jak się zobaczy w wyobraźni te wszystkie roślinki podrośnięte i efekt końcowy Waszych zespołowych zmagań..To tylko będzie można zazdrościć:)) Pozytywnie oczywiście:) I myślę, że możesz być spokojna, zajęcia będziesz miała na lata, nie ma obawy:) Za tekst maturalny - 6+:)) I podziękowania ode mnie, bo myślałam, że zapadam na jakąś straszliwą chorobę, zasypiając ostatnio na siedząco i ogólnie - posiadając samopoczucie do bani:)) A to TYLKO ciśnienie:)))) Okazuje się, że inni też tak:)) Roślinka za świerkiem zbyt niewidoczna, żeby cośkolwiek rzec:) Pozdrowienia serdeczne z zimnego Wybrzeża:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, cóż odpowiedzieć na tyle achów:)) Ale to bardzo budujące, dzięki piękne na pewno będę miała okazję się odwdzięczyc, jak zaczniecie prace na tarasie.
      Apetyt rośnie w miarę jedzenia powiadają, a u mnie rośnie energia na widok tego, co udało się wbrew róznym malkontentom wyczynić na tym ugorze. Najbardziej jednak ieszy,że jak dotąd raz jedyny i to na samym początku wjechał traktor z pługiem, gdy wykarczowaliśmy sad a płoty padły na czas remontu domu. Reszta tych przeobrażeń to tymi rączkami i na kolanach, mrówczą pracą w żar i chłód:)))))
      Pewnie by tu jakiś sppcjalista nosem pokręcił na to i owo, ale my tu każdą trawkę ukochaliśmy i tak ma zostać:))))

      Usuń