środa, 27 stycznia 2016

All'alba vincero!



 Moje pokolenie ma to szczęście, że wychowało się na postaciach, które bez przesady będzie nazwać elitarnymi. Których wychowanie nosiło znamiona przedwojennej kindersztuby, a którym wpajano savoire-vivre tak skrupulatnie i bezkompromisowo, jak dziś się tego ani w procencie nie czyni.
Niektóre z nich przemawiały do nas z radia, inne z ekranu, czy desek teatru, te współczesne nam i te żyjące w archiwaliach, bardzo często przypominane w cyklach wspomnieniowych - przedwojennych filmach, dokumentach, nagraniach, teatrze telewizji, gościły w domach stale, jak stara ulubiona ciocia z czekoladkami, pachnąca z lekka naftaliną. Lubiłam siadać przy niej i zasłuchiwałam, zagapiałam się, jak w rodzinną pamiątkę.
Nietrudno było nasiąknąć sztuką, tą lżejszą, prezentowaną w niedoścignionej grze aktorskiej takich postaci, jak Mieczysława Ćwiklińska, Michał Znicz, czy inni, nieuniknionym było również choćby otrzeć się o muzy z wyższej półki, jak opera, symfonia, czy balet. Przynajmniej w moim domu niepodobna było NIE ZNAĆ tych czy innych nazwisk, nie mieć nikłego choćby pojęcia o muzyce klasycznej, nie czuć dreszczyku na dźwięk orkiestry symfonicznej, gdy "Batutą i z humorem" bez jakiegokolwiek nachalnego dydaktyzmu infekowano mnie miłością do kolejnego utworu. Telewizja, a wtedy nietrudno było o to, służyła wychowywaniu w kulturze, oświecaniu i budzeniu podziwu dla sztuki, kształtowaniu umiejętności świadomego wyboru rzeczy najwyższej jakości i najszlachetniejszego przekazu.
Te audycje, które nielimitowane i dostępne mi o każdej porze, otwierały przede mną świat, jakiego nie poznałabym na żywo, o którym nie nadążyłaby uczyć najmądrzejsza szkoła, nie mają dziś sobie równych. To była prawdziwie wielka Kultura. Dla szerokich mas, ale nie schodząca do ich "szarego"wówczas poziomu. To była kultura elit! I kto chciał, tą elitą się stawał, choćby nigdy nie przekroczył progu opery, a zamiast fraka  miał na sobie przydeptane papucie  i szlafrok. 
Dziś żałuję, że nie dane było moim synom tak szeroko i często obcować z postaciami takiego formatu. Choć zdarzały się niedzielne śniadania z muzyką klasyczną, południa z niemym kinem, podwieczorki z "batutą", a ostatnimi laty wieczory z Malickim, zaś na półkach pełno płyt klasyków, z których jakaś przyciągnie czasem wzrok i wspominamy: " pamiętasz, jak tego ostatnio słuchaliśmy...". Po prostu jest to odpływający świat, którego młodzi nie chłonęli tak pełnią siebie, tak zachłannie i w zachwycie, jak mi było dane, bo też ich odkrycia szły w innym kierunku. Cóż, z pewnością mogę sobie przypisać tę "zasługę" - świat komputerów wciągnął naszych synów bardziej, niż tego byśmy sobie życzyli, a my zbyt słabo temu stawialiśmy opór. Ale muszę stwierdzić, że mimo wszystko udało się  ukształtować synowe gusty muzyczne ponad przeciętną - zwłaszcza starszy zadziwia mnie nieraz swoją playlistą. To samo dotyczy filmów, tych współczesnych, i często niszowych. Więc jednak...??? Niedaleko padło jabłko...???
Niemniej odchodzą już ci, których sposób mówienia, niezwykła pamięć, wiedza, pasja, dar oratorski i osobista aura są niedoścignione i niezastąpione. Tych braków nie zapełni się łatwo, a jeśli pojawią się podobne talenta, to już nigdy nie będzie to samo. Zresztą ewentualni odbiorcy też mają dziś bardzo odmienny profil. Kultura zeszła z piedestału, potaniała, a nierzadko ich piewcy zwyczajnie ... schamieli.

Dziś dziękuję zatem panu Bogusławowi Kaczyńskiemu za to, że nauczył mnie słuchać arii, odsłaniał kulisy wielkich scen i uchylał rąbka tajemnicy prywatnego życia wielkich gwiazd. Że gościł w moim domu tak często, że się przywiązałam, jak do wspomnianej ciotki, takiej w woalce i atłasowych rękawiczkach. Że byłam dumna, że rozumiem, co do mnie mówi, choć nie do końca rozumiałam balet.  Że dowiedziałam się o  takich miejscach, jak Metropolitan Opera, że to u niego usłyszałam pierwszy raz Toskę, ża zakochałam się w Dziadku do orzechówi poznałam ludzką, nieuszminkowaną twarz Callas.
Że opowiadał, opowiadał, opowiadał, aż mnie samej zasychało w gardle. A robił to z taką swadą, znawstwem rzeczy i tak elegancko, że nie mogę tego nazwać inaczej, jak PERŁĄ polskiej dykcji i erudycji, jakich dziś nadaremno szukać. 
Widzę go wciąż z muchą pod śnieżnobiałym kołnierzykiem, z nienaganną manierą, z ciepłym głosem i odrobiną narcyzmu - bo on się rozkochiwał w tym, co mówi. Rozpływał się w zachwytach i unosił na najwyższy poziom elokwencji.

Tym samym otwieram rozdział, który zapełnię z czasem postaciami, którym zawdzięczam, poza mamą:), moją wysoce-kulturalną edukację i wrażliwość na piękno pod każdą postacią. Dzięki którym " o świcie zwyciężę", dzięki którym wierzę wbrew wszystkiemu w świat, który mnie jeszcze nieraz zachwyci. 

Wspomnijmy więc jednego z tych Ostatnich Wielkich.



Wasza nieutulona w żalu
Lewkonia

wtorek, 19 stycznia 2016

Środa
Sukienka wyprana, bluzka i dwie dyżurne spódniczki czekają odświeżone .
Co by tu... ?
Przymierzam, przykładam, mrużę oko
Tu fałdka, tu oponka.
Wiem, będzie ślicznie:)))
Idę na bal.
Jakby czas zawrócił. 

Czwartek
Jak się ma 3 okienka, to chyba można ześwirować? Można.
"Wiecie co, lecę sobie kupić buty" oświadczam koleżankom w połowie drugiej godziny. 
"Żeby miały paseczki, i były superwygodne do tańca. I tym razem nie czarne."
Myk. Poleciałam 
Gdybym sobie na każdą studniówkę kupowała nowe, miałabym ich ponad 20 par.
Ale mam jedną parę włoskich, nie- do- zdarcia na każdą okazję. 
W nich mnie kiedyś pochowają.

W drugim sklepie olśnienie, oczy mi zaiskrzyły. 
Są !
Śliczne! Z paseczkami! Zakochałam się!
Z cienkiej skórki i ... czarne ofkors.

W domu: 
Mąż pyta: 
-"Ile?" 
Ja: "fieśsiefieśśiesiąt" 
- " A to spoko"

(PS. Jak zawsze w tańcu mogłoby mi urwać nogę, a nie zauważę. 
Po balu mam pięć nowych odcisków, pęcherze i skopaną kostkę. Butki, w przeciwieństwie do mnie niemiłosiernie PIJĄ.
Ale są ŚLICZNE :) Być mną, to takie skomplikowane)

Piątek
MI - GRE  - NA
Czy mogę nic nie mówić?

Od świtu. Zapach kawy męża wywołuje dreszcz. Jestem zielona.
Czuję każdy nerw. Wylazł na wierzch i skacze po mnie. 
A pająki tak tupią pod łóżkiem...tak tupią!

Szkoła.
3 LO o dziwo JEST. Jutro bal, a oni SĄ;).
Są jak aspiryna. Jak kojący balsam. 
Samopoczucie cudownie się poprawia. Czyli nie mogę bez nich żyć?
Za to po lekcji z kl 1. gimnazjum moją głową znów ktoś gra w snookera.
Rzęsy mnie bolą!
Chcę umrzeć.
Ale jak to tak, przed balem? 
MO- WY -NIE- MA !!!

Sobota.
Do 16 nie wiem, jak się nazywam. Po pewnym DOMOWYM leku wypitym duszkiem i dłuuugiej gorącej kąpieli staję na nogi. 
Ciśnienie spada, krążenie robi jeszcze jedno szalone okrążenie i wraca na miejsce.
Mogę nawet lekko poruszyć głową na boki :)
Spokojnie. Zdążę.
Ubieram się jak zawsze - szybko:) Maluję jak zwykle, na oko:)
Włosy co drugi dzień są na tak. Jestem szczęściarą.To ten drugi .

Reszta mnie powoli wraca do życia gdy widzę ICH.
Młodych. Pięknych. Radosnych.
I wyraźnie stremowanych.
Nie opiszę, jacy śliczni i przejęci.
Coś ściska w gardle, a oczy mi się pocą.
Bo..
Patrzę na nich czułym okiem i z biciem serca.
Bo... coraz dalej "ta moja młodość co z czasu kpi".
Bo do dziś czuję zapach Jego perfum. Widzę jasny błękit oczu, a szary tweed marynarki wciąż gilgocze w policzek.
Bo każdy opuszek palca pamięta każdy rys jego twarzy.
Moja pierwsza miłość pachnie wciąż studniówką. A może odwrotnie?:)

Polonez. Tusz malowniczo rozmytym łukiem podbija mi oko. Coś mnie uwiera pod lewym żebrem.
Może serducho. A może za ciasne body.
Szampanem wznoszę toast za młodość w NICH i w nas.
Niech NIGDY nie mija i nie traci skrzydeł.
I pamięci :)

W tańcu zapominam o wszystkim, migrenie, nadwadze i lumbago.
Do rana napawam się widokiem bezgranicznego szczęścia, piękna i nieskrępowanej swobody.
Że nie wspomnę o talentach tanecznych.
I zmieniam zdanie, jakoby klasyczny balet był  nudny, niemęski, i bez jaj :)

PS. Jednak w razie zejścia poproszę te nowe buty. W życiu nie miałam takich drogich, to tam sobie donoszę. Jakby tak jakiś melanż wszystkich świętych, czy co.




Odpływam

wasza Lewkonia

PS. Pamiętacie Wasze studniówki?

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Perełki



Po pierwsze żadnych cudów oczekiwania, żadnych wyzwań sobie 
stawianych nie będzie. Ani postanowień.


Ten rok ma być spełnianiem się jednej jedynej danej sobie samej obietnicy: "... każdego dnia, bez względu na samopoczucie, obowiązki, humor, pogodę - być sam na sam ze sobą kilka cudownych chwil. I  celebrować to, opisywać, zapamiętywać..."

I okazuje się, że nie tylko znów umiem znaleźć i nazwać taką chwilę "tylko moja", ale i ją odnotować, uwiecznić, lub poświęcić na wydobycie z pamięci czegoś wyjątkowego, co dziś się zdarzyło, aby nie uronić ni kapki tego Dobrego, którym bardziej świadomie chcę się delektować.




Pielegnuję ten rytuał codziennie. Weszło mi w nawyk "znikanie" na moment, godzinę, wieczór, przed całym światem, by żadnej innej myśli nie pozwolić sobie zakłócić tego codziennego święta. 
Mam kolejny kajecik, gdzie streszczam sobie myśli, spisuję cytaty, odnotowuję muzyczne zachwyty. Tu będę "wklejać" wybrane perełki. Ostatnio systematyczność nie jest moją dobrą stroną, ale z kajecikiem się lepiej udaje, zarzuciłam je jakiś czas temu na rzecz komputera, jednak bazgranie lepiej mi wychodzi, niż stukanie  w klawisze :) 
I nagle znów wyjątkowy jest każdy dzień, a w nim tyle wartych paru słów błahostek-perełek, że nie starcza jedna strona dziennie :) I że o wszystkim, co przykre, a dotąd tak bardzo zdominowało nasze życie, przestaje się myśleć łowiąc te skarby z nurtu dnia. 
Łowię je bardziej uważnie, starannie dobieram słowa, oprawiam je w szlachetne ramki, i... okazuje się, że wszystko, wszystko jest takie.... CUDOWNE!
Są tu takie cudeńka, jak kompletny i nieskończony mój zachwyt trójkową listą wszechczasów, co roku i do końca życia, ale i rozczulenie kremem do rąk, który dostałam od koleżanki w pracy, ot tak, bo jej zdaniem moje rączki potrzebują zwłaszcza teraz czułości. I refleksje nad książką, która czekała dość długo na swoją kolej, lecz teraz jej to wynagradzam, i o stresującym kupowaniu biustonosza w Triumphie, i o pączku z dziurką, co smakuje jak poemat. O nieugiętym trwaniu w radosnym dawaniu na WOŚP, o makowcach, których dotąd nie piekłam, bo się bałam, o chwytających za serce skarpeciochach z Białki od A. , o kinie i smaku łez nim wywołanych. O migrenie i skutecznym się jej pozbyciu po dwóch dniach. O nieopisanym szczęściu, jakie mam pracując w moim zawodzie, choć... wiem... bywam tym także sfrustrowana, lecz to mija jak za jakimś zaklęciem. Wystarczy, że ktoś, z kim dotąd walczyłam o ciut uwagi, powie jedno słowo, zachowa się nieoczekiwanie fair i ... cała reszta nie ma znaczenia. Jaka to ulga nie czuć urazy. Bo przecież kocham, kocham ich wszystkich bez wyjątku!

Po drugie nie rozliczać się. Za nic. Nie oczekiwać od siebie. Od innych też niezbyt wiele. Nie spodziewać się, nie czekać, nie wyobrażać. Nie planować, nic poza urlopem, czy terminem testu.
Chcę sobie ulżyć w tym roku nie nakładając żadnego podatku od wyznaczonych i nieosiągniętych celów. Nie mieć ich, to taka ogromna ulga. I znika lęk, że mogłabym nie zdążyć powiedzieć komuś czegoś, zrobić, przeżyć. Wystarczy w ogóle o tym nie myśleć. Tylko o tej chwili, tym dniu, tym uśmiechu czyimś...

Po trzecie kochać życie jeszcze mocniej. Szanować czas, nie trzymając się kurczowo pór dnia. Jeśli, dajmy na to minęła północ, a ja chcę pisać - to pisać :)

Nowe może być całkiem nowe, lepsze, bez wielkich zmian i planów. I może być piękne właśnie dlatego. Tyle czasu minęło mi na planowaniu! Uświadomiłam sobie, że w moim wieku już nie muszę.

A to jedna z perełek, na które się dziś natknęłam. Podniosłam. Trzymam w dłoni. Uśmiecham się do tej chwili. Zapamiętam...



Pozdrawiam ciepło 
Lewkonia