sobota, 23 kwietnia 2016

Planet Earth

Dziś w Dniu Ziemi chciałam coś o przyrodzie, o naszej ogrodowej przychylności pszczołom, o mej codziennej krzątaninie i trosce o jak najmniejsze zaśmiecanie Matki Ziemi. Ale...
Ale o tym innym razem.

Bo kolejny raz prawdziwie wstrząsnęło mną i przygnębiło odejście wielkiego muzyka, którego nie można było zbyt często u nas usłyszeć w radio, nie cieszył się takim uznaniem, na jakie moim zdaniem zasługiwał, nie był powszechnie i głośno uwielbiany za całokształt (jak np Freddie Mercury czy Joe Coker śpiewający głównie covery), a jedynie za pojedyncze utwory, i nie próbowano go w Polsce tak masowo i gruntownie poznać, jak innych popularnych muzyków . Nie był u nas ani tak lubiany, jako osoba, ani szczególnie szanowany jako muzyk, wręcz dla wielu głównie znany, jako że wielce kontrowersyjny. Założę się, że gdyby zapytać ot tak na ulicy, za jego życia jeszcze, kogo uznajesz za POSTAĆ muzyczną wpółczesną i znaczącą, mało kto wymieniłby go obok Hendrixa, Beatlesów, czy muzyków Pink Floyd. Tym czasem był on artystą TOTALNYM, ciekawym i o wielu obliczach.

Prince.
Kompozytor, aranżer, WYBITNY gitarzysta, multiinstrumentalista, wokalista o nieprzeciętnym (DLA MNIE PIĘKNYM!) głosie, wzbudzający i zachwyty i obrazę moralności. Prowokujący, superseksowny, wręcz czasem dirty, jako człowiek w swym otoczeniu niezbyt lubiany za charakter, ale też perfekcjonista wzbudzający podziw pracowitością i płodnością - potrafił sam skomponować, zaśpiewać, zagrać na kilku instrumentach, nagrać i zmontować w jedną noc dwa single, by dochód z nich przeznaczyć na szczytny cel, w jeden rok wydać dwa albumy, tworzyć intensywnie pod rząd kilka lat bez przerwy, reżyserować własne teledyski, współpracował też z masą muzycznych osobistości nagrywając z nimi bądź komponując dla nich utwory. Wydał ponad 100 mln płyt, zdobył wiele nagród liczących się w muzycznym świecie. Był podziwiany za mistrzostwo gitarowe przez samego Claptona. Słowem, śmiem twierdzić,  przerastał talentami nawet Michela Jacksona. A jednak...


Ile płyt i tytułów jego piosenek jesteście w stanie wymienić, zanucić?
Dlaczego tak mało?
Bo był inny? Ocierał się o kicz? Nosił buty na obcasie i lubował się w falbankach? Bo zawierał w swych tekstach tyle wulgaryzmów i malował oczy jak kobieta? Bo potrafił śpiewać falsetem, jak nikt, aż przechodziły ciarki? Bo to był raczej pop niż rock?

Mój Prince kołysał mnie i utulał w emocjonalnej pustce, w smutku i gdy czułam się stara i nieładna. Podniecał i zachwycał do łez. Zapełniał pewne braki w życiu, jak np. taniec, bo mogłam przy jego muzyce odlecieć i pozwolić wyobraźni widzieć siebie tak gibką i wąską w talii jak dawniej.
Nie umiałam i nie będę umiała słuchać go bez bujania się w biodrach, bez tego RYTMU, któremu me ciało poddaje się bezwolnie i pozwala się porwać i wprowadzić  rozluźniający trans. Bez bicia serca, zwłaszcza przy albumie 3121, w którym chyba osiagnął szczyt zmysłowości, a który to chodzi za mną, odkąd go dostałam - taki inny, niż wszystko, co słyszałam dotąd.
Cieszę się, że taka muzyka jest nam też dana, obok czystego jazzu, rocka progresywnego, soulu, czy bluesa jest to ten gatunek, który nadaje rumieńców dniom ponurym i zbyt powolnym, w rutynie i chorobie potrafi dodać wigoru, a przy tym jest bardzo wartościowa, bo przebogata w odcienie, głosy, dźwięki instrumentów, ma bardzo dynamiczną budowę w samej warstwie melodycznej. Jest tam i rythm and blues, i funky, i disco, ale i jazz ( i to sporo, choćby  te saksofony!) i rock (te gitarowe riffy, których nie powstydziłby się żaden rockmann)
Wszystko to, co kocham w muzyce - złożoność, niesztampowość, harmonia i zamierzony dysonans, i  solo gitarowe, i zawijasy, i chórki. I rytm, rytm, piękne melodie i ... jeszcze raz RYTM.
Po prostu nie da się nie zadurzyć w muzyce Prince'a. Ja nie odkocham się do końca mych dni.
I kolejny raz nie doczekam się koncertu, tak, jak nie zdołałam usłyszeć (nomen omen) na żywo Joe Cockera, Davida Bowie, i paru innych.

Jeśli nie wiecie, o czym mówię i skąd ten zachwyt, posłuchajcie jednej z moich ulubionych płyt, choć nie oddaje ona w pełni wszechstronności muzyki Prince'a, i taka wręcz się wyda miejscami taneczna - ale choćby 3. utwór - ten fortepian, ta trąbka - mistrzostwo, klasyka ! - i taki kontrast z kolejnym numerem .
No i tak by pogodzić te dwie okazje - coś z Ziemią w tytule:

PLANET EARTH.    


Wszystkiego dobrego na weekend, dobrej muzyki, i pogody. A gdyby deszcz, niech będzie Purple....

lewkonia





4 komentarze:

  1. Pięknie napisałaś Lewkonio. Przyznam, że nie potrafiłabym wymienić zbyt wielu tytułów piosenek Prince'a, poza tymi, które słychać było najczęściej, że nie znam tytułów jego płyt, nie śledziłam kariery. Ale Prince to Prince, symbol, ikona czasów mojej młodości. Gdy w czwartek wieczorem dojrzałam w necie wiadomość o jego śmierci znowu było zaskoczenie i smutek. Dlaczego Prince? Zdziwiłam się bardzo, gdy przeczytałam ile miał lat. Bo dla mnie Prince miał zawsze nie więcej niż trzydzieści kilka. Młody, niezwykle barwny, hipnotyzujący głosem i wizerunkiem... Szkoda. Duża szkoda, zwłaszcza dla naszego pokolenia.

    Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłam teledysk do 'The most beautiful girl in the world' Byłam wtedy smarkulą i było to coś, na co zabrakło mi słów. Po prostu siedziałam na dywanie i się wgapiałam. Mój umysł nie był w stanie tego objąć. Ale jednak miłością do Princa nigdy nie zapałałam, choć uwielbiam 'When doves cry'.
    Inna sprawa... zupełnie nie wiem, jak to możliwe, że nie przyjęłam do świadomości faktu, że Joe Cocker nie żyje?

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak mój mąż powiedział: zgadnij kto umarł, to mnie zmroziło....zupełnie niespodziewana, zupełnie nie w porę, przecież to całkiem młody gość :-( Nie byłam fanką, ale doceniam kunszt jego twórczości i z przerażeniem obserwuję jak znikają kolejni idole mojej młodości. Najbardziej tęskni mi się za Freddie'm.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mnie również zaskoczyła i zasmuciła ta śmierć. Bardzo lubiłam jego utwory i... pewną odmienność stylu. Intrygował i zachwycał, łamiąc utarte reguły. Od paru miesięcy mam wrażenie, że ciągle otacza mnie śmierć ludzi, których ceniłam, lubiłam, którzy byli częścią jakiegoś etapu mojego życia. Trochę mnie to przeraża... Ciągle zapominam, że lata bezlitośnie upływają a my jesteśmy częścią tego nurtu. Żal mi odchodzących pisarzy, muzyków i artystów bo wraz z nimi odchodzi cząstka mnie samej.

    Miłego tygodnia!
    Pozdrawiam z wiosennym deszczem w tle:) Buziaki!
    Tomaszowa

    OdpowiedzUsuń