Słowa mi się dziś nie kleją, ale może w trakcie się rozkręcę.
U nas ciśnienie się okrutnie waha, lecę na nos stojąc, idąc a nawet tłumacząc gramatykę, niby nie śpię, a coś jakby w malignie bredzę.
Po piątkowo-sobotnim upale od niedzieli termometry durnieją. Rano w topie, wieczorem w kożuchu. Efekt taki, że wczoraj na popołudniowej maturze (biedne dzieci musiały w tej nieludzkiej duchocie parle france) podpierałam się długopisem, nosem, i bezwględnym faktem, żem przewodnicząca, i w razie czego wiszę.
Kolega obok sprytnie udawał, że nie śpi, skryty za przydymionymi okularami i z czołem frasobliwie wspartym na dłoni, a drugi kolega członek - ksiądz udawał, że się na Świętym Piśmie za powodzenie maturzystów modli.
Czuwałam zatem nad snem ich niewinnym błagając w duchu, by który nie zaczął chrapać, lub ze stołka nie spadł. Tłumaczyłam ich sobie, że każdy by zmorzonym się poczuł, gdyby mu tak ktoś 30 minut monotonnie w zagranicznym języku szemrał, nawet jeśli to francuski, ale pardon, akcji w tym zawrotnej doprawdy nie było, tym bardziej seksu. No chyba, żeby dołączyli video. ( Ale umówmy się, teksty maturalne muszą być niestety przyzwoicie nudne)
Niemniej nasz zespół pracował mniej więcej tak:
Chwilę grozy przeżyłam, gdy księdzu Biblia prawie na podłodze wylądowała, ale na szczęście telepatycznie ściągnęłam siły nadprzyrodzone, ktore
excuzes - moi diabelsko przystojnego duchownego do przytomności ciała doprowadziły. Ocknawszy się miał tak zdziwione oblicze, jakby co najmniej raj śnił utracony, a w nim zakazaną Ewę, a ujrzał mnie, cóż, bez porównania mniej atrakcyjną.
Koledze po prawicy wbijałam co rusz paznokcie w udo, dzięki czemu nie spadł ze stołka. Nie wiedzieć czemu wcale mi wdzięcznym nie był, jakby akurat dziewice orlańskie degustował, ale jako, że historyk, to mu wypadało.
Ja zaś - cóż miałam robić w tym przedziwnym francuskim trójkącie - w zastygłej pozie ćwiczyłam mięśnie kegla, cokolwiek, żeby nie stracić kontroli nad stabilizacją omdlonego ciała, bo każda próba zmiany ułożenia
wiadomo czego na krześle kończyla się pioruńskim skrzypieniem tegoż. Ci tam mnisi z Shaolin mogli by mi trampki sznurować, tak mam wyćwiczony stan "ani okiem mrugnąć" i ledwo oddychać!
Polecam to ćwiczonko w kolejkach, na przystanku, na konferencjach i w dłużącej się podróży. Ćwiczyć tylko w pojedynkę!
To tak nawiazując do tytułu i aby zgrabnie przejść do spraw osobistych.
Bo nasz team domowo-ogrodowy też nieźle sobie daje radę z aurą. Gorzej z zakwasami, które mam nieustająco od święta pracy. Po ostatnich wygibasach wstać niedzielnym rankiem po herbatę i siąść na krześle - to był widok i efekty specjalne. Żałuję, że się nie nagrałam. Tej całej gamy odgłosów i min, jakie wyczyniałam zginając cokolwiek. Dziś już wchodzę na parę stopni bez stękania i podciągania sobie na zmianę kolan, niemniej do wierzgania dość mi daleko. Ale za to jaka ja jestem dumna, to słów mi brak.
Wprawdzie słonko jak raz uciekło za chmury, a nawet trochę popadało, ale coś tam już można pokazać. Zastrzegam, że wciąż jest to stan " w trakcie".
Zapraszam na małą rundkę z serii:
OGRÓD, POT, KREW I ZERO URLOPU:)))
Najpierw trochę historii
Grudzień 2006 - pierwsze wejrzenie - jeszcze nie nasz, a już mam wizję:)))
Marzec 2007 - już nasz, wymarzony, i nasze te wszystkie zarośla po pas, uschnięty sad, tony gruzu i śmieci w ziemi :)
Wiosna 2008. Po skoszeniu kosą traw, wykarczowaniu drzewek-trupków i wstępnej orce, reszta to ręczna robota, bez "roundupa". Próba ratowania jabłoni.
Lato 2007 Jedyna uratowana zdziczała brzoskiwnia, do dziś wydaje ostatkiem sił jakiś owoc, lecz od roku marnieje w oczach. W tle komórka z przyklejoną do niej sławojką, w czasie półrocznej demolki w domu korzystaliśmy z niej radośnie:)
Tak ten kąt wygląda dziś - drzewo potniemy i wrzucimy pod dach wymieniony i powiększony przez nas zanim powstała weranda. Tam, gdzie była sławojka, dziś mamy drewutnię i moje ogrodnicze akcesoria, oraz mały bałaganik na czas prac.
Pnąca róża New Dawn świetnie nam tu rośnie ;)
Pierwsze "fundamenty" pod żwirowy placyk jakieś 3 lata temu - kiedyś może postawimy tu małą altankę, tymczasem podsypaliśmy tu część gruzu spod werandy ( było go więcej, niż wykorzystalismy, bo zamiast tarasu z betonowym podłożem jest konstrukcja filarowa. Ziemia przydała się do wyrównania dziur na łące. Czesiu to miał wtedy radochę. Był wciąż utytłany i przeszczęśliwy, nie mówiąc o radości kopania dołów:)
Potem było tak, dosadziliśmy drzewa i krzewy i wciąż walczyliśmy z perzem ( akurat na tym gruzie nie rosły nawet malownicze mniszki)
Po poprowadzeniu ścieżki jak to pokazałam post wcześniej, można już było pociągnać temat. Chociaż najpierw powinnam wymurować obrzeże, nam wypadło akurat odwrotnie, bo żwir przywieźliśmy wcześniej. No to Zbychu sypał i sypał i sypał. 4 tony.
I rozwijał tę folię:))))
A ja robiłam to, co lubię najbardziej:) - wywijałam kielnią, waliłam młotkiem, takie tam dziewczyńskie gadżety:)

To właśnie efekt ostatniego weekendu
Widok z dziś na lewo
Na środek
I na prawo, proszę wycieczki.
Widać zalążek ścieżki do sąsiadów i niedokończone obrzeża, ale teraz to już pójdę jak burza:))))
Ej, chyba tu coś dorobię, bo mi się takie kanciaste zrobiło z prawej. A ileż to roboty w końcu!
Jeszcze trzeba zmienić stopnie schodów i poręcz, bo taka prowizorka przy takich marmurach noniemożetakbyć :)To wapień naturlich, zszarzeje po latach ładnie.
(O, niezapominajka się posiała:)
Jejku, z przerwą na kuchenne działania i Agatę piszę już od 18!
Więc zmykam, bo oczka mi się kleją. Ale ładnie jest, co? choć to jeszcze nie szczyt wszystkiego i marzy mi się pergola ( widzę ją, ach!) różana, albo mieszana, i jakaś mała altanka, ale przecież urządzamy się dopiero 8 rok, to czegóż chcieć więcej tak OD RAZU :)))))
Ciekawe, czy to będzie funkcjonalne rozwiązanie, jakby co, znowu posiejem trawę i już:)
PS. A zza świerka za żwirowym placykiem coś tam wygląda nieśmiało, co przecudnie pachnie. Zgadniecie co?
Ostatkiem sił ściskam i idę relaksować swe mięśnie tego i owego ;)
Bon nuit!
Lewkonia'