niedziela, 26 kwietnia 2015

Koncerty dwa



Najpierw filharmonia, przyjaciółki, wspaniała Agnieszka Grochowicz i Osiecka, a teraz... taki mamy koncert za oknem (dokładnie taki, jak w tym filmiku, dokładnie teraz o 23.30):






Kontynuujac myśl z wczorajszego wpisu, gdybym miała lepszy mikrofon w komórce, poszłabym za nim w krzaczory na wprost domu, nagrałabym go i byłby to mój ulubiony kawałek w playliście, a tak, nie śpię, bo mam otwarte okno:))))) No nie da się spać :))))Ach, ta słowikowa to ma skarb!

Gdybym....

autorka obrazu: http://bosun.blox.pl/

Tak sobie dziś leżąc na trawie bez tchu po całodziennej pracy w ogrodzie popatrzyłam na efekty naszej wspólnej ośmioletniej harówki,  pomyślałam:
Gdybym wiedziała, jak to będzie.... nie zmieniłabym decyzji, ani miejsca, ani czasu,  w którym tu się znaleźliśmy. To NAJLEPSZA decyzja, którą podjęliśmy w ciągu niemal 30 lat bycia w stadle, i choć akurat ostatnio zamiast iść ku lepszemu, jest ciężej, niż kiedykolwiek, to bronię tego swojego skrawka nieba i ziemi z całych sił (resztką sił dokładniej) przed ... swoją własną niemocą i dezercją.
Dom i jego otoczenie wraz z rozczulająco kochanymi sąsiadami, to dla mnie cały (cudowny) świat  i choć czasem  gdzieś się powłóczę w świat, to wracam tu z ulgą i największą radością. To jedna z rzeczy, której bym nigdy nie zmieniła w swoim życiu, gdyby się miało powtórzyć w tej samej konfiguracji.
Nie zmieniłabym szkoły i przyjaciół z młodości, zawodu i grona wypróbowanych w bojach przyjaciółek, kraju, stylu życia i paru innych rzeczy.
Niemniej gdybym mogła jeszcze raz stanąć na rozdrożach, na których przychodziło mi parę razy (jak to w życiu) stawać, to nie raz wybrałabym inną ścieżkę. Czasem pomijaną w pośpiechu i z braku wyobraźni ( a może brakowało mi wtedy dojrzałości i asertywności) ? Czasem skrytą za mgłą okoliczności i mej "niedowiary" w swoje możliwości, czasem lekko wykpioną przez jakiegoś wrednego chochlika w mojej głowie, który mi wkręcał, że na pewno mi się nie uda, i w ogóle do bani.

Gdybym zatem miała znów 18 lat, z pewnością nie zarzuciłabym tańca. Nie baletu, czy jakiejś wyrafinowanej finezyjnej i wysoce artystycznej jego formuły, lecz tańca towarzyskiego, klasycznego, latynoskiego, takiego który świetnie jest uprawiać dla sportu i kondycji, ale też dzięki niemu kształtować sylwetkę, grację ruchów i cudownie się bawić. Mój mąż, jeśli to teraz czyta, pewnie pokłada się ze śmiechu, bo dziś akurat już ręką i nogą nie jestem w stanie ruszyć, a ja tu marzę o tańcu. Ale, ale, kto mi odmawia od 30 lat wspólnego kursu salsy? Może dziś po tych ogrodowych wygibasach nie miałabym takich zakwasów, że o rwie nie wspomnę?A już na pewno miałabym nadal swą talię osy, którą ktoś mi świsnął:)
No cóż, nigdy nie przestanę tęsknić do parkietu i tamtego blond chłopaka, który mną nieraz cisnął o ziemię:))))

Gdybym dziś miała lat 20 nie poszłabym do ślubu w TEJ sukience, a może nawet nie poszłabym wtedy wcale? Cóż, z pewnością dziś swojej córce odradzałabym sztuczne koronki i tak wczesny wiek na zamążpójście. Ale czasy takie były, że albo lureks, albo piekielnie droga zdobyczna z paczek gipiura, albo... bazar Różyckiego w Warszawie ( i kryzys sprzyjający łączeniu się w pary dla stabilizacji jakiejś szybszej wespół zespół, pomijając tu rzecz jasna hormony i uczucia).
 Moja mama uznała, że to bardzo nobilitujące, mieć sukienkę właśnie stamtąd, a poza tym, było to jej niespełnione marzenie, dla niej, urodzonej w Warszawie tuż przed Powstaniem, śniącej swój sen o niej całe życie, hołubiącej to marzenie i tęsknotę za czymś, co było  związane  z moją babcią i jej młodością, było to OCZYWISTE, że to i moje pragnienie najgłębiej skrywane. A więc ... stałam się spadkobierczynią tych marzeń chcąc nie chcąc, całkiem bezbronna przed takim przesłaniem - sukienka PRAWIE jak ta, o której marzyła moja mama, a która z pewnością spodobałaby się babci - Warszawiance. Ech, ile młoda dziewczyna musi  przejść cudzych życiowych doświadczeń i ile pragnień cudzych zadowolić, gdy jest tak dobrze wychowana jak ja, czyli nie umie odmawiać... No i miałam tradycyjną długą białą nakrapianą ... upiornie sterczącą gryzącą firankową sukienkę z welonem do .... ślubu cywilnego, tak, jakby chciała tego moja babcia.
A dziś? NIGDY W ŻYCIU!!!!

Gdybym mogła zawrócić do punktu zwrotnego w kwestii mej "kariery", która mogła stanąć przede mną niewyobrażalnym dziś dla mnie w skutkach otworem, a przy tym  gdybym nie miała TAMTYCH DURNYCH wyrzutów sumienia, że zostwiam dwójkę małych dzieci i pracę (stabilizacja, po raz enty ta cholerna stabilizacja!) wyjechałabym z dziką radością na stypendium do Niemiec, które mi się przed mgr-ką kłaniało i ścieliło do stópek. Wystarczyło tylko mrugnąć rzęsą i szepnąć: OCH, TAK!!!
Dziś wiem, że te pół roku nie zamieniłoby naszego domu w pustynię po tsunami z erupcją wulkanu, ani w pogorzelisko plus przejście lodowca, ani inną katastrofę kosmiczną. Zwyczajnie, chłop by sobie radził, tak, jak sobie radzą kobiety, gdy ich mężowie są w delegacji czy na misjach wojskowych. JA przynajmniej nie miałabym aż tylu szans tam, zagranicą, wdepnąć na minę, jak mój małżonek na swych licznych poligonach (wiem, pojechałam po bandzie, że hej, jutro pogadamy). I kto wie, może dziś byłabym panią doktor literatury, albo translatoryki, albo jakiejś innej ciekawej bardziej badawczej wersji mojego kierunku.

Z rzeczy bardziej nieosiagalnych i potencjalnie bardzo, bardzo wątpliwych dorzuciłabym do mojej (ledwo muśniętej tym wpisem) listy  "gdybym..."  wyobrażenie sobie, co bym zrobiła, gdybym miała maaaasę pieniędzy i nie musiała się ograniczać w przyjemnościach. I tu nawet sekundy się nie zastanawiałam ( nigdy, bo nie pierwszy raz sobie tak wyobraźni dałam pohasać), co postawię na pierwszym miejscu. Każda inna rzecz różnie się w mych rankingach plasowała, ale MUZYKA stała u mnie na miejscu 1. ZAWSZE (no, dobrze wcześniej były to książki, ale odkąd wzrok kiepski, ustąpiły grzecznie pierwszeństwa....)
 I tak, gdybym miała maaaaaasę pieniędzy na "rozkusz" nie żałowałabym sobie na płyty, koncerty i dobry sprzęt wraz z salą do polegiwania w szezlongu specjalnie dopasowanym do mego obolałego krzyża, żeby po odsłuchaniu pełnego super odlotowego dwupłytowego albumu nie zakleszczał mi się na amen i nie psuł przyjemności odbioru ( dla mnie trwanie w jednej pozycji ponad godzinę to horror - patrz wielogodzinne komisje maturalne "na paprotkę", nogi mi chcą same wyjść z sali, taki mam zespół niespokojnych nóg, cała reszta zresztą też "chodzi", bo musi)
Widzę siebie niekoniecznie elegancką i wymuskaną made in Paris, nie zawsze w makijażu, czy całą w biżuterii, a nawet nie widzę siebie w SPA za tę maaasę kasy na przyjemności. Ja się widzę wprost SKĄPANĄ w dźwiękach, raz takich, raz innych i wciąż nie mającą dosyć. Pewnie, robiłabym sobie przerwy w sesjach muzycznych, ale tylko na ogród i inne przyjemności związane z murarką,  stolarką czy te pe, po których relaksowałabym się kolejnym albumem, na który dziś mnie nie stać:))))
Aha, co się z tym wiąże, z całym szacunkiem dla moich uczniów i dyrekcji, rzuciłabym pracę. Dla tej miłości:)))W końcu z taaaaką kasą....
A jak już jesteśmy w temacie, to akurat mi się nasunęla ta nutka. Pomyślcie przy niej, co jest Waszym realnym i nierealnym gdybym



Pozdrawiam serdecznie i idę śnić, co by było gdybym....
Niemniej kimś innym i gdzie indziej ... nie, nie wyobrażam sobie być. Ale może gdybym wybrała inne ścieżki, nie byłabym w tak cudownym miejscu życia, co dziś? Strach pomyśleć:))))

Dobranoc!
Lewkonia

środa, 22 kwietnia 2015

Test

Zadam jedno pytanie i proszę o odp w komentarzu - co się tu dzieje? Mam na myśli blog i wariacje na temat.
Sama nie umiem czasem go otworzyć, przestawiają się wyrazy, znikają fragmenty a nawet informuje mnie chrome, że taki blog nie istnieje. Udaje mi się tu wejść po kilkakrotnym odświeżeniu, czcionka się zmienia sama, jak chce, a edycje nie zawsze działają. Toteż dwa ostatnie posty wypuścilam z nową datą, czyli dziś po południu, po uprzednim poprawieniu zmian. Przepraszam za ten chwyt, całkiem niemarketingowy, jeno dla sprawdzenia, czy poskutkuje. Na razie nie znikam, ale kto wie?

Piszcie mi tu, co się dzieje, albo na maila, kto zna:)
Pozdrawiam
Lewkonia


Zbliżenia

  • "Bogaty - to nie ten, kto ma dużo pieniędzy, lecz ten, kto może sobie pozwolić na życie wśród uroków, jakie roztacza wczesna wiosna."  Antoni Czechow


Hm, skoro tak, to jestem milionerką:)))






















A, i jeśli was irytuje ten pogodowy misz masz i niemożność wskoczenia w lżejsze wdzianka, to pomyślcie, że 
wiosna się wcale nie spóźnia, lecz daje nam czas, by zrzucić jeszcze parę kilo... na wiosnę :))))

Pozdrawiam słonecznie
Lewkonia

  •   

Sezon otwarty:)


(Edytowane po chwili dla tych, co jeszcze bardziej zieloni ode mnie - zdjęcia z nazwami niektórych roślinek)

Witam w mym snów ogrodzie
No nie, ta chatka niestety "pożyczona":)))
To tylko wizualizacja, cel i styl, w którym się lubuję. No, może wolę więcej nierówności i chaosu, ale ogólnie sielsko ma być. A to jedna z koncepcji fragmentu ogrodu.

Dziś przegonię was przez moje rabatki, ale nie będzie zbyt dużo do pokazania aktualnie, toteż dla lepszej orientacji w terenie będą zdjęcia z lat minionych.

Obiecałam sobie chwytać zmiany w przyrodzie, i owszem, od jakiegoś czasu z przerwą na huragan i śnieg wychodzę do ogrodu chwytać, dotykać, podglądać, rozsadzać, siać, pielić i przekopywać itp. Brzmi lekko i przyjemnie, ale lumbago już łapki zaciera, koło w taczce sflaczało całkiem bez powietrza, konewka z wyrwą w boku, zdarte rękawiczki  i siniaki na różnych częściach ciała - tak się zmachaliśmy z mężem na mymłonie. Doliczyć należy ponadto pięknie spalony dekolt z przodu i z tyłu, co jest tylko zaletą tegoż się zmachania.

Z obserwacji mej prywatnej przyrody wynikło, że mam 35 kretów, lub też jednego super szybkiego, bo co posprzątam kopiec, to wyrastają mu trzy hydrze glowy i to w trzech skrajnych kątach równocześnie. W sumie 35 pięknych okazałych kupek ziemi do wyniesienia na grządki warzywne. To ile to wiader???
Ponadto zeżarto mi bezczelnie WSZYSTKIE tulipany, szafirki, czosnki i ostróżki z jednej rabatki, o co podejrzewam takoż kreta jak i jego rywalki ryjówki i nornice. ( nie jestem pewna, które występują na mym terenie). Tam musiałam wsadzić coś innego, więc postawiłam na jaskry. Nie wiem, czy słusznie.
Dosiałam jeszcze dzwonki, dla zacienienia powojników, skoro ostróżek niet, i wsadziłam dwie tawuły Goldmound, by zmylić przeciwnika. (może tego nie zeżrą. jestem bardzo ciekawa efektów).
 Przy okazji wyrwałam płotek i pół dnia mocowałam się z perzem, który się przedarł przez zabezpieczenia w ziemi. Pomyśleć - pół dnia na jeden spałchetek (lichej) ziemi.
Na razie jest łyso.

Ale bywało tak albo jeszcze piękniej (zeżarte tulipany w ulubionym bladym różu do zobaczenia gdzie indziej)

od dołu w górę  od lewej do prawej : ketmia - przed kwitnięciem
ostróżka,  prawdopodobnie smagliczka ( bo nie zagwin, lobelia czy żeniszek:) rozwar wielkokwiatowy
niewidoczne powojniki na płocie

Kolejna rabatka, to leśny zakątek. Co roku coś stamtąd wysadzam, bo za duże, i wsadzam, bo za
pusto:)
Zaczęło się od kilku smyków podarowanych nam ku pamięci. Posadziliśmy je gdzie bądź, a potem było wielkie przemeblowanie.

Z tej gromadki została sosna, sosna karłowa i wtedy ledwo widoczna trzmielina (to małe pipci przy konarze). Trzeba było zryć podłoże, zabezpieczyć przed wciąż wyłażącym perzem i powojem i zwiększyć odległości, tudzież dodać mniejszych roślin, a i tak po paru latach okazuje się dopiero co ile miejsca zajmuje.
W międzyczasie zrobiło się tak:

A teraz jest tak:
od lewej: modrzew kulisty, żywotnik , świerk  gwiaździsty (ten 'płaski") za nim sosna wejmutka,
z tyłu żywotnik Aurea Nana, 
 przed sosną wrzośce i wrzosy, rozchodniki, irga płożąca 

i tak :
od lewej sosna wejmutka , sosna karłowa Pinus Mugo, dwie kosodrzewiny, leszczyna Contorta (kręcona ),żywotnik zachodni, pod murem trzmielina Fortunea i winorośl ( taki "mus"od teścia, a nie ma miejsca gdzie indziej na razie)

I tak:
jabłoń ozdobna Royal Beauty, za nią deren biały ( choć czerwony:)
Tam, gdzie jeszcze się da, dosadzam borówki, wrzosy i wrzośce. Taki eksperyment.

Pierwszy raz rozdzielałam w sobotę karpę rozchodnika, nie wiem, jaki będzie efekt, ale z jednej kuli uzyskałam 5 nowych. Podlewam i codziennie mierzę im puls. Mdleją, zbladły, ale jeszcze żyją:)
Jesli nie robiliście tego jeszcze, wiedzcie, że nazwa rozchodnik ma swe uzasadninie - korzenie (kłącza?) tej niepozornej roślinki rozchodzą się szeroko na boki i są dość kruche, choć grube. Dziura musiała być sporo wieksza, niż roślina.
To samo uczyniłam funkii, która zapomniana od kilku lat gnieździła się w swym ciasnym M1 w cieniu sosny karłowej. Teraz ma siostry w 4 nowych siedliskach. Jak wyjdą z podziemi, to je uwiecznię.
To mój  rozchodnik po przejściach:


Takiego maluszka wsadziłam 3 lata temu


Taki wyrósł po 2 latach


Za domem przy werandzie jest też spory kąt na dalie wysokie, zasadziłam na razie lilie, pierwszy raz w sumie, a dalie dosadzę niedługo. Będą takie zwyczajno wiejskie :)


Rabatka mało fotogeniczna, wyobraźcie sobie sam piach:)))Ale na pewno się pojawi w swoim czasie.

Co jeszcze...
Aha, mój ulubiony lewkoniowo-malwowy kącik. Malw od paru wiosen nie mam, a lewkonie pojawią się z rozsad.  Tu też wyżarło mi cebule i ostróżki i jakieś niedobitki czosnku kiełkują.
Stałymi rezydentami są tu róża okrywowa blady róż Fairy tale, macierzanka,  lawenda, rojnik, fiołki, bratki, goździki wszelkie, lwia paszcza, co sama się sieje, pierwiosnki, trzmielina płożąca, coś fioletowe okrywowe, i szafirki, raczej też zeżarte.
W tym roku dosadzilam 3 jeżówki i posiałam kosmos, czyli onętek, który latem pięknie wypełnia luki, u mnie będzie to debiut.
Na razie jest tak:


Fioletowe coś (znam, znam, ale mi uleciało) z taką oto broszką:)


A bywało np. tak:

z najważniejszych: dalia, róża,malwy, macierzanka (plożąca,) lobelia (niebieska), mieczyki

skromniutkie Lewkonie:)

te słodko rożowe - to lwie paszcze (wyżlin)

Tak więc na okrągło ruch w interesie i nie ma stałych ekspozycji. Co sezon tak samo dopadam ziemi na kolanach i z nich nie wstaję aż do listopada, tak jej pożądam:)))   

Na dziś koniec, ale to oczywiście tylko kawałek "tyłu" ogrodu, został jeszcze przód, środek i dwa boki:)))
"No, a ja, a ja???" - krzyczy na mnie warzywniak. Ma się rozumieć i jego grabie nawiedziły, ale nasion i tak nie widać, a rozsad z braku czasu nie robiłam, kupię gotowe, to nie ma co zwiedzać. Na razie....

Wszędzie już działania zostały podjęte, ale to kompletnie nie oznacza, że urlop i koniec. Bo końca nie widać zwyczajnie, jak się zacznie wyłażenie zielonym do góry:)))
Hm... kiedyś usiądę i policzę nasze roślinki, bo sama jestem ciekawa, ile ich:)

No dobra, cykl ogrodowy przedtem- potem rozpoczęty. CDN już za chwilkę, dajcie odsapnąć:)))


Pozdrawiam!
Lewkonia rabatkowa:)))


sobota, 4 kwietnia 2015

Prosto z pola bitwy

Właśnie skończyłam kuchenną kampanię.
Wygrałam kilka bitew, ale padłam na polu ciast. Czyli: nie dałam dziś rady upiec ani jednego. Za to dokonałam zaboru przepisu od sąsiadki na przekąskę z cyklu: jak już się nie wie, na co ma się chęć ( z przejedzenia)



Jak widać kuchnia do sprzątania, ale pókim na chodzie 
szybciutko zapodaję przepis na pyszne pieczareczki i zmykam spać:


Potrzebujemy:
- 2 kg małych umytych pieczarek, ocet, olej,     majeranek, czosnek, sól, cukier, 

- Pieczarki zalać wodą ( bez soli) zagotować w dużym garze, lub na   dwie raty - od wrzenia jakieś 3 minuty, żeby nie zmiękły zbyt
- odcedzić ( wodę wykorzystałam do sosu i bigosu), ostudzić

Przygotować zalewę:

1 szklanka oleju
8 Łyżek octu
2 łyżeczki soli
4 Łyżki cukru
2 Łyżki majeranku
6 ząbków czosnku - obrany przeciśnięty przez praskę

Składniki zalewy wymieszać w garnuszku ( na zimno) do rozpuszczenia cukru 
UWAGA- ja wzięłam podwójną porcję zalewy, bo moje pieczarki prawie wcale się nie skurczyły i bałam się, że będzie za mało

Ostudzone pieczarki wymieszać w dużej misce z zalewą i zostawić na godzinę. Mieszać co jakiś czas.
Następnie przełożyć wraz zalewą ( dobrze zamieszaną by były w niej przyprawy w równych proporcjach) do słoików. 
Zakręcić i wstawić do lodówki.
Za 24 godziny nabiorą mocy:)))

Smacznego !




czwartek, 2 kwietnia 2015

Paradoksalnie


Nie umiem być srebrnym aniołem -
Ni gorejącym krzakiem -
Tyle Zmartwychwstań już przeszło-
A serce mam byle jakie.

Tyle procesji z dzwonami -
Tyle już alleluja -
A moja świętość dziurawa
Na ćwiartce włoska się buja.

Wiatr gra mi na kościach mych psalmy -
Jak na koślawej fujarce -
Żeby choć papież spojrzał
Na mnie - przez białe swe palce.

Żeby choć Matka Boska
Przez chmur zabite wciąż deski -
Uśmiech mi Swój zesłała
Jak ptaszka we mgle niebieskiej.

I wiem, gdy łzę swoją trzymam
Jak złoty kamyk z procy -
Zrozumie mnie mały Baranek
Z najcichszej Wielkiej Nocy.

Pyszczek położy na ręku -
Sumienia wywróci podszewkę -
Serca mojego ocali 

czerwoną chorągiewkę

ks. Jan Twardowski Wielkanocny pacierz


Nadwyrężam ulubionego poetę, a właściwie, jak sam o sobie mówił - księdza, co pisze wiersze, bo nie umiem tak lekko  i z dystansem dźwignąć tematu wiary, jak czynił to on. 
Ale nie o tym chciałam właściwie, lecz o niedoskonałości ludzkiej. Sam Jan Twardowski - Ksiądz od Biedronek, ksiądz Paradoks, którego mamy za poetę wybitnego, odżegnywał się od takich o swej poezji określeń.   Skupiając się na rzeczach ludzkich i drobnych, pozbawionych patosu i alegorii potrafił dotknąć sedna wiary i sensu życia, jak nikt inny. W niewymyślnych skojarzeniach z codziennością i tym, co w zasięgu ludzkich zmysłów i przeciętnego rozumu pokazywał drogę do Boga, jakkolwiek każdy ma prawo pojmować go po swojemu. Tak właśnie można odczytywać jego wiersze. Religijne, ale nie natchnione. Pobożne, ale nie zapiekłe w fanatyzmie jedynie słusznego poglądu na uniwersum.
A przede wszystkim niedoskonałe, jak niedoskonały jest ich bohater - śmiertelnik, co wciąż szuka i wciąż sie waha, w co wierzyć, i czy warto. Niedoskonale - zbyt -proste, doskonale - zwyczajne, obnażające słabości i brak pewności, że wybory nasze są słuszne. 
Jan Twardowski sam długo kluczył w drodze do kapłaństwa, a jakim stał się autorytetem? Może i ja klucząca pośród raf kiedyś przyznam, że nie "jeśliś jest" lecz "z pewnością"? 
Póki co dbam o to, by moje serce byle jakim nie było, nie obrażam pychą i nie pożądam, a wszelką przesadą i zawiścią gardzę od dziecka. Może więc mieszka we mnie wiara? Z pewnością w Dobro, co zwycięża Zło i krzywdę ludzką.
Prędzej, czy później.

Ksiądz Paradoks.
Biografia księdza Twardowskiego autorstwa Magdaleny Grzebałkowskiej pojawiła się na półkach księgarń już jakiś czas temu. Ja przeczytałam ją w okresie Bożego Narodzenia. Prawie całą. Zostawiłam sobie parę stron na deser i ... zaczęłam inną lekturę. Więc właśnie w Wielkim Tygodniu doczytuję zakończenie.Taka klamra czasowa - może dobrze się stało, bo żal mi było, że tak szybko ją czytam:)
Polecam tę książkę serdecznie, także dla jej języka. Jest kopalnią anekdot, zbiorem opowieści o więziach międzyludzkich i historii wielu przyjaźni. Pomaga na skromność, pokorę i pogodę ducha. 
Każe uśmiechac się na perspektywę nieuniknionego kresu życia, który ma sens tym głębszy, im lepszym się było dla innych.
Jeśli i Wasza świętość dziurawa, jak moja, pokochacie tego Człowieka w księdzu, co był prawdziwym dusz Pasterzem, jakich dziś niewielu.



Piszę akurat w tygodniu wspomnień  o Janie Pawle II. i wierzę, że obaj Oni, duchowni i poeci, stali się ikonami kultury Słowa i odpowiedzialności za swoje czyny dla wielu także niezadeklarowanych poszukujących prawdy. Podtrzymują mnie ponadto w nadziei, że o czystość sumienia swego nie muszę się martwić. W końcu, jak obaj zapewniali, każdy może mieć tam jakiś lekko gryzący paproszek.

Spokojnych Świąt, spokoju sumienia, czystych serc i nadziei wszystkim życzę

Lewkonia