niedziela, 26 kwietnia 2015

Gdybym....

autorka obrazu: http://bosun.blox.pl/

Tak sobie dziś leżąc na trawie bez tchu po całodziennej pracy w ogrodzie popatrzyłam na efekty naszej wspólnej ośmioletniej harówki,  pomyślałam:
Gdybym wiedziała, jak to będzie.... nie zmieniłabym decyzji, ani miejsca, ani czasu,  w którym tu się znaleźliśmy. To NAJLEPSZA decyzja, którą podjęliśmy w ciągu niemal 30 lat bycia w stadle, i choć akurat ostatnio zamiast iść ku lepszemu, jest ciężej, niż kiedykolwiek, to bronię tego swojego skrawka nieba i ziemi z całych sił (resztką sił dokładniej) przed ... swoją własną niemocą i dezercją.
Dom i jego otoczenie wraz z rozczulająco kochanymi sąsiadami, to dla mnie cały (cudowny) świat  i choć czasem  gdzieś się powłóczę w świat, to wracam tu z ulgą i największą radością. To jedna z rzeczy, której bym nigdy nie zmieniła w swoim życiu, gdyby się miało powtórzyć w tej samej konfiguracji.
Nie zmieniłabym szkoły i przyjaciół z młodości, zawodu i grona wypróbowanych w bojach przyjaciółek, kraju, stylu życia i paru innych rzeczy.
Niemniej gdybym mogła jeszcze raz stanąć na rozdrożach, na których przychodziło mi parę razy (jak to w życiu) stawać, to nie raz wybrałabym inną ścieżkę. Czasem pomijaną w pośpiechu i z braku wyobraźni ( a może brakowało mi wtedy dojrzałości i asertywności) ? Czasem skrytą za mgłą okoliczności i mej "niedowiary" w swoje możliwości, czasem lekko wykpioną przez jakiegoś wrednego chochlika w mojej głowie, który mi wkręcał, że na pewno mi się nie uda, i w ogóle do bani.

Gdybym zatem miała znów 18 lat, z pewnością nie zarzuciłabym tańca. Nie baletu, czy jakiejś wyrafinowanej finezyjnej i wysoce artystycznej jego formuły, lecz tańca towarzyskiego, klasycznego, latynoskiego, takiego który świetnie jest uprawiać dla sportu i kondycji, ale też dzięki niemu kształtować sylwetkę, grację ruchów i cudownie się bawić. Mój mąż, jeśli to teraz czyta, pewnie pokłada się ze śmiechu, bo dziś akurat już ręką i nogą nie jestem w stanie ruszyć, a ja tu marzę o tańcu. Ale, ale, kto mi odmawia od 30 lat wspólnego kursu salsy? Może dziś po tych ogrodowych wygibasach nie miałabym takich zakwasów, że o rwie nie wspomnę?A już na pewno miałabym nadal swą talię osy, którą ktoś mi świsnął:)
No cóż, nigdy nie przestanę tęsknić do parkietu i tamtego blond chłopaka, który mną nieraz cisnął o ziemię:))))

Gdybym dziś miała lat 20 nie poszłabym do ślubu w TEJ sukience, a może nawet nie poszłabym wtedy wcale? Cóż, z pewnością dziś swojej córce odradzałabym sztuczne koronki i tak wczesny wiek na zamążpójście. Ale czasy takie były, że albo lureks, albo piekielnie droga zdobyczna z paczek gipiura, albo... bazar Różyckiego w Warszawie ( i kryzys sprzyjający łączeniu się w pary dla stabilizacji jakiejś szybszej wespół zespół, pomijając tu rzecz jasna hormony i uczucia).
 Moja mama uznała, że to bardzo nobilitujące, mieć sukienkę właśnie stamtąd, a poza tym, było to jej niespełnione marzenie, dla niej, urodzonej w Warszawie tuż przed Powstaniem, śniącej swój sen o niej całe życie, hołubiącej to marzenie i tęsknotę za czymś, co było  związane  z moją babcią i jej młodością, było to OCZYWISTE, że to i moje pragnienie najgłębiej skrywane. A więc ... stałam się spadkobierczynią tych marzeń chcąc nie chcąc, całkiem bezbronna przed takim przesłaniem - sukienka PRAWIE jak ta, o której marzyła moja mama, a która z pewnością spodobałaby się babci - Warszawiance. Ech, ile młoda dziewczyna musi  przejść cudzych życiowych doświadczeń i ile pragnień cudzych zadowolić, gdy jest tak dobrze wychowana jak ja, czyli nie umie odmawiać... No i miałam tradycyjną długą białą nakrapianą ... upiornie sterczącą gryzącą firankową sukienkę z welonem do .... ślubu cywilnego, tak, jakby chciała tego moja babcia.
A dziś? NIGDY W ŻYCIU!!!!

Gdybym mogła zawrócić do punktu zwrotnego w kwestii mej "kariery", która mogła stanąć przede mną niewyobrażalnym dziś dla mnie w skutkach otworem, a przy tym  gdybym nie miała TAMTYCH DURNYCH wyrzutów sumienia, że zostwiam dwójkę małych dzieci i pracę (stabilizacja, po raz enty ta cholerna stabilizacja!) wyjechałabym z dziką radością na stypendium do Niemiec, które mi się przed mgr-ką kłaniało i ścieliło do stópek. Wystarczyło tylko mrugnąć rzęsą i szepnąć: OCH, TAK!!!
Dziś wiem, że te pół roku nie zamieniłoby naszego domu w pustynię po tsunami z erupcją wulkanu, ani w pogorzelisko plus przejście lodowca, ani inną katastrofę kosmiczną. Zwyczajnie, chłop by sobie radził, tak, jak sobie radzą kobiety, gdy ich mężowie są w delegacji czy na misjach wojskowych. JA przynajmniej nie miałabym aż tylu szans tam, zagranicą, wdepnąć na minę, jak mój małżonek na swych licznych poligonach (wiem, pojechałam po bandzie, że hej, jutro pogadamy). I kto wie, może dziś byłabym panią doktor literatury, albo translatoryki, albo jakiejś innej ciekawej bardziej badawczej wersji mojego kierunku.

Z rzeczy bardziej nieosiagalnych i potencjalnie bardzo, bardzo wątpliwych dorzuciłabym do mojej (ledwo muśniętej tym wpisem) listy  "gdybym..."  wyobrażenie sobie, co bym zrobiła, gdybym miała maaaasę pieniędzy i nie musiała się ograniczać w przyjemnościach. I tu nawet sekundy się nie zastanawiałam ( nigdy, bo nie pierwszy raz sobie tak wyobraźni dałam pohasać), co postawię na pierwszym miejscu. Każda inna rzecz różnie się w mych rankingach plasowała, ale MUZYKA stała u mnie na miejscu 1. ZAWSZE (no, dobrze wcześniej były to książki, ale odkąd wzrok kiepski, ustąpiły grzecznie pierwszeństwa....)
 I tak, gdybym miała maaaaaasę pieniędzy na "rozkusz" nie żałowałabym sobie na płyty, koncerty i dobry sprzęt wraz z salą do polegiwania w szezlongu specjalnie dopasowanym do mego obolałego krzyża, żeby po odsłuchaniu pełnego super odlotowego dwupłytowego albumu nie zakleszczał mi się na amen i nie psuł przyjemności odbioru ( dla mnie trwanie w jednej pozycji ponad godzinę to horror - patrz wielogodzinne komisje maturalne "na paprotkę", nogi mi chcą same wyjść z sali, taki mam zespół niespokojnych nóg, cała reszta zresztą też "chodzi", bo musi)
Widzę siebie niekoniecznie elegancką i wymuskaną made in Paris, nie zawsze w makijażu, czy całą w biżuterii, a nawet nie widzę siebie w SPA za tę maaasę kasy na przyjemności. Ja się widzę wprost SKĄPANĄ w dźwiękach, raz takich, raz innych i wciąż nie mającą dosyć. Pewnie, robiłabym sobie przerwy w sesjach muzycznych, ale tylko na ogród i inne przyjemności związane z murarką,  stolarką czy te pe, po których relaksowałabym się kolejnym albumem, na który dziś mnie nie stać:))))
Aha, co się z tym wiąże, z całym szacunkiem dla moich uczniów i dyrekcji, rzuciłabym pracę. Dla tej miłości:)))W końcu z taaaaką kasą....
A jak już jesteśmy w temacie, to akurat mi się nasunęla ta nutka. Pomyślcie przy niej, co jest Waszym realnym i nierealnym gdybym



Pozdrawiam serdecznie i idę śnić, co by było gdybym....
Niemniej kimś innym i gdzie indziej ... nie, nie wyobrażam sobie być. Ale może gdybym wybrała inne ścieżki, nie byłabym w tak cudownym miejscu życia, co dziś? Strach pomyśleć:))))

Dobranoc!
Lewkonia

9 komentarzy:

  1. Zacznę od końca. "Gdybym", to jeden z piękniejszych tekstów o miłości, dojrzałej i świadomej miłości, jaki słyszałam. Od dawna jestem pod wielkim wrażeniem muzyki i osobowości W.Waglewskiego. Ostatnio, choć moja znajomość muzycznych stylów zakończyła się na latach 80-tych słucham tego, co robią jego synowie. A już "Magiel Wagli" w Trójce to niemal obowiązkowa pozycja mojego wtorkowego wieczoru. Niesamowity gust muzyczny i klasa.
    A jeśli chodzi o moje "gdybym...", pewnie sporo by się tego nazbierało. Choć nie mam poczucia, że coś ważnego zaniedbałam lub zaniechałam to jednak kilku wyborów lub zaniechań żałuję. Gdy nadchodzą kolejne urodziny zaczynam rozpamiętywać swoje "co by było gdyby", ale szybko porzucam te rozważania, bo teraz mogą mnie tylko frustrować. A po co? Cokolwiek się stało, jest już za nami. Niczego nie zmienimy, ważne, by mając świadomość upływającego w zawrotnym tempie czasu uczyć się na własnych błędach i teraz wybierać już tak, by nie dokładać nowych pozycji do listy "gdybym".
    Miłego tygodnia Lewkonio.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki i wzajemnie. Oczywiście, nie ma co żałować, czego się odkręcić nie da, ale czasem się nie można opędzić od myśli, że szkoda, że.... Dlatego np taniec postawiłam na pierwszym miejscu, bo tego mi żal, jak nie wiem co, a przecież nic wielkiego nie stało na przeszkodzie, durna ja. Z rzeczy fundamentalnych lecąć klasykiem : "nie żałuję". A propos Osieckiej, znasz Agnieszkę Grochowską z Krakowa? W następnym poście sprzed chwilki link do niej. świetna!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ha:) Ważne co przed nami:) Ale i obejrzeć się czasem warto, żeby błędów uniknąć:)), tylko po to.. I wiesz:))) - również zmieniałabym swój wystrój ślubny i ogólnie przebieg całego przedsięwzięcia, oj to na pewno:)) Dobrego tygodnia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to tak też ze mną jest: wszystko analizuję po czasie i z dystansu, bywa, że minie lat 10, zanim spojrzę na rzecz obiektywnie, ale z wiekiem przybywa mi pewności siebie w dokonywanych wyborach, wciąż uczę się stawiać na swoim. Albo właśnie dopiero teraz potrafię to robić? Może też dlatego, że mimo wszystko oglądam się wstecz i widzę, jak się zmieniam dla siebie samej na lepsze. Tak, zdecydowanie dawniej byłam gęsią, która brała wszystko za dobrą monetę, dziś nie jest już tak łatwo mi wmówić, że coś jest dla mnie dobre, gdy ja tak nie czuję, i już!

      Usuń
  5. Czasami mnie napada nastrój na "gdybym", lepiej unikać takich atrakcji. Doceniam co mam, czasem za mało :-) Mądrość życiowa przychodzi z czasem? Mam wrażenie, że ciągle jestem "cała głupia" i jeszcze nic nie wiem.

    OdpowiedzUsuń
  6. Kurcze, mnie też gdybanie dopadło...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, "gdybanie", ale równocześnie docenianie swego dorobku, to nie jest nic złego:) Myślę też często w tę stronę: "gdybym wtedy nie zapukała do pewnych drzwi, nie spotkałoby mnie tyle szczęścia i radości", moja droga Katie:))))

      Usuń