poniedziałek, 14 grudnia 2015

POCZUĆ ŚWIĘTA


Taka refleksja...
Asia na swoim blogu porusza między wierszami temat, który i ja trąciłam ostatnio. A który staje się aktualny co roku o tej samej porze i wzbudza w nas zdziwienie - jak to się działo, że kiedyś... było inaczej, jakoś pełniej przeżywaliśmy święta, i jak  radziliśmy sobie z brakami wszelkimi, a jednak ... nie brakowało nam czasu.
Na celebrowanie, na radość, na odpoczynek. Możliwe, że jako dziecko i nastolatka miałam nieco inne odczucia, niż mama. Ale jednak byliśmy więcej razem, niż widzi się dziś w przeciętnej rodzince pl. Biedniej nam było i ciaśniej, lecz... bliżej do siebie
Jak sobie urządzić święta zatem, by je POCZUĆ?
Nie zastanawiając się napisałam to, co poczułam. Co czuję od jakiegoś czasu :

"Asiu, częściową odpowiedź znajdziesz w moim poście, i w postach, których .... nie napisałam z powodów, o których nie będę światu zawracać głowy, nie tylko na nas spadają nieszczęścia. Kilkorgu kolegom ostatnio, tej jesieni, odeszli rodzice, po kolei ściskamy się współczując i coraz bardziej dociera do nas, że odchodzi tamten świat, z którego wyszliśmy w dorosłość przekonani, że jest i wieki będzie tuż tuż na wyciągnięcie ręki. Samo wyobrażenie nagłej pustki, jaka gdzieś tam czyha, nie daje spać.
Od lat kilku powoli odrywają się też od gniazda nasze dzieci, wracają na wakacje, na święta , na chwilę urlopu ( tak, starszy syn od 2 lat już nie ma wakacji, lecz urlop, i to też dni kilka, bo kocha pracę, na razie:) Więc to, czego pragnę pod choinkę najbardziej na świecie są ... oni właśnie. Nieważne, co zjemy ( no, byle była ryba, mak i pierogi:) ale że... razem. Od rana do późnego wieczora kleję się do nich i napatrzam na zapas, i karmię i słucham, i śmieję się starając zapamiętać tę błogość bycia blisko nich, ich zapach i śmiech. Aż mi teraz ciekną łzy po policzkach. Bo życie się tak bardzo kurczy, i tych chwil w miarę (dla nich ) beztroskich, które na razie dzielą tylko z nami, jest coraz mniej. 
A czemu nie mamy teraz tyle czasu, co nasi rodzice kiedyś? Po kilkugodzinnych ogonkach za zwykłym karpiem, kawałkiem szynki czy pomarańczami czas był. Sama dobrze te lata "stania" pamiętam. Stało się rodzinnie, wrecz całymi klatkami z bloku. I ... wszyscy byliśmy ( ja, moi koledzy, ich rodzeństwo) bez wyjątku w tą całą logistykę zaangażowani.W domu też, nikt nie zrzucał roboty na jedną mamę, a mamy nasze pracowały tak samo, czasem na 3 zmiany, nie w biurach, lecz fizycznie, mało która była "umysłową". I bez tego sprzętu co teraz, bez cateringu,gotowych potraw, aut, którymi dziś na zakupy nawet do pobliskiej piekarni zajeżdżają z fasonem nasi nowi sąsiedzi, wszystko było , a najbardziej była ... ATMOSFERA. No i kto nam ją popsuł? Kapitalizm? Czy nasze nienasycenie dobrami? Sami sobie jesteśmy winni, jeśli czujemy, że czegoś nam brak, i nie wiemy czego. 
Miłości, szczerości relacji i umiaru. Ot co, tego nam właśnie brak najbardziej. I przedświąteczny czas powinien dać nam do myślenia, zanim kolejny raz popsujemy sobie te niepowtarzalne chwile w roku. A może w życiu."

Życzę zatem radosnych i spokojnych dni ZANIM siądziemy do Wigilii. 

Lewkonia

sobota, 12 grudnia 2015

Mimo wszystko święta



W tym roku będzie  u nas wyjątkowo kameralnie i cicho. Poważne zdrowotne powikłania nie pozwalają, jak to było dotąd przez 30 lat, zasiąść z nami do wigilii naszym seniorkom. Przygotowań z wielkim rozmachem zatem też nie będzie, bo nastrój nie ten. Ale pomyślę o jakimś akcencie, który rozweseli nieco okolice stołu, by choć przez parę dni myśli nie krążyły jedynie wokół przykrych spraw.

Ozdabianie domu zawsze było moją domeną. Bardzo to lubię i tylko ja mam jako takie zdolności plastyczne, reszta podaje bombki, gwoździe, i trzyma stołek :)))
Gdy myślę o świętach, widzę kolory, których nie ma w domu na codzień. I choć podobają mi się oszczędne i monochromatyczne, zimne kolorystycznie aranżacje, to jednak u nas zawsze jest czerwień, zieleń, drewno, leśne skarby, ptaszki, jabłka, i kolorowe pierniki.
Nawet tak skromnie w zeszłym roku  przystrojony dom (czego przyczyny są nadal w tym roku dla naszej rodziny brzemienne w skutków dalszy ciąg) miał mocny akcent w postaci czerwonego obrusa na stole i tradycyjnie świerkowego stroika.
Wszelkie kuchenne działania prowadzone będą również pod moim dyktatem :) Planuję duże ilości niewielu potraw. Żeby się nie zapętlić w masie dodatków, które zwykle generują najwięcej kosztów i powodują więcej pracy. 
Lubię sobie niektóre rzeczy przygotować wcześniej, albo mieć zamrożone surowce, żeby w razie potrzeby ostatecznie dzień wcześniej coś wyjąć z lodówki i zrobić raz dwa świeżą potrawę, bez ciśnienia, że musi być od razu 12  potraw na całe święta. 
Zacznę jutro od kapusty z grzybami na farsz. Pierniki być może też uklecę, ale niewiele, bo mam jeszcze podarowane przez przyjaciół zeszłoroczne. Takie były ładne, że aż szkoda, a w puszce trzymają się świetnie:)
A tu moje inspiracje, takie zwyczajne, tradycyjne bez silenia się na oryginalność. Szkoda mi energii na pogoń za modami. I tak dobrze, że w tym roku już mam posprzątane nasze kąty :)))







Pozdrawiam serdecznie 
Wasza   
LWKONIA :)))

                    


niedziela, 18 października 2015

Ciepełko :)


W domu zmiana dekoracji na okoliczność chłodu i dżdżu :))) Komu herbaty z rumem?





 A w górach mgły i deszcz, ale i tak pięknie:








Pozdrawiam ciepło
Lewkonia

czwartek, 15 października 2015

Nic śmiesznego

Ech, smutne to wszystko ostatnio, co się wyrabia. Jakoś nie chce mi się gadać, a dzisiejsze "święto" i tradycyjna już nagonka na nauczycieli w TYM dniu jeszcze bardziej mnie zdołowały.
Niemniej pomyślałam, że trzeba by tu pajęczyny zgarnąć, wywietrzyć, kwiatki podlać, no to wpadłam na chwilę.
Zostawiam taki oto obrazek, jakoś tak oddaje mój stan ducha.
Pozdrawiam serdecznie  i zmykam:)

czwartek, 20 sierpnia 2015

Powrót do domu

Urlop już dawno za nami, ale wciąż powracają zapachy, obrazy i to szczególne uczucie, że dzieje się coś wyjątkowego, co wszystkimi zmysłami trzeba chłonąć i się "natychać" na zapas. Takie intensywne przeżywanie każdej najdrobniejszej odmiany w naszym życiu ma to cudowne działanie, że starcza nam ich na dłuuugie lata, a wspomnienia, o zawsze świeżych barwach, odżywają niczym skondensowane zamknięte w słoju szczęście. I gdy odkręcić wieczko....


Piszę dość nieregularnie, ale wierzcie, że moim (bardzo bardzo otwartym i uważnym) umysłem co rusz targa żądza notowania, spisywania, utrwalania różnych czasem na pozór niepozornych zdarzeń, wrażeń , jakiegoś ułamka chwili, odprysku codzienności, rozbłysku własnej wyobraźni, i ... no właśnie... i nie nadążam za sobą, za czasem, za tą żadzą:) Ale szkicuję, notuję, i kiedy tylko mam przypływ weny i chwilę swobody, staram się to uładzić, uczesać, nadać jakąś miłą oku formę. Byle nie wyszło zbyt wymodelowane to, co się uda sklecić, bo to wtedy nie ja, gdzie spontaniczność często bierze górę nad planem. I tak cały ten wstęp jest właśnie samosiępiszący. Ja tylko stukam w klawisze:)
No więc...

Już jakiś czas temu powstał ostatni odcinek zapisków podróżnych, naskrobanych w kajecie, całkiem inny, niż mi się pisał w głowie, i nie jestem w najmniejszym stopniu tym zawiedziona, bo tak też bywa - tak słodko-gorzko. Taka kropelka goryczki w dobrym winie po to, by je bardziej zapamiętać. By nie uronić ani kropelki tego, co zwykle sączymy bezmyślnie łapczywie, nie wiedząc, że to właśnie szczęście nasze.
To zapraszam:



"Z kajetu podróżnego część 3 i ostatnia

POWRÓT DO DOMU


U nas wszystko w porządku. Wróciliśmy z urlopu cali i zdrowi, piękniejsi i biedniejsi, ale... myślę, że znowu mądrze doświadczeni. CALI I ZDROWI, podkreślam nie bez kozery.
Gorzej miało się nasze Punto.
Autko nasze kochane zawsze wie, kiedy sobie może pozwolić na psikus. Najczęściej, gdy akurat są jakieś nadwyżki budżetowe ( np. dodatek urlopowy), mamy zamiar wreszcie zrealiować jakieś szaleństwo pt. nowy ciuch, albo składamy na inną fanaberię np. tonę ulubionego kamienia na ścieżkę czy cóś. Takie tam wielkie plany. No i wtedy nasz Kropek robi stójkę i powiada „Prrr, hola, hola, nie tak szybko, szlachto uboga w ząbek szarpana, od kwartału NIC mi nie wymienialiście, to ja dalej nie jadę.” I dąs jak stąd do Krakowa.
No i w Słupsku poczułam swąd, a potem kierownica przestała się obracać, chyba, że na cztery ręce, potem przymusowe lądowanie i....
Przemiły i uczynny pan na parkingu przed domem, gdzie się zatoczył Kropek, wskazał kierunek i skrót do warsztatu, oraz wydał wyrok, który potwierdzał nasze przypuszczenia, że spalił się alternator.
Ta chwila, dosłownie minuta - dwie od pierszego symptomu – dymku spod maski, do wydania diagnozy, jak się okazało słusznej, mogła być najgorszą w tej podróży i w całym tym tygodniu, radosnej pełnej wrażeń beztroski, a okazała się najlepszą rzeczą, jaką przeżyliśmy ostatnio razem.

To JAK ją przeżyliśmy razem było bardzo ważne i wzięło się niechybnie stąd, że my naprawdę w ciągu ostatniego roku poznaliśmy bardzo głęboko znaczenie słowa PROBLEM. Poznajemy je codziennie w coraz nowszej nierokującej poprawy postaci.
Myśl – iskra przebiegła mi przez głowę i wypowiedziała się sama, zanim ją pochwyciłam. Usłyszałam samą siebie mówiącą spokojnie – „Kochanie, spokojnie, to TYLKO AWARIA”
Bez zaciśniętych zębów, by nie wybuchnąć, bez zaplecionych dłoni, które pierwsze zawsze wiedzą, że się denerwuję, po prostu stwierdziłam, że JEST DOBRZE, BO TO TYLKO AWARIA. I głęboki oddech ulgi.
Nie palimy się na zatłoczonej autostradzie, nie wpadliśmy w oko cyklonu, ominęły nas potężne karambole na A1, mamy jeszcze parę stów na koncie , najwyżej nie będzie nowej marynarki dla Z, jest sobota, a nie niedziela, i wszystko da się jeszcze zmienić na dobre. 
Będzie dobrze!
Jedziemy do warsztatu pełni spokoju i przekonania, że nic to. Że trochę czasu, trochę pieniędzy i nie ma czym się martwić. Po drodze mijamy jednak stację i salon Fiata, więc zajeżdżamy tam, zamiast do warsztatu.
 I od progu ogarnia nas błogi stan, jakiego się doświadcza, gdy ktoś się nami przejmie, zrozumie w lot i nie widzi problemu, że nam na czymś zależy już, teraz, zaraz. I do tego się uśmiecha, proponuje herbatę z cytryną na upał, daje auto zastępcze, by sobie coś tam móc załatwić w mieście, zabawia rozmową i dyryguje podwładnymi, by „załatwili klienta” jak najlepiej i w dobrym stylu. 
Ale bez nieszczerych umizgów, wyczuwalnej na kilometr woni fałszu, bez zacierania rączek, że trafił się naiwny desperat, co to chętnie przepłaci.
Wzruszające, byłam wśród swoich, choć obcych.
Uczciwość, rzetelność i solidne podejście do swoich zadań, jakie to proste, prawda? Jak wiele od tego może zależeć. I jeszcze ten szczery, dodający otuchy uśmiech. Nie mogliśmy się lepiej „zepsuć”.
Żarty nas się też trzymały. Mąż mój zaproponował, bym „ skoro już tu jesteśmy, kochanie” wybrała sobie jakiś nowy model ZAMIAST, ale nie mogłabym Kropkowi tego zrobić, przecież się starał, jak mógł, i zatoczyl się biedak mimo kontuzji aż 3 kilometry z tlącym się czymś pod maską. No jakbym mogła:). To chyba miłość, no nie?:) Trudna, ale jednak...
W dwie godziny ściągnięto część, wymieniono, zlustrowano resztę co najistotniejszych organów, kabelków, płynów i świateł, a ja nawet nie zauważyłam upływu czasu, nie czując ani stresu, ani jakiegoś nadzwyczajnego odrealnienia. Nic. Po prostu zawiesiłam się pomiędzy tą chwilą sprzed awarii, a wyjazdem z „salonu”, jakby tak właśnie miało być. 
Panowie na pożegnianie uprzedzili, że będzie telefon z Turynu, taki kontrolny, czy wszystko OK. 
Rachunek nie zwalił nas z nóg, choć mógł, bo to 1/3 całego naszego pobytu łącznie z paliwem na dojazd. Po prostu nie mogliśmy się lepiej popsuć. Palec boży w tym, że sobota, że nie zadupie, że nie A4 w deszcz, i że cali i zdrowi.

Wtedy jeszcze nie wiedziałm, że jednak będzie A4 w deszcz, i korek i zator i ciary, ale siedząc nocą ponad 2 godziny w niemal pozbawionym dostępu powietrza aucie tak blisko domu, że się chciało iść na piechotę [
 odcinek Wrocław -Opole, czyli rzut kamyczkiem do domu], patrząc na poprzedzającą nas burzę i auta, które co chwila „wysiadały” na tej nieszczęsnej „autostradzie śmiechu przez łzy”, denerwowała mnie tylko jedna myśl – dlaczego każą sobie za tę farsę płacić.
 Bo rozumiem remonty, bo uprzedzali i mogłam jechać 94 krajową, bo trzeba czasem coś spieprzyć, by było lepiej. Ale dlaczego ja mam płacić za drogę, po której jadę średnio 30 na godzinę? Czemu na ten czas nie można po prostu wjechać sobie za darmo, jak ktoś taki uparty, jak my i mu się chce ????

I tu mamy konkluzję - zderzenie dwóch światów. Malej lokalnej stacyjki diagnostycznej, której zależy na człowieku i jego opinii, i jakiejś wielkiej firmy, której na człowieku, na setkach, tysiącach zadowolonych człowieków NIE ZALEŻY!!!!
Dlatego nie pozwolę nikomu mówić, że W TYM KRAJU dzieje się ogólnie źle i beznadziejnie, bo dzieje się tak w niektórych głowach i sercach. 
Bo mimo wszystko nawet takiej „beznadziejnej Polsce” trzeba oddać to, że się zmienia na lepsze, pięknieje, buduje się, tylko trzeba umieć to dostrzec, czasem dać jej szansę i ją pozwiedzać, czy może bredzę, bo się spiekłam na plaży? (...)
"

Tydzień później w dokładnie tym samym miejscu na autostradzie, gdzie staliśmy w korku, na dwa auta najechała rozpędzona ciężarówka. Trzech podróżnych nie  wróciło tego dnia do domu. I już nie wróci....
A ja od tamtej pory, gdy o tym usłyszałam, jeszcze mocniej wpatruję się w każdy detal, jeszcze intensywniej staram się przeżyć daną chwilę, czy jem, czy czytam, czy idę po chleb. A jak mam pod ręką coś, w czym da się notować...
Ostatnio częściej była to komórka i króciutkie wpisy na fejsie, ale znów mam swój komputer sprawny i wracam, jak do siebie do domu...

niedziela, 9 sierpnia 2015

Weranda jak plaża

Ukrop!
Marzę o wodzie, morskim piachu i dużych falach. Wciąż żyjąc wspomnieniami wakacji urządziłam prawie plażę na werandzie, choć ostatnio korzystamy z niej głównie wieczorem.

Wczoraj na naszą wieś spadła gorąca ulewa, więc niemal zmiotło nam tę plażę jednym potężnym podmuchem. Na szczęście w porę zauważyłam, że letni deszcz gwałtownie zamienia się w morze... padające z nieba:) I to w dodatku z południowym wiatrem, więc dosłownie pływaliśmy na tej naszej plażo- werandzie. Ale radość z ochłody była ogromna, choć krótka, dziś po wieczornym chłodku ani śladu. Sauna!
Zdjęcia pochodzą "sprzed" ulewy, dziś będzie małe przemeblowanie.






W rolach głównych wystąpili:
Konar przywleczony z  plaży w Rowach, kamienie wyławiane z wody i wybierane spośród tysięcy innych ślicznych i niepowtarzalnych, piasek tradycyjnie wieziony butlami w celu obdzielenia przyjaciół, muszle... kupione:))) Reszta, to wykopaliska domowe - sznurek z obi, latarenka z Agaty po przecenie wieki temu, taca znaleziona zimą przypadkiem w TkMax,  fouta zakupiona specjanie na okazję morskiej wyprawy, nietania, ale jaki kolor:), japonki z Auchan za dychę, książka od Owcy - wygrana:), poduchy z Jyska po 4 zł sztuka, serwetki w pepitkę - nasz kochany Pchli targ (majątek - po 2 złote:), kosz na pledy z alle... 20 zł, słoiki po ogórkach  i stary stół z Bytomia z odłupanym blatem ( śląski taki) - bezcenny:))).
Aha, nowe ( z maja)  są jeszcze ławeczki -  znalezione przez alle... , ta bez oparcia zdaje się niecałe 70 a z oparciem 90 zł, od producentów, i wciąż myślę, jakby je tu pomaziać:))) jakby ktoś takie chciał, poszukam namiarów.

Ostatnie dni nie nastrajają zbyt pracowicie, ogród leży odłogiem, bo jak go kocham, to zdrowie mi jeszcze droższe, ale plony jeść trzeba. Więc pozbierałam, co mi tam wyrosło i wyszły mi takie oto letnie obiadki:




Życzę deszczu i sił by przetrwać ten tydzień!
A potem znów słońca, bo kiedyś za nim zatęsknimy:)))

Lewkonia







sobota, 8 sierpnia 2015

Z kajetu podróżnego cz. 2

Są takie miejsca, gdzie się czuje u siebie, choćby się było tam pierwszy raz. Czemu? Bo aura tego miejsca spełnia nasze tęsknoty, pragnienia i  wyobrażenia o tym, czego nam brak akurat. Dla nas takim kryterium jest cisza, święty spokój, brak pośpiechu i zgiełku, dokładnie jak w poprzednio opisywanych naszych malutkich podróżach tam, we wcześniejszym wcieleniu tego bloga, a może i w postach, które skasowałam.
Słowiński Park Narodowy i jego otulina już raz, 10 lat temu, gościł nas. I odtąd tęskniliśmy za tym miejscem, mimo, że polskie wybrzeże ma tyle pięknych i wciąż nieodkrytych ( i dobrze) zakątków. Dlatego w tym roku te Rowy, choć nie tak cichutkie, jak Czołpino czy Smołdzino. Żeby sprawdzić, czy nadal jest tam tak nieatrakcyjnie dla poszukujących zadeptanych i gwarnych szlaków. Otóż jest tak nadal:)))

Tu byliśmy poprzednio, do morza był kawałek autem i cudnymi leśnymi drożynami przez teren PN

Czołpino z latarnią morską  i ogromne wydmy oraz trasy PN to coś pięknego:)

Poza wydmami Czołpińskimi  jest w tych okolicach kilka ciekawych tras przyrodniczych  w lasach i wokół jezior, w tym wokół jeziora Gardno - większość jego akwenu jest niedostępna dla ludzi, a cały akwen objęty jest strefą ciszy, można jedynie surfować i to w wyznaczonych miejscach. Oczywiście leży ono w całości w Parku Słowińskim.
Poprzednio objeździliśmy/obłaziliśmy tereny na zachód od Gardna (aż po Łebsko i skansen Kluki) zahaczając o jego południowy brzeg (zdjęcia powyżej wskazują na ciekawe miejsca), tym razem postanowiliśmy sobie pozwiedzać północną i wschodnią stronę akwenu.
I tak na trzeci dzień pobytu w Rowach wybraliśmy się na wycieczkę rowerową, która całkiem niespodzianie zakończyła się o wiele dalej, niż zakładaliśmy:)
Nie będę się rozwodzić nad pięknem leśnych czy polnych traktów, świdrującą w uszach ciszą przetkaną cudnymi odgłosami natury, powietrzem przesyconym zapachami łąk i wytęsknionym smakiem kurzu bezdroży. Bo mogłabym stworzyć kolejną powieść z opisami na (ilościową rzecz jasna) miarę "Nad Niemnem", a kto czytał, ten wie, nie da się przebrnąć:))) Więc polecam ciekawym poczytać o faunie i florze tych terenów, gatunkach chronionych ( min, orzeł bielik i orzeł przedni mają tu sporo gniazd, ale są to zaledwie dwa z tysięcy gatunków tu występujących) a ja oddaję głos zdjęciom i komentarzom w skrócie:)

 No jak widać oponki mam i ja:) To kolejny argument za taką ucieczką-wycieczką. Trasa rowerowa wiedzie wokół jeziora i łączy się z innymi, min szlakiem zwiniętych torów.

 Jedna ze stacji, do której mieliśmy dojechac i zawrócić. Ale było tak pięknie... że pojechaliśmy na południe, skąd droga była już tylko jedna:)))

 Po drodze głodne wrażeń oczy wyławiały co rusz obiekt godny fotki. Toteż jechaliśmy o 2/5 czasu dłużej:)))

 Dzięki zamiłowaniu męża do krówek, wiem na bieżąco, co przyniesie niedaleka przyszłość. On mi z nich po prostu wróży, nie żeby chciał pojeść:))) Tym razem wywróżył mi.....:))))No dokładnie tak:))))


 Bezdroża, ani żywego ducha, tylko wiatr i kilometry ciszy

 Romantyczne grążele

 Orzeł przedni (jeśli się nie mylimy) mąż lornetką upolował, ja ledwo co namierzyłam...
 O, lornetka męża:)

 Dziewanny rosły tu jak agawy:)))

 Następna stacja - surfcamp w Retowie, gdzie byliśmy i poprzednio:) Nadal jest odludnie, nie ma tam nic prócz budki z kawą:) Z Gardny Małej kawałek asfaltem i znów w dzicz:) W ogóle należy trzymać się trasy rowerowej, bo inaczej nici z przyrodniczych uniesień. Szosą i trudniej i dalej  i bez sensu:)

Woda sięga do kolan po środek jeziora, bezpiecznie dla dzieci, zero jazgotu, leniwie płynie czas, no, tu się wypoczywa!

 Wyspy lęgowe mew


Złota łuska rzęsy na strumieniu


 Taki drogowskaz:)

 Wieża widokowa na odludziu


I widoki z niej
A kuku:)
Żurawie, całe rodziny pochowane w trawach:)))

I aligator:))) W każdym razie z daleka:)))

I tak od jednego punktu na mapie do drugiego okrążyliśmy całe jezioro, w sumie jakieś 25 km, ale nawet ja dałam radę, zwłaszcza, że się baaardzo często zatrzymywaliśmy :)
Jedno "ale", jakby ktoś kiedyś coś - część trasy wyłożona jest starymi betonowymi płytami z dziurkami. Więc bez amortyzatorów pod siodełkiem i kierownicą .....  uuuuuułaaaaaa!!!! Trzy dni mnie jeszcze trzęsło:))))


Kończąc tę część relacji polecam gorąco tamte tereny dla prawdziwych piechurów i turystów  z odkrywczą naturą:)
Pozdrawiam marząc o jakimkolwiek mokrym akwenie:)

Lewkonia

PS Czerwona Szopa - nasza ulubiona,  miejsce warte wypadu. A jaka pusta plaża:))) Tym razem tam nas nie było. Może kiedyś odnajdziecie?