Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szkoła jest fajna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szkoła jest fajna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 kwietnia 2019

Przelotem...



Weekend w Poznaniu. Znowu stare ulubione kąty.

Króciutko, lecz odmładzająco,  jakby przez wrota czasu niedomknięte przecisnąć się i przebiec lekko, falując sukienką, przez park, mostek, plac znajomy.
Siąść na ławce w słońcu i chłonąć obudzone wspomnienia.
Uśmiech nie schodzi mi z buzi :)

Kocham to miejsce, jak kilka innych, lecz z innych powodów.
Poznaniu, wrócę nie raz do ciebie, do siebie, do nas :)













           






                             
                               

Wielkopolska pochodzeniem
Lewkonia :)

wtorek, 19 stycznia 2016

Środa
Sukienka wyprana, bluzka i dwie dyżurne spódniczki czekają odświeżone .
Co by tu... ?
Przymierzam, przykładam, mrużę oko
Tu fałdka, tu oponka.
Wiem, będzie ślicznie:)))
Idę na bal.
Jakby czas zawrócił. 

Czwartek
Jak się ma 3 okienka, to chyba można ześwirować? Można.
"Wiecie co, lecę sobie kupić buty" oświadczam koleżankom w połowie drugiej godziny. 
"Żeby miały paseczki, i były superwygodne do tańca. I tym razem nie czarne."
Myk. Poleciałam 
Gdybym sobie na każdą studniówkę kupowała nowe, miałabym ich ponad 20 par.
Ale mam jedną parę włoskich, nie- do- zdarcia na każdą okazję. 
W nich mnie kiedyś pochowają.

W drugim sklepie olśnienie, oczy mi zaiskrzyły. 
Są !
Śliczne! Z paseczkami! Zakochałam się!
Z cienkiej skórki i ... czarne ofkors.

W domu: 
Mąż pyta: 
-"Ile?" 
Ja: "fieśsiefieśśiesiąt" 
- " A to spoko"

(PS. Jak zawsze w tańcu mogłoby mi urwać nogę, a nie zauważę. 
Po balu mam pięć nowych odcisków, pęcherze i skopaną kostkę. Butki, w przeciwieństwie do mnie niemiłosiernie PIJĄ.
Ale są ŚLICZNE :) Być mną, to takie skomplikowane)

Piątek
MI - GRE  - NA
Czy mogę nic nie mówić?

Od świtu. Zapach kawy męża wywołuje dreszcz. Jestem zielona.
Czuję każdy nerw. Wylazł na wierzch i skacze po mnie. 
A pająki tak tupią pod łóżkiem...tak tupią!

Szkoła.
3 LO o dziwo JEST. Jutro bal, a oni SĄ;).
Są jak aspiryna. Jak kojący balsam. 
Samopoczucie cudownie się poprawia. Czyli nie mogę bez nich żyć?
Za to po lekcji z kl 1. gimnazjum moją głową znów ktoś gra w snookera.
Rzęsy mnie bolą!
Chcę umrzeć.
Ale jak to tak, przed balem? 
MO- WY -NIE- MA !!!

Sobota.
Do 16 nie wiem, jak się nazywam. Po pewnym DOMOWYM leku wypitym duszkiem i dłuuugiej gorącej kąpieli staję na nogi. 
Ciśnienie spada, krążenie robi jeszcze jedno szalone okrążenie i wraca na miejsce.
Mogę nawet lekko poruszyć głową na boki :)
Spokojnie. Zdążę.
Ubieram się jak zawsze - szybko:) Maluję jak zwykle, na oko:)
Włosy co drugi dzień są na tak. Jestem szczęściarą.To ten drugi .

Reszta mnie powoli wraca do życia gdy widzę ICH.
Młodych. Pięknych. Radosnych.
I wyraźnie stremowanych.
Nie opiszę, jacy śliczni i przejęci.
Coś ściska w gardle, a oczy mi się pocą.
Bo..
Patrzę na nich czułym okiem i z biciem serca.
Bo... coraz dalej "ta moja młodość co z czasu kpi".
Bo do dziś czuję zapach Jego perfum. Widzę jasny błękit oczu, a szary tweed marynarki wciąż gilgocze w policzek.
Bo każdy opuszek palca pamięta każdy rys jego twarzy.
Moja pierwsza miłość pachnie wciąż studniówką. A może odwrotnie?:)

Polonez. Tusz malowniczo rozmytym łukiem podbija mi oko. Coś mnie uwiera pod lewym żebrem.
Może serducho. A może za ciasne body.
Szampanem wznoszę toast za młodość w NICH i w nas.
Niech NIGDY nie mija i nie traci skrzydeł.
I pamięci :)

W tańcu zapominam o wszystkim, migrenie, nadwadze i lumbago.
Do rana napawam się widokiem bezgranicznego szczęścia, piękna i nieskrępowanej swobody.
Że nie wspomnę o talentach tanecznych.
I zmieniam zdanie, jakoby klasyczny balet był  nudny, niemęski, i bez jaj :)

PS. Jednak w razie zejścia poproszę te nowe buty. W życiu nie miałam takich drogich, to tam sobie donoszę. Jakby tak jakiś melanż wszystkich świętych, czy co.




Odpływam

wasza Lewkonia

PS. Pamiętacie Wasze studniówki?

piątek, 26 czerwca 2015

Czerwcowe drogi i dróżki

Dużo się w czerwcu działo, aż trudno o wszystkim dokładnie opowiedzieć, więc wrzucam fotki z krótkim komentarzem . Ku pamięci.

Gdy jeszcze miałam trochę czasu po pracy...

Tydzień później intensywny i bogaty w emocje weekend z niemieckimi przyjaciółmi



Przypadkowe odkrycia miejsc godnych polecenia - "Pozytywka" w Jeleniej Górze


Wkrótce czas zaczął przyśpieszać, ale jeszcze znalazłam go odrobinę na lampkę wina z przyjaciółkami



Kolejny tydzień, przepakowanie walizki niemal w biegu i znów wyprawa. Tym razem z klasą.
Ostatnia wspólna podróż.
Złota Praga na zdjęciach niestety przyblakła po niefortunnym upadku telefonu.
Ujęcia przypadkowe w pogoni za grupą:)










Po powrocie czekała na mnie masa bardzo terminowej pracy, sterta dokumentów do wyprowadzenia przed radą klasyfikacyjną i dopięcie spraw związanych z zakończeniem edukacji mojej klasy w naszym Gimnazjum.
Zdjęć z nocnych mych działań nie posiadam, niestety. A szkoda, że nie strzeliłam sobie selfie z oczami jak szparki raz drugi i siódmy  nad ranem na dowód :) 

Jednak zanim nastąpiło apogeum papierowego tsunami w ostatni piątek....
...ich pierwszy bal, dziewczęce skromne sukienki, pierwsze szpilki na parkiet, i te koszule z muchą:)))

Tradycyjnie już nie poważny i dostojny polonez, lecz radosna młodzieńcza i skoczna belgijka.

Początek był trudny. Za jasno i w ogóle:) 
No i jak to było z tym dwa na jeden?
Różne konfiguracje  na parkiecie...

i nie tylko.... :)))

A potem wśród z każdą chwilą coraz bardziej naglących papierów zaczęło do mnie docierać, że oto już naprawdę pożegnania nadszedł czas. I ostatnią nieprzespaną noc spędziłam na jakże wzruszającym zadaniu ułożenia dla każdego z wychowanków osobistej laurki.
To była pełna refleksji noc, jakiej się nie zapomina.
Była mi chyba potrzebna, by uświadomić sobie, jak dobrze mi z nimi było, jak cenne to było bycie ze sobą na dobre i czasem (tylko czasem) złe.

Bladym świtem syn zastał mnie przy biurku:
"Mamo, co Ty już  tu robisz tak wcześnie?"
A ja właśnie miałam zamiar położyć się na parę chwil spać:)




Kiedy już wszystko trafiło do kopert pozostało jedno....

pożegnać Ich z ogromną kluchą w gardle...


świadectwami na  5,0......(taka sobie wcale nie najwyższa w szkole średnia klasy :)


A na koniec, absolutny koniec tej drogi razem - piosenką mimo połykanych łez wyśpiewaną łamiącym się głosem na ostatnim spotkaniu w sali. Zamiast przykazań na dorosłość, co już czeka ich tuż za rogiem.
Tak, to był niezwykły miesiąc, pełen satysfakcjonującej pracy i niezapomnianych chwil.


                                 

Ostatnia rada, ostatnie podsumowania i od siedemnastej mam już wolne. I nie umiem sobie znaleźć miejsca.
Wakacje....
A ja taka jakaś.....
Ma ktoś może chusteczkę?

Wasza 
rozbita w drobny mak
Lewkonia

wtorek, 19 maja 2015

Wespół zespół, czyli ja to mam mięśnie!


Słowa mi się dziś nie kleją, ale może w trakcie się rozkręcę.
U nas ciśnienie się okrutnie waha, lecę na nos stojąc, idąc a nawet tłumacząc gramatykę, niby nie śpię, a coś jakby w malignie bredzę.
Po piątkowo-sobotnim upale od niedzieli termometry durnieją. Rano w topie, wieczorem w kożuchu.  Efekt taki, że wczoraj na popołudniowej maturze (biedne dzieci musiały w tej nieludzkiej duchocie parle france) podpierałam się długopisem, nosem, i bezwględnym faktem, żem przewodnicząca, i w razie czego wiszę.
Kolega obok sprytnie udawał, że nie śpi, skryty za przydymionymi okularami i z czołem frasobliwie wspartym na dłoni, a drugi kolega członek - ksiądz udawał, że się na Świętym Piśmie za powodzenie maturzystów modli.
Czuwałam zatem nad snem ich niewinnym błagając w duchu, by który nie zaczął chrapać, lub ze stołka nie spadł. Tłumaczyłam ich sobie, że każdy by zmorzonym się poczuł, gdyby mu tak ktoś 30 minut monotonnie   w zagranicznym języku szemrał, nawet jeśli to francuski, ale pardon, akcji w tym zawrotnej doprawdy nie było, tym bardziej seksu. No chyba, żeby dołączyli video. ( Ale umówmy się, teksty maturalne muszą być niestety przyzwoicie nudne)
Niemniej nasz zespół pracował mniej więcej tak:

Chwilę grozy przeżyłam, gdy księdzu Biblia  prawie na podłodze wylądowała,  ale na szczęście telepatycznie ściągnęłam siły nadprzyrodzone, ktore  excuzes - moi  diabelsko przystojnego duchownego do przytomności ciała doprowadziły. Ocknawszy się miał tak zdziwione oblicze, jakby  co najmniej  raj śnił utracony, a w nim zakazaną Ewę, a ujrzał mnie, cóż, bez porównania mniej atrakcyjną.
Koledze po prawicy wbijałam co rusz paznokcie w udo, dzięki czemu nie spadł ze stołka. Nie wiedzieć czemu wcale mi wdzięcznym nie był, jakby  akurat dziewice orlańskie degustował, ale jako, że historyk, to mu wypadało.
Ja zaś - cóż miałam robić w tym przedziwnym francuskim trójkącie - w zastygłej pozie ćwiczyłam mięśnie kegla, cokolwiek, żeby nie stracić kontroli nad stabilizacją omdlonego ciała, bo każda próba zmiany ułożenia wiadomo czego na krześle kończyla się pioruńskim skrzypieniem tegoż. Ci tam mnisi z Shaolin mogli by mi trampki sznurować, tak mam wyćwiczony stan "ani okiem  mrugnąć" i ledwo oddychać!
Polecam to ćwiczonko w kolejkach, na przystanku, na konferencjach i w dłużącej się podróży. Ćwiczyć tylko w pojedynkę!

To tak nawiazując do tytułu i aby zgrabnie przejść do spraw osobistych.
Bo nasz team domowo-ogrodowy też nieźle sobie daje radę z aurą. Gorzej z zakwasami, które mam nieustająco od święta pracy. Po ostatnich wygibasach wstać niedzielnym rankiem po herbatę i siąść na krześle - to był widok i efekty specjalne. Żałuję, że się nie nagrałam.  Tej całej gamy odgłosów i min, jakie wyczyniałam zginając cokolwiek. Dziś już wchodzę na parę stopni bez stękania i podciągania sobie na zmianę kolan, niemniej do wierzgania dość mi daleko. Ale za to jaka ja jestem dumna, to słów mi brak.
Wprawdzie słonko jak raz uciekło za chmury, a nawet trochę popadało, ale coś tam już można pokazać. Zastrzegam, że wciąż jest to stan " w trakcie".
Zapraszam na małą rundkę z serii:

OGRÓD, POT, KREW I ZERO URLOPU:)))

Najpierw trochę historii

Grudzień 2006 - pierwsze wejrzenie - jeszcze nie nasz, a już mam wizję:)))


Marzec 2007 - już nasz, wymarzony, i nasze te wszystkie zarośla po pas, uschnięty sad, tony gruzu i śmieci w ziemi  :) 

Wiosna  2008. Po skoszeniu kosą traw, wykarczowaniu drzewek-trupków i wstępnej orce,  reszta to ręczna robota, bez "roundupa". Próba ratowania jabłoni.  

Lato 2007 Jedyna uratowana zdziczała brzoskiwnia, do dziś wydaje ostatkiem sił jakiś owoc, lecz od roku marnieje w oczach. W tle komórka z przyklejoną do niej sławojką, w czasie półrocznej demolki w domu korzystaliśmy z niej radośnie:)


Tak ten kąt wygląda dziś - drzewo potniemy i wrzucimy pod dach wymieniony i powiększony przez nas zanim powstała weranda. Tam, gdzie była sławojka, dziś mamy drewutnię i moje ogrodnicze akcesoria, oraz mały bałaganik na czas prac.
Pnąca róża New Dawn świetnie nam tu rośnie ;)

Pierwsze "fundamenty" pod żwirowy placyk jakieś 3 lata temu - kiedyś może postawimy tu małą altankę, tymczasem podsypaliśmy tu część gruzu spod werandy ( było go więcej, niż wykorzystalismy, bo zamiast tarasu z betonowym podłożem jest konstrukcja filarowa. Ziemia przydała się do wyrównania dziur na łące. Czesiu to miał wtedy radochę. Był wciąż utytłany i przeszczęśliwy, nie mówiąc o radości kopania dołów:)


Potem było tak, dosadziliśmy drzewa i krzewy i wciąż walczyliśmy z perzem ( akurat na tym gruzie nie rosły nawet malownicze mniszki)

Po poprowadzeniu ścieżki jak to pokazałam post wcześniej, można już było pociągnać temat. Chociaż najpierw powinnam wymurować obrzeże, nam wypadło akurat odwrotnie, bo żwir przywieźliśmy wcześniej. No to Zbychu sypał i sypał i sypał. 4 tony.

I rozwijał tę folię:))))


A ja robiłam to, co lubię najbardziej:) - wywijałam kielnią, waliłam młotkiem, takie tam dziewczyńskie gadżety:)



To właśnie efekt ostatniego weekendu

Widok z dziś na lewo


Na środek


 I na prawo, proszę wycieczki.
Widać zalążek ścieżki do sąsiadów i niedokończone obrzeża, ale teraz to już pójdę jak burza:))))


Ej, chyba tu coś dorobię, bo mi się takie kanciaste zrobiło z prawej. A ileż to roboty w końcu!
Jeszcze trzeba zmienić stopnie schodów i poręcz, bo taka prowizorka przy takich marmurach noniemożetakbyć :)To wapień naturlich, zszarzeje po latach ładnie.  
(O, niezapominajka się posiała:)

Jejku, z przerwą na kuchenne działania i Agatę piszę już od 18!
Więc zmykam, bo oczka mi się kleją. Ale ładnie jest, co? choć to jeszcze nie szczyt wszystkiego i marzy mi się pergola ( widzę ją, ach!) różana, albo mieszana, i jakaś mała altanka, ale przecież urządzamy się dopiero 8 rok, to czegóż chcieć więcej tak OD RAZU :))))) 
Ciekawe, czy to będzie funkcjonalne rozwiązanie, jakby co, znowu posiejem trawę i już:)

PS. A zza świerka za żwirowym placykiem coś tam wygląda nieśmiało, co przecudnie pachnie. Zgadniecie co? 

Ostatkiem sił ściskam i idę relaksować swe mięśnie tego i owego ;)

Bon nuit!
Lewkonia'


polecam

Ojcowie i córki

 Przeczytałam kiedyś, że wszyscy jesteśmy zranionymi dziećmi. To zdanie wraca do mnie w gorszych momentach i im jestem starsza, tym głębiej ...

ulubione