piątek, 19 sierpnia 2016

O tym, jak się rozpływaliśmy - dosłownie i w zachwytach



Od robienia niespodzianek w naszym domu jestem specem nr1. Czasem nie wychodzą do końca, ale uwielbiam to robić. Lubię ten dreszczyk emocji, oczekiwanie na reakcję i znak zapytania w oczach, najczęściej męża. Im bardziej dopytuje "dokąd znowu mnie ciągniesz, kobieto" tym się szerzej uśmiecham i zacinam bardziej, a w oczkach mi zalotne iskierki harcują :)
Plan knuty od wiosny był taki - małżonek mój przepada za rajdami wszelkimi, za automobilami różnej maści i gabarytów, toteż taką mu chciałam zafundować uciechę - po bezdrożach, znanych mu skądinąd, miał się w rajdowym autku rozbijać. Już oczami wyobraźni widziałam jego radochę i podziw dla mej weny, no, ale pech chciał, że coś nie wypaliło w ostatniej chwili, a lokum już było zaklepane, i inne atrakcje tudzież, więc pojechaliśmy mimo to - ja świadoma zmiany planu, on kompletne dziecko we mgle aż do mety:)
Prosto z Kaszub udaliśmy się jakieś 100 km na zachód - w okolice Nadarzyc i Bornego Sulinowa na Pojezierzu Drawskim. I tam ujrzeliśmy to:



Ślicznie, prawda?
Ja, żona wojskowego, uknułam świadomie, iż (jeden dosłownie) nocleg spędzimy niczym za młodych męża czasów - w namiotach typu " letni poligon", na polu w odludnym dość miejscu, z łazienką wprawdzie, ale za to bez prysznica no i z zimną wodą, ale za to jezioro tuż, i jakie piękne okolice, jakie przesympatyczne towarzystwo, i cóż za atrakcje okoliczne :) Mina mojego męża - bezcenna :))) A ja uradowana jak harcerka w letnią noc :)))

Za niecałą godzinkę od przybycia na miejsce rozpoczęła się akcja "Kajawery" - już spieszę wyjaśnić, cóż to. Otóż słowo to łączy w sobie kajaki i ... no już chyba wiadomo - rajd rowerowy. Grupa ludzi pod wezwaniem niedoścignionego Bartka - szefa akcji spod szyldu Aktywnie Permanentnie Doskonale, zbiera się w różnych miejscach Polski, by przeżywać przygody, ruszać się, wyczyniać sport, wspinać się i harcować na różne sposoby. A koszt tak tani, jak tylko się da, towarzystwo wesołe i zaradne, a do tego lubiące się wzajemnie:) Tylko pozazdrościć energii, my jako nowi i z dalszych okolic troszkę na doczepkę, a poczuliśmy się, jak swoi:)
Więc gdy ekipa była już w komplecie, dowieziono nas na spływ nad rzekę Piławę - urokliwa, ale niełatwa, z racji leżących na dnie drzew, wystających pozostałości mostków i pomostów, lub przewieszających się nad nią połamanych pni, tak nisko, że nieraz trzeba było położyć się na kajaku, lub w :) Miejcami nurt był leniwy, a woda płytka, dodam, że przejrzysta, a miejscami wpadało się w wir i trzeba było się bardzo nawalczyć z nurtem. Nikomu się nie przydarzyła kąpiel, przynajmniej w rzece, ale śmiechu i okrzyków było mnóstwo. Była też jedna przenioska, bo spadanie z progu wodnego raczej nie skończyłoby się szczęśliwie. A przy okazji posłuchaliśmy  i pooglądaliśmy, jak to za Niemca się rzeki regulowało, i czemu służyły te ogromne sześciokrotne śluzy.

Niemiec budował, Rusek zniszczył












Przepływając przez jeziora należało bardzo zważać na szlak wodny, bo nietrudno zabłądzić wśród wysepek i labitryntu szuwar. Warto też zrobić sobie krótką przerwę na brzegu przy poniemieckim bunkrze.
Można też, jak to zrobiły dwie zaprzyjaźnione i lekko wesołe grogiem czy rumem załogi, odbyć bitwę na wodorosty, dokonać abordażu bez sukcesu, zatopić kajak i bezcenną piersiówkę (domniemywam, że z racji zawartości) i spóźnić się na metę o dwie godziny, bez możliwości powiadomienia reszty strwożonej ekipy. Bo komórka została w obozie. Ech, dorośli :)



Malowniczo i romantycznie
Woda kryształ
Siła natury
Wodny las
Rzeczona amunicja :)

Sprawdzian z wu-efu :)

Daliśmy radę :)





Przetrzeń, cisza i jak okiem sięgnąć - nikogo
I tak minęło nam 5 godzin, o jednym bezgrzesznym ciastku na pół i trzeźwej kanapce, o wodzie z jeziora i na wskroś niewinnym batoniku, bo nikt nas nie uprzedził, że mile widziany jest zapas czegoś na rozpalenie fantazji.  Na szczęście jesteśmy zgraną drużyną i nie było potrzeby się rozgrzewać, a kto wie, co mogłoby się zdarzyć, gdybyśmy mieli stosowne manierki :)

Po dotarciu do celu i lekko spóźnionym pysznym obiadku (bo wiadomo, lojalnie wyglądaliśmy maruderów), udaliśmy się gromadnie spacerkiem na grzyby, czego efekty nie były powalające, więc powetowaliśmy sobie trud i rany zdobyte w lesie wizytą w wiejskim sklepie. A wybór był nadzwyczajny, muszę odnotować, bo dla każdego się trunek odpowiedni znalazł, i tak zadowoleni, każdy na swój sposób, oraz zaopatrzeni w pudła po konserwach, o czym potem, powróciliśmy do obozowiska:)

Pan Henryk, historyk, działacz społeczny i przemiły cyklista
Co kto zdobył, to wydobył i zasiedliśmy do ogniska, które okraszone było gawędami zaproszonego gościa, o historii Bornego Sulinowa, które jak może wiecie, a może nie, przechodziło z rąk jednego wroga naszej ojczyzny w drugie, aż wreszcie pozbyło się ostatecznie intruzów w latach 90'. Czego ślady są namacalne wciąż jeszcze, a obaczenia warte. Nie miałam pojęcia, jak niezwykłe tu się rzeczy działy przed, w czasie i po II WŚ i jak ważny to był strategicznie teren. Patrzyłam na męża i rosłam, bo policzki mu różowiały z przejęcia - lubo też za działaniem orzechówki - w końcu bywał tu w okolicy ze swoim pułkiem i mógł troszkę faktów sam dorzucić. Chłonęliśmy błogą atmosferę wieczoru, no i drineczki poparte kaszanką, a noc jaśniała i jaśniała... Co niektórzy już tak zostali przy tym ognisku. A my...

Udaliśmy się na spoczynek w tym, co na sobie, bo jakoś tak do rana blisko, to się człowiek i tak ogarnie. I usiłowaliśmy spać. A dodam, że namioty były koedukacyjne i wieloosobowe, prycze wyborne typu dwie deski na krzyż-co się krzywo patrzysz, koc zgrzebny nań narzucon i żaby pod pryczą w komplecie. Żaby spoko. Spały, jak zabite, dopiero rano wylazły i kumkały, ale panowie za to rzęzili w niebogłosy. Podziwiam niewiastę, której imienia dyskretnie tu nie zdradzę, jak ona mogła wtulona w swojego ryczącego niedźwiedzia zasnąć.
Ja turlałam się po pryczy, aż się w swój śpiwór zamotałam kompletnie, nacisnęłam jasiek na głowę i liczyłam barany. Ale co rusz mi jakiś nad głową zaryczał, z płytkiego snu bezlitoście wyrywając. W namiotach obok sceny podobne lub gorsze, w zależności, z ilu gardeł. A echo niesie po lesie, oj, jak niesie...
Świta...

Ciąg dalszy nastąpi niechybnie, 

Wasza
Lewkonia


9 komentarzy:

  1. Masz pomysly i talent do opisywania ich...swietna, swietna wyprawa, tez tak chcialabym!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grażynko, przy najblizszej dłuższej wizycie w Polsce ruszaj na Kaszuby i Pomorze zachodnie :)Jest co podziwiać :)

      Usuń
  2. Coś czuję, że opowieść się dopiero rozkręca :))
    Super, że znaleźliście fajną ekipę, bo nie od dziś wiadomo, że w grupie i raźniej i weselej. A na nocne śpiewy "żubrów" polecam stopery do uszu.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, Miro, jeszcze się historia pisze:) A ekipa bombowa, to fakt, choć kompletnie nam nieznani ludzie:) Polecam ich, zwłaszcza, jak ktoś lubi wode, żeglowanie, kajaki. Krótkie wypady, a intensywne:)

      Usuń
  3. No coś pięknego, cudo opowieść! Masz pomysły, kobieto:) A Pan Mąż to ma szczęście, że na taką trafił;) Czekam na dalszy ciąg!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Aga, starałam się:))) A przedostatnie zdanie mężowi na głos przeczytam:))) Cd już się szlifuje:)

      Usuń
  4. Ha:) Widać, że kajaki zauroczyły Was na dobre:)) Piękna, urokliwa trasa! Zatyczki do uszu dobry pomysł na takie wypady, ale czasem... hmmm... I one nie dają rady:) Sprawdzone empirycznie:)
    Na c.d. czekam bardzo i pozdrawiam bardzo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, musimy w przyszłym roku, a może jeszcze w tym, powtórzyć wyprawę :)Trzeba się tylko zorganizować i ruszyć tyłeczek :)

      Usuń
  5. Fantastycznie! Ale zazdroszczę! :)

    OdpowiedzUsuń