Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DIY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DIY. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 marca 2018

Refleksje schodowe. ( z zamiarem wywołania uśmiechu, ale bo ja wiem, czy wyszło)

Ile razy zdarzyło się Wam wygarnąć komuś tak, że aż mu poszło w pięty, ... jak się już pożegnaliście?
Na ten przykład bezczelnemu kierowcy, fałszywej koleżance, cynicznemu lekarzowi?
Kiedy to zbici z tropu, a pełni buzującego w was oburzenia szukaliście zszokowani słów inteligentnej riposty, lub nie zdoławszy jeszcze pojąć, co właściwie zaszło, nim dotarł do waszego ośrodka reakcji na chamstwo impuls:  " Biiip, właśnie zostaliśmy obrażeni/ zlekceważeni/ zrobieni w trąbę" - sprawca oddala się, lub my sami odchodzimy zatkani, jakby obuchem ktoś palnął nam w głowę?
Znacie takie uczucie, gdy nagły przypływ weny wydobywa wreszcie z odetkanej krtani potok słów o najwyższym kunszcie oratorskim, argumentacyjnym, "dykcyjnym" i błyskawicznie układa się w ciąg logiczny, że aż szkoda, że ... nikt nie słyszał? I szlag trafia cały ten kunszt?
"Nooooo, ale mu wygarnęłaś" - słyszę wtedy swoje wkurwione alter ego, i ta bezpardonowa autoironia jeszcze bardziej podsyca palące uczucie "jakby w pysk dał".
"A gdzie byłaś mądralo, jak trzeba było się popisać swoim ciętym językiem?" - odpalam sama sobie. Dodam, że w sprzyjających warunkach mogłabym się odgryźć w pięciu językach, a i parę gwar by się znalazło. No, ale to trzeba mieć refleks. Sam mgr, dwa fakultety i fantazja to za mało.


 I takie dialogi wewnętrzne, ten o parę kroków, chwil, mgnień oka, ale bywa i godzin kilka spóźniony przypływ bohaterskiej żądzy odwetu, po mojemu nazywam refleksją schodową. Bo jak już jestem na umownym parterze, to mnie ta franca zawsze nachodzi, a nie te parę pięter wcześniej, gdzie mnie umysłowo skotłowano, i gdzie wszelkie me walory intelektualne poszły się bujać na drzewo :)
Albo może macie w najbliższym otoczeniu takie pełne najszczerszych chęci osoby, co zawsze chętnie doradzą: "To trzeba było mu powiedzieć..."? (Uwielbiam!!!)
Bo ja tak. Trzy razy tak!
Nie wymienię z nazwiska, bo czytają :)

I tak się zastanawiam, czemu zdarza się to tak inteligentnym, ułożonym  i bystrym osobnikom, a taki prostak i bufon tleniony zawsze sobie ulży szybko, sprawnie, bez wysiłku i wyrafinowanych wyrazów. I cóż, że niektórzy mają ich kilka w repertuarze. Ale za to zawsze śmiało ich używają. Rzec by można, bez głębszej analizy tychże.
A mnie mamusia wychowała, że się trzeba kulturalnie wyrażać.
I o, no tej bariery językowej nie przeskoczysz .

Do czego ja dziś piję?
A, tak bez związku :) Nikt mnie w ostatnim czasie nie zdegustował słownie, ani nie  wyrolował, żaden bulwers mnie nie spotkał, ale za to znalazłam w mym archiwum parę schodowych refleksji w obrazkach.
No i tak od słowa do słowa: włala, piszę :)
Akurat temat u nas w domu bieżący, bo zbieralim się w sobie 10 lat, aż uzbieralim i dojrzelim, by wymienić stare, nadgryzione zębem czasu i nie tylko, strychowe schody na takie, z których nikt ( tak łatwo) nie spadnie, a jak zauważyła ze szczyptą złośliwości moja przyjaciółka ( pozdrawiam serdecznie), żeby Czesiowi ułatwić włażenie i dokonywanie czynów zabronionych na poddaszu, gdzie, jak może kto pamięta, pożarł Czesio dwóch króli żywcem, bez popitki.
Obaj byli notabene z domu Jagiełło. ( I tu słyszę uszami mej wyobraźni to piękne przedwojenne "eŁ". No brak mi tego bardzo)


Inspiracje te mogą się przydać nie tylko tym, co mają zamiar uskutecznić podobną akcję, ale i tym, co schodów nie potrzebują wymieniać, ani nawet ich nie posiadają. Bo są tu także sprytne pomysły na skrytki, schowki, szafeczki,  fikuśne szufladki, schowanka itepe. A jak ktoś ma spryt i wyobraźnię, jakiś kącik do zagospodarowania, czy skosy, oraz dwie rączki w miarę zgrabne, lub męża, co dłubie w tym i owym, to może skorzysta z moich zasobów. Ja akurat pod schodami muszę mieć wolną przestrzeń, bo poniżej jest wejście do piwniczki, ale napatrzam się od miesięcy na te zdjęcia i wzdycham.


Tak więc enjoy :)

A jakby kogoś naszła jakaś refleksja, to proszę się nie krępować i walić śmiało, tak na zapas :)
Potrenować nie zaszkodzi, i można mailem, jak co mocniejszego się napatoczy :)

Czytałam artykuł, w którym mądre ludzie piszo, że emocji nie wolno w sobie tłumić. Odłożą się na wątrobie, albo sercu, i ogólnie organizm się nadweręża.
A po co. Szczególnie, że i tak nie ma lekko, i gdzie się człowieku nie ruszysz, tam schody.


O,  te  fikuśne nawet, szybko się ląduje :) 

                 A u nas będą w podobnym do tych  guście...          a ze starych pragnę mieć takie półki i stół :)

A wy wolicie ażurowe, czy z podstopnicami, policzkowe, zębowe, z zabiegiem, spoczynkowe, szklane, marmurowe, kręcone, metalowe,  młynarskie, betonowe, wyściełane jak w angielskich domach....Uff!
Ja najbardziej lubię takie stare skrzypiące z giętą, wyślizganą poręczą, po której można zjechać na sam dół.
Źle się czuję na lakierowanych na wysoki połysk. Od razu się rozjeżdżam :)
A kiedyś u takiej jednej ciotki... No ale to już opowiem inną razą :)))
Ale jeszcze dorzucę takie :)


           
     

No, to trzymajcie się poręczy.
A ja spadam do łóżeczka :)

Lewkonia








sobota, 2 kwietnia 2016

Drobiazgi, które cieszą:)

Zbiera mi się na post od wielu tygodni. Taki o duperelach, bez emocji i odniesień do wartości, bez jakichś głębszych wynurzeń... Jakoś ta ochota na pogawędkę nie szła w parze z życiem i jego wyzwaniami przywalającymi do ziemi. Ale nie o nich miało być. I nie będzie.
W końcu jest dziś taki dzień akurat i w sam raz, i humor odpowieni, i słonko za oknem, to siadłam.
Nie myślcie, że ja tu nic, tylko się zakopuję w otchłani rozpaczy i kompletnie świata nie oglądam ani kontempluję. Bo i owszem. Podglądam przyrodę, dłubię w kwiatkach, wyprawiam się na spacery, robię zdjęcia, a nawet co nieco zmieniam w domu, tak kosmetycznie, by się całkiem nie dać degrengoladzie.
Dziś zatem trochę obrazków z domku.

Pierwszy "drobiazg", który sobie spontanicznie na lekarstwo dla duszy zafundowałam, wylądował u nas w 4 wielkich pudłach pewnego marcowego popołudnia. Akurat tego dnia mam najdłużej zajęcia, więc nijak nie mogłam "przejąć" cichcem przesyłki, toteż chcąc nie chcąc musiałam się mężowi przyznać, co zmalowałam bez jego wiedzy. No bo takie pomysły przychodzą mi zawsze, jak on już śpi. To nie pytałam. Co go będę budzić, no nie? Dostęp do konta mam i akurat do jego obsługi nie jest mi potrzebny żaden facet:)
Niespodzianki totalnej zatem nie było, niemniej i tak musiał mieć niezłą minę, gdy zobaczył taaakie wielkie kartony. Cztery :)
A w nich...





Krzesełka - muminki:)))
Od razu, gdy je ujrzałam zmontowane, nadałam im tę nazwę, bo są takie obłe i przytulaśne, choć  z plastiku. Od zaraz w kuchni pojaśniało, a i przy biurku zrobiło się tak wiosenniej i weselej. Zestawienie całkiem nowoczesnej formy ze starym mym ulubionym stylem dobrze zrobiło babcinym kształtom odnawianych przeze mnie staroci. Naładowanie w jednym pomieszczczeniu zbyt wielu podobnych w stylu rzeczy mnie męczy, dlatego jak widać na obrazku powyżej regał na książki i inne mebelki w moim "gabinecie" są z prostych płyt rodem z ikei, przemalowane na złamaną biel. Całość pokażę przy innej okazji.
Nie przeszkadza mi różnica odcieni, oko odpoczywa raz patrząc na czystą biel i prostą formę, a raz na lekko śmietankową postarzaną nogę :))) W kuchni za to wszelkie odcienie drewna ( bo i ciemny orzech i dąb i jakaś sosna się znajdzie i buk) pogodzone są wspólnym elementem bieli, choć też nie jednakowej. Na żywo wygląda to naprawdę dobrze, jest tak indywidualnie, i nie mam uczucia, że jestem w cudzej kuchni bądź w sklepie meblowym. Taka jednorodność również mnie za bardzo usztywnia i nie czuję się dobrze we wnętrzach w stylu "do kompletu".
Gdyby  można było nasz domek podsumować jednym słowem, to z pewnością jest on urządzany z mocnym akcentem na retro. Ten charakter mebelków u nas wychodzi na pierwszy plan. Retro i eklektyzm - czyli od Sasa do Lasa. I w tym właśnie tkwi całe sedno - jestem typową "kobietą zmienną". Muszę mieć elementy wokół siebie, które dają się przestawiać, zestawiać, kombinować, którym mogę nadać co rusz inny wymiar, nawet, gdy pozostaną sobą bez zmiany szaty.
Dokładnie tak, jak ja - lubię mieć wiele twarzy i trudno mi się zdecydować, czy zapuszczać włosy, czy może ciachać na Kożuchowską, czy ten blond hodować dalej, czy jednak wrócić do cynamonu z nutą starego złota.
Ech, cała ja... Za to meble (tudzież buty) kupuję błyskawicznie. Wystarczy, że mam dół i akurat wypłacili trzynastkę :) Mąż mój zakup nawet pochwalił, dosiadając go bez oporu, ale zagroził odłączaniem sieci na noc:) Bo co, jak będę miała jeszcze większą chandrę, a  jak raz wygooglam piękny fortepian?
No. To było coś, co nazywam "mały face lifting" :)))

Z serii "przestawianki zajmujące myśli" pokażę mały fragment naszego pokoju "kominkowego". Niech Was ta nazwa nie myli, bo nadal.... to tylko nazwa :)  Dziurę w ścianie na rurę od kozy zasłoniliśmy na razie zegarem, który już raz występował. A że jak wspomniałam uwielbiam, gdy meble wędrują, to sobie wymyśliłam w tym roku wielkanocny kąt z kanapami. Zamiast sztywnego siedzenia przy posiłkach przy dużym stole, rach ciach stworzyłam taką miłą niszę w miejscu przeznaczonym na ową kozę - marzenie. Zwłaszcza, że i tak było nas dużo mniej i święta były raczej jezdżące.
A więc taki kompaktowy kącik miło nas nastrajał przy skromnym śniadaniu i nie tylko:









Generalnie stół był zawsze u mnie priorytetem. Nawet w małym M2 w bloku musiał być.
Zwykle rozkładamy prostokątny, śląski, i oczywiście stary, przy którym trzeba trzymać się prosto i z bon tonem na "zabytkowych" krzesłach  uroczyście celebrować posiłki. Tym razem pełnił rolę pomocnika na drugim planie.
Na zdjęciu to ten Pierwszy, ukochany, wyproszony od Dziadka,  z lat 50', okrągły i masywny. Ze zdartą politurą, tu i ówdzie ukruszony, ale... to pod nim bawiłam się w dom, i pod nim ukrywałam przed zbójnikami :)
Specjalnie nieco obcięliśmy mu nogi, by mógł spełniać rolę stołu i ławy, gdy trzeba. Rozkłada się w "jajo" więc w sam raz wpisał się w ducha Świąt :) Choć to nic wielkiego, ani szczególnego, takie przemeblowanie, jednak taka drobna zmiana był mi potrzebna. Niektóre utrwalone w pamięci obrazy, niestety przykre, dzięki tej zmianie optyki, a także pewnemu "wyluzowaniu" przy stole, nie wisiały  nad nami, co wszystkim dobrze nam zrobiło. Było nieco swobodniej, i choć pośpiesznie, to czuliśmy się bardziej zintegrowani w tych dniach zadumy.

Jak wspomniałam, dłubałam też trochę w ziemi:) Mych selfies z widłami do gnoju już Wam oszczędzę, liczę na Waszą wybraźnię, być może popartą także podobnymi doświadczeniami nie nadzywczajnymi o tej porze roku:) Za to pokażę moje DIY z jajem, co pewnie też nie będzie odkrywcze, ale za to moje pierwsze :)
W celu wykonania tego DIY przerzedziłam trochę nasz "trawnik" w miejscach i tak mało uczęszczanych, wydobyłam z czeluści 3 słoje, które zwykle wspomagają mnie w domowej produkcji polepszaczy humoru, dorzuciłam garść kamyków, przejeżdżając obok Obi nabyłam parę cebul i ugotowałam kilka jaj. No, nie w Obi :) Na koniec zrobiłam mały bałagan w szufladzie z pasmanterią i ...

..oto, jak wyhodowałam sobie mały zaczarowany ogród na stół:






 






A, tak z rozmachu zrobiłam trzy ogródki, dwa w celach prezentowych :) Śliczne są, prawda?

To się rozgadałam. Pora kończyć i poczytać coć papierowego do poduszki :)))
Życzę miłej słonecznej niedzieli :)

lewkonia 








polecam

Ojcowie i córki

 Przeczytałam kiedyś, że wszyscy jesteśmy zranionymi dziećmi. To zdanie wraca do mnie w gorszych momentach i im jestem starsza, tym głębiej ...

ulubione